wtorek, 21 lipca 2026

Książę w Ramionach Mroku 32

 

Rozdział 32 – Prawie za późno

Po słowach Garildy w komnacie nie dało się już oddychać normalnie. Cisza była ciężka, napięta, niemal agresywna. Rafael siedział nieruchomo na łóżku, jakby bał się poruszyć choćby o centymetr. Valmar stał kilka kroków dalej, napięty tak mocno, że aż drżały mu dłonie.

— Wyjdźcie — powiedział lodowato.

Garilda nie poruszyła się od razu.

— Wasza Wysokość—

— Powiedziałem wyjdźcie.

Ton jego głosu przeciął komnatę ostrzej niż miecz. Gavriel od razu wyprowadził Garildę, a Lior zawahał się przy drzwiach, wyraźnie nie chcąc zostawiać Rafaela samego.

— Lior — odezwał się chłopak cicho. — Proszę.

To wystarczyło. Drzwi zamknęły się ciężko. Zostali sami.

Przez dłuższą chwilę żaden się nie odezwał. Ogień w kominku trzaskał nierówno, rzucając złote światło po ścianach. Rafael siedział z opuszczoną głową, wpatrzony we własne dłonie, jakby bał się zobaczyć na nich kolejne symbole.

Valmar podszedł bliżej powoli.

— Nie uwierzę w to.

Rafael zaśmiał się cicho. Pusto.

— A ja chyba zaczynam.

Król uklęknął przed nim gwałtownie.

— Nie.

— Valmar—

— Nie pozwolę ci umrzeć.

Rafael podniósł w końcu wzrok. Był zmęczony. Przerażony. I dziwnie spokojny jednocześnie.

— A jeśli to jedyny sposób?

— Nie jest.

— Skąd możesz to wiedzieć? — głos Rafaela drgnął mocniej. — Widzisz przecież, co się ze mną dzieje.

Valmar zacisnął szczękę.

— Nadal jesteś sobą.

— Jeszcze.

To jedno słowo uderzyło mocniej niż krzyk. Rafael odwrócił wzrok gwałtownie.

— Dzisiaj przez chwilę nie wiedziałem, kim jesteś.

Valmar zesztywniał.

— Rafael—

— A co będzie jutro? — chłopak spojrzał na niego z bólem. — Za tydzień? Jeśli pewnego dnia spojrzę na Liora i nie będę pamiętał nawet jego? Jeśli skrzywdzę was wszystkich?

Ogień w kominku buchnął gwałtownie wyżej.

— Nie skrzywdzisz nas.

— Skąd ta pewność?! — Rafael podniósł głos pierwszy raz od dawna tak gwałtownie. — Moi rodzice całe życie wiedzieli, czym jestem! Kult czekał na to od lat! To coś pod zamkiem mnie zna! A ty nadal próbujesz udawać, że wszystko będzie dobrze!

Cisza po tych słowach była brutalna. Valmar patrzył na niego długo.

— Bo muszę w to wierzyć.

Rafaelowi załamał się oddech.

— Ja już nie potrafię.

To zabrzmiało gorzej niż płacz. Valmar powoli ujął jego dłonie. Tym razem Rafael się nie odsunął.

— Posłuchaj mnie. Znajdziemy inne rozwiązanie.

Rafael zamknął oczy.

— Nie będzie innego rozwiązania.

— Nie możesz tego wiedzieć.

— Wiem.

Chłopak spojrzał na niego z czymś, co przypominało rozpacz zmieszaną ze zmęczeniem.

— Ono jest coraz bliżej. Czuję je cały czas. Słyszę nawet teraz.

Wracaj.

Oddaj nam serce.

Rafael drgnął gwałtownie i zacisnął palce na dłoniach Valmara.

— Widzisz? — wyszeptał łamliwie. — Nawet teraz nie potrafię tego uciszyć…

Valmar przesunął kciukiem po jego drżących dłoniach.

— Więc będę przy tobie, kiedy to uciszymy.

Rafael spojrzał na niego długo. A potem powiedział coś, czego Valmar bał się najbardziej.

— Jeśli przyjdzie moment… musisz mnie zabić.

Król zamarł.

— Nie.

— Valmar—

— Nie.

— Posłuchaj mnie! — Rafael niemal się załamał. — Jeśli przestanę być sobą, jeśli to coś przejmie nade mną kontrolę… nie możesz pozwolić mi żyć tylko dlatego, że mnie kochasz!

Ogień eksplodował gwałtownie po całej komnacie. Kilka świec pękło z hukiem. Valmar jednak nawet nie drgnął. Patrzył tylko na niego. Jak człowiek, któremu właśnie wyrwano serce z piersi.

— Nie każ mi tego zrobić.

Rafaelowi zaszkliły się oczy.

— Ja też nie chcę.

I właśnie to było najgorsze. Bo obaj wiedzieli już, że Garilda mogła mieć rację. Nagle Rafael zesztywniał gwałtownie.

Wracaj do mnie, synu płomienia.

Chłopak syknął z bólu i złapał się za głowę. Złote światło przesunęło się pod jego skórą gwałtowniej niż wcześniej. Valmar poderwał się natychmiast.

— Rafael!

Chłopak oddychał szybko, chaotycznie.

— Ono… ono mnie woła…

Zamek zatrząsł się nagle tak mocno, że jedna z półek runęła na podłogę. Huk spod ziemi był głośniejszy niż wcześniej. Bliższy.

A Rafael po raz pierwszy naprawdę poczuł, że jeśli zostaną tu zbyt długo… to coś pod zamkiem samo po niego przyjdzie. Zamek zatrząsł się ponownie. Tym razem dużo mocniej. Kamienne ściany jęknęły głucho, a z sufitu posypał się pył. Rafael gwałtownie zacisnął dłonie na materiale własnej koszuli, próbując oddychać spokojniej, ale głosy w jego głowie stawały się coraz głośniejsze.

Wracaj.

Otwórz drogę.

Pozwól nam wyjść.

— Zamknijcie się… — wyszeptał drżąco.

Valmar momentalnie znalazł się przy nim znowu.

— Rafael, spójrz na mnie.

Chłopak próbował. Naprawdę próbował. Ale wszystko zaczynało się rozmywać. Ogień w kominku wydawał się zbyt jasny. Powietrze zbyt gorące. Nawet bicie własnego serca słyszał nienaturalnie wyraźnie. I pod tym wszystkim… Jeszcze jeden rytm.

Powolny.

Ogromny.

Bijący gdzieś głęboko pod ziemią.

Rafael poderwał głowę gwałtownie.

— Ono żyje…

Valmar zesztywniał.

— Co?

— To nie jest tylko moc… — chłopak oddychał coraz szybciej. — To coś naprawdę tam jest…Ona nie kłamała 

Kolejny huk przeszedł przez fundamenty zamku. Tym razem szyby zatrzęsły się tak mocno, że jedna pękła z ostrym trzaskiem. Lodowate powietrze wdarło się do komnaty. Valmar zaklął cicho pod nosem.

I właśnie wtedy do środka wpadł Gavriel.

— Pieczęcie na dolnych korytarzach zaczynają pękać.

Rafael pobladł natychmiast.

— Nie…

— Strażnicy twierdzą, że symbole na ścianach świecą coraz mocniej. — Gavriel spojrzał prosto na Valmara. — I jest gorzej. Kilku ludzi słyszało szepty.

To wystarczyło, żeby w komnacie zapadła ciężka cisza. Valmar odwrócił się powoli do Rafaela. Chłopak wyglądał tak, jakby zaraz miał się rozpaść.

— To przeze mnie…

— Nie — odezwał się Valmar natychmiast.

— To moja wina! — Rafael podniósł głos gwałtownie. — Gdybym tu nie przyjechał, nic z tego by się nie wydarzyło!

Ogień wybuchł mocniej wokół nich. Płomienie buchnęły z kominka aż pod sufit. Gavriel odruchowo sięgnął po miecz. Valmar nawet się nie poruszył.

— Rafael. Uspokój się.

— Nie potrafię! — chłopak niemal krzyknął. — Ja już nie potrafię nad tym panować!

Złote światło przesunęło się gwałtownie po jego szyi i dłoniach. Na skórze zaczęły pojawiać się symbole. Takie same jak te w podziemiach. Gavriel pobladł.

— Valmar…

Król ruszył do Rafaela bez zawahania. Tym razem chłopak nawet nie próbował się odsunąć. Oddychał zbyt szybko. Drżał za mocno.

— Słuchaj mnie — powiedział Valmar stanowczo, chwytając jego twarz w dłonie. — Nie jesteś z tym sam.

Rafael zaśmiał się gorzko.

— Właśnie, że jestem. Bo to dzieje się we mnie. Tylko we mnie.

— Nie.

— Valmar, proszę… — głos chłopaka załamał się całkowicie. — Jeśli naprawdę mnie kochasz… nie pozwól, żebym stał się tym czymś.

Król oparł czoło o czoło Rafaela na krótką chwilę.

— Nie każ mi wybierać między tobą a twoim życiem.

Rafael zamknął oczy gwałtownie.

— A jeśli niedługo nie będzie już między nimi różnicy?

Cisza po tych słowach była brutalna. I właśnie wtedy z korytarza dobiegły krzyki. Wszyscy poderwali głowy jednocześnie. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Jeden ze strażników niemal wpadł do środka, blady jak ściana.

— Wasza Wysokość… dolne przejście… ono się otworzyło.

Rafael poczuł lodowaty ucisk pod żebrami.

— Nie…

Strażnik oddychał ciężko.

— Coś wyszło z podziemi.

W komnacie zapadła martwa cisza. A potem Rafael usłyszał ten sam głos co wcześniej. Tylko tym razem już nie w swojej głowie. Tym razem rozległ się gdzieś głęboko w zamku.

— Synu Płomienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz