Rozdział 29 - Szepty zza wrót
Cisza po słowach kultysty była
cięższa niż cały żar podziemi. Rafael nadal oddychał nierówno, próbując skupić
się na głosie Liora i jego ramionach ciasno obejmujących go w pasie, ale szepty
pod skórą nie znikały. Wręcz przeciwnie. Było ich coraz więcej.
Wracaj.
Przestań walczyć.
Otwórz się.
Chłopak zacisnął powieki
gwałtownie.
— Każ im przestać…
Valmar stał kilka kroków przed
nim, pomiędzy Rafaelem a zakapturzonymi postaciami, z mieczem opuszczonym
nisko, ale gotowym do ataku w każdej chwili.
Król spojrzał lodowato na
kultystów.
— Cofnąć się.
Nikt się nie poruszył.
Gavriel zrobił krok do przodu
z wyciągniętym mieczem.
— Król wydał rozkaz.
Jedna z postaci podniosła
głowę powoli.
— Nie rozumiecie. To miejsce
odpowiada na niego. Im bardziej będzie próbował tłumić płomień, tym gorzej się
to skończy.
— Jeszcze jedno słowo, a
wyrzucę was wszystkich z tych podziemi kawałek po kawałku — warknął Gavriel.
Lior ścisnął Rafaela mocniej,
czując jak chłopak znowu zaczyna drżeć.
— Raffy, oddychaj. Słyszysz
mnie? Jestem tutaj.
Rafael skinął lekko głową, ale
wyglądał coraz gorzej. Złote światło przesuwało się pod jego skórą coraz
wyraźniej, niczym rozżarzone żyły. Kamienne symbole wokół sali pulsowały tym
samym rytmem.
Jak serce.
Aldemar obserwował wszystko w
ciszy. Zbyt spokojny jak na człowieka stojącego pośrodku sali pełnej straży i
mieczy.
Valmar zauważył to od razu.
— Ty wiedziałeś, że to się
stanie.
Ojciec Rafaela spojrzał na
niego spokojnie.
— Oczywiście.
Lior odwrócił głowę
gwałtownie.
— Więc po prostu patrzyłeś,
jak cierpi?!
— To część przebudzenia.
— On nie jest żadnym
„przebudzeniem”! — syknął Lior. — To człowiek!
— Już nie tylko.
Te słowa sprawiły, że Rafael
zesztywniał gwałtownie.
Valmar od razu to zauważył.
— Nie słuchaj go.
Ale chłopak patrzył już tylko
na ojca.
— Co to znaczy?
Aldemar zrobił powolny krok do
przodu. Strażnicy natychmiast napięli broń, ale Valmar uniósł rękę, zatrzymując
ich.
— Płomień nigdy nie był zwykłą
magią — powiedział spokojnie Aldemar. — To coś starszego. Coś, czego dawni
ludzie bali się tak bardzo, że zamknęli to pod ziemią. Nosiciele nie mieli nad
nim panować. Mieli stać się jego głosem.
Rafael pobladł.
— Nie…
— Dlatego słyszysz szepty.
Dlatego podziemia reagują na twoją obecność. Serce pod zamkiem rozpoznaje cię.
— Przestań — odezwał się
Valmar ostrzej.
Ale Aldemar nie patrzył na
niego. Patrzył wyłącznie na syna.
— Twoja matka wierzyła, że
będziesz pierwszym, który przetrwa przebudzenie do końca.
Rafaelowi załamał się oddech.
— Ona mnie kochała…?
To pytanie było tak ciche, że
niemal zginęło wśród trzasku ognia. I właśnie dlatego zabolało wszystkich
bardziej niż krzyk.
Aldemar milczał chwilę zbyt
długo.
— Na swój sposób.
Rafael zaśmiał się krótko.
Pusto. Gorzko.
— To nie jest odpowiedź.
Ogień przeszedł gwałtownie po
suficie sali. Kamień zatrząsł się mocniej niż wcześniej, a niski dźwięk
rozszedł się gdzieś pod ich stopami. Tym razem brzmiał bliżej. Dużo bliżej. Strażnicy
pobledli.
— Wasza Wysokość… — odezwał
się jeden z nich drżącym głosem. — Coś się porusza pod nami.
I wtedy Rafael to poczuł.
Nie głos.
Nie szept.
Obecność.
Ogromną. Starą. Śpiącą pod
kamieniem od setek lat.
Chłopak zachwiał się
gwałtownie. Lior przytrzymał go mocniej, nie pozwalając mu upaść.
— Rafael!
Rafael spojrzał przed siebie
przerażonymi oczami.
— Ono mnie zna…
Cisza zrobiła się martwa. Jedna
z zakapturzonych postaci pokłoniła się niżej.
— Bo czekało właśnie na
ciebie.
— Zamknij się! — krzyknął
Valmar tak gwałtownie, że nawet Gavriel drgnął.
Płomienie eksplodowały po
całej sali.
A potem coś uderzyło w
kamienne wrota na końcu podziemi.
Raz.
Potężnie.
Cała sala zadrżała.
Strażnicy cofnęli się
momentalnie. Gavriel ustawił się przed Liorem i Rafaelem z wyciągniętym
mieczem.
Drugie uderzenie było jeszcze
silniejsze. Z sufitu posypał się pył.
A Rafael poczuł nagle coś
znacznie gorszego niż strach.
Rozpoznanie. Jakby cokolwiek
znajdowało się po drugiej stronie wrót… naprawdę próbowało dostać się właśnie
do niego.
Trzecie uderzenie we wrota
było tak potężne, że pęknięcia przebiegły po kamiennej ścianie niczym
pajęczyna. Strażnicy cofnęli się gwałtownie, kilku niemal straciło równowagę.
Kurz posypał się z sufitu grubą warstwą, a ogień w pochodniach zaczął migotać niespokojnie.
Rafael zesztywniał w ramionach
Liora. Bo teraz czuł to wyraźnie.
Nie tylko obecność. Głód.
Coś po drugiej stronie wrót
budziło się coraz bardziej i reagowało właśnie na niego.
— Valmar… — wyszeptał drżąco.
— Ono chce wyjść.
Król spojrzał błyskawicznie na
kamienne wrota. Na ich powierzchni zaczynały pojawiać się złote symbole,
identyczne jak te na skórze Rafaela.
Aldemar obserwował to z niemal
religijnym zachwytem.
— Niemożliwe… tak szybko…
— Zamknij mordę — warknął
Gavriel.
Jedna z zakapturzonych postaci
podniosła się powoli z klęczek.
— Pieczęć słabnie.
— Nie pozwolę wam go
wykorzystać — powiedział Valmar lodowato.
— To już nie zależy od ciebie,
królu Północy.
Te słowa wystarczyły.
Valmar ruszył pierwszy.
Miecz przeciął powietrze
błyskawicznie, zatrzymując się tuż przy gardle kultysty. Płomień buchnął wokół
ostrza gwałtownie, odbijając czerwone światło w oczach króla.
— Wszystko tutaj zależy ode
mnie — powiedział cicho, ale w jego głosie było coś tak niebezpiecznego, że
nawet strażnicy zesztywnieli.
Kultysta jednak się nie
cofnął.
— Jeśli go od nas odetniesz,
wszyscy zginiecie.
Rafael drgnął gwałtownie.
— Co?
Aldemar spojrzał prosto na
syna.
— Pieczęć pod zamkiem była
utrzymywana przez nosicieli od pokoleń. Każdy z nich podtrzymywał ją własnym
płomieniem. Gdy ostatni umierał, rytuał zaczynał się od nowa.
Lior pobladł.
— Chcesz powiedzieć, że to coś
było tam zamknięte przez cały ten czas?
— Tak.
Kolejne uderzenie zatrzęsło
podziemiami.
Tym razem fragment sufitu
runął kilka metrów od strażników.
Krzyki odbiły się echem po
sali.
Rafael zaczął oddychać coraz
szybciej.
— Nie… nie… nie…
Lior złapał jego twarz obiema
dłońmi zmuszając go, żeby spojrzał na niego.
— Raffy. Słuchaj mnie. Nie
jesteś sam. Rozumiesz? Nie jesteś.
Rafael spojrzał na niego
przerażonymi oczami.
— Oni chcą mnie tam zabrać…
— Nie pozwolimy na to.
— Ale jeśli mają rację? —
wyszeptał łamliwie. — Jeśli przeze mnie to coś się wydostanie?
Lior zamarł. Bo nie miał
odpowiedzi. Valmar odwrócił się gwałtownie od kultystów.
— Dość.
Jego głos przeciął salę
ostrzej niż stal. Wszyscy umilkli. Król spojrzał na strażników.
— Zamknąć wszystkie wejścia do
podziemi. Nikt nie opuszcza zamku. Nikt nie wchodzi do środka bez mojego
rozkazu.
— Wasza Wysokość— zaczął jeden
ze strażników niepewnie.
— Natychmiast.
— Tak jest!
Straż ruszyła od razu. Gavriel
spojrzał na Valmara uważnie.
— A oni?
Spojrzenie króla przesunęło
się po zakapturzonych postaciach.
— Zatrzymać wszystkich żywych.
Kultyści poruszyli się
niespokojnie po raz pierwszy od początku spotkania.
— Nie możesz nas więzić —
odezwał się jeden z nich. — Bez nas chłopak nie przetrwa przebudzenia.
Valmar uśmiechnął się chłodno.
— To się jeszcze okaże.
I właśnie wtedy Rafael poczuł
kolejny szept. Ale tym razem nie dochodził spod ziemi. Był tuż przy jego uchu. Bliżej
niż wcześniej. Prawie czuły.
On nie zdoła cię ochronić.
Chłopak zesztywniał nagle. Bo
przez krótką chwilę naprawdę poczuł na karku czyjś oddech.
A kiedy odwrócił głowę
gwałtownie… nikogo tam nie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz