poniedziałek, 13 lipca 2026

Książę w Ramionach Mroku 29

 

Rozdział 29 - Szepty zza wrót

Cisza po słowach kultysty była cięższa niż cały żar podziemi. Rafael nadal oddychał nierówno, próbując skupić się na głosie Liora i jego ramionach ciasno obejmujących go w pasie, ale szepty pod skórą nie znikały. Wręcz przeciwnie. Było ich coraz więcej.

Wracaj.

Przestań walczyć.

Otwórz się.

Chłopak zacisnął powieki gwałtownie.

— Każ im przestać…

Valmar stał kilka kroków przed nim, pomiędzy Rafaelem a zakapturzonymi postaciami, z mieczem opuszczonym nisko, ale gotowym do ataku w każdej chwili.

Król spojrzał lodowato na kultystów.

— Cofnąć się.

Nikt się nie poruszył.

Gavriel zrobił krok do przodu z wyciągniętym mieczem.

— Król wydał rozkaz.

Jedna z postaci podniosła głowę powoli.

— Nie rozumiecie. To miejsce odpowiada na niego. Im bardziej będzie próbował tłumić płomień, tym gorzej się to skończy.

— Jeszcze jedno słowo, a wyrzucę was wszystkich z tych podziemi kawałek po kawałku — warknął Gavriel.

Lior ścisnął Rafaela mocniej, czując jak chłopak znowu zaczyna drżeć.

— Raffy, oddychaj. Słyszysz mnie? Jestem tutaj.

Rafael skinął lekko głową, ale wyglądał coraz gorzej. Złote światło przesuwało się pod jego skórą coraz wyraźniej, niczym rozżarzone żyły. Kamienne symbole wokół sali pulsowały tym samym rytmem.

Jak serce.

Aldemar obserwował wszystko w ciszy. Zbyt spokojny jak na człowieka stojącego pośrodku sali pełnej straży i mieczy.

Valmar zauważył to od razu.

— Ty wiedziałeś, że to się stanie.

Ojciec Rafaela spojrzał na niego spokojnie.

— Oczywiście.

Lior odwrócił głowę gwałtownie.

— Więc po prostu patrzyłeś, jak cierpi?!

— To część przebudzenia.

— On nie jest żadnym „przebudzeniem”! — syknął Lior. — To człowiek!

— Już nie tylko.

Te słowa sprawiły, że Rafael zesztywniał gwałtownie.

Valmar od razu to zauważył.

— Nie słuchaj go.

Ale chłopak patrzył już tylko na ojca.

— Co to znaczy?

Aldemar zrobił powolny krok do przodu. Strażnicy natychmiast napięli broń, ale Valmar uniósł rękę, zatrzymując ich.

— Płomień nigdy nie był zwykłą magią — powiedział spokojnie Aldemar. — To coś starszego. Coś, czego dawni ludzie bali się tak bardzo, że zamknęli to pod ziemią. Nosiciele nie mieli nad nim panować. Mieli stać się jego głosem.

Rafael pobladł.

— Nie…

— Dlatego słyszysz szepty. Dlatego podziemia reagują na twoją obecność. Serce pod zamkiem rozpoznaje cię.

— Przestań — odezwał się Valmar ostrzej.

Ale Aldemar nie patrzył na niego. Patrzył wyłącznie na syna.

— Twoja matka wierzyła, że będziesz pierwszym, który przetrwa przebudzenie do końca.

Rafaelowi załamał się oddech.

— Ona mnie kochała…?

To pytanie było tak ciche, że niemal zginęło wśród trzasku ognia. I właśnie dlatego zabolało wszystkich bardziej niż krzyk.

Aldemar milczał chwilę zbyt długo.

— Na swój sposób.

Rafael zaśmiał się krótko. Pusto. Gorzko.

— To nie jest odpowiedź.

Ogień przeszedł gwałtownie po suficie sali. Kamień zatrząsł się mocniej niż wcześniej, a niski dźwięk rozszedł się gdzieś pod ich stopami. Tym razem brzmiał bliżej. Dużo bliżej. Strażnicy pobledli.

— Wasza Wysokość… — odezwał się jeden z nich drżącym głosem. — Coś się porusza pod nami.

I wtedy Rafael to poczuł.

Nie głos.

Nie szept.

Obecność.

Ogromną. Starą. Śpiącą pod kamieniem od setek lat.

Chłopak zachwiał się gwałtownie. Lior przytrzymał go mocniej, nie pozwalając mu upaść.

— Rafael!

Rafael spojrzał przed siebie przerażonymi oczami.

— Ono mnie zna…

Cisza zrobiła się martwa. Jedna z zakapturzonych postaci pokłoniła się niżej.

— Bo czekało właśnie na ciebie.

— Zamknij się! — krzyknął Valmar tak gwałtownie, że nawet Gavriel drgnął.

Płomienie eksplodowały po całej sali.

A potem coś uderzyło w kamienne wrota na końcu podziemi.

Raz.

Potężnie.

Cała sala zadrżała.

Strażnicy cofnęli się momentalnie. Gavriel ustawił się przed Liorem i Rafaelem z wyciągniętym mieczem.

Drugie uderzenie było jeszcze silniejsze. Z sufitu posypał się pył.

A Rafael poczuł nagle coś znacznie gorszego niż strach.

Rozpoznanie. Jakby cokolwiek znajdowało się po drugiej stronie wrót… naprawdę próbowało dostać się właśnie do niego.

Trzecie uderzenie we wrota było tak potężne, że pęknięcia przebiegły po kamiennej ścianie niczym pajęczyna. Strażnicy cofnęli się gwałtownie, kilku niemal straciło równowagę. Kurz posypał się z sufitu grubą warstwą, a ogień w pochodniach zaczął migotać niespokojnie.

Rafael zesztywniał w ramionach Liora. Bo teraz czuł to wyraźnie.

Nie tylko obecność. Głód.

Coś po drugiej stronie wrót budziło się coraz bardziej i reagowało właśnie na niego.

— Valmar… — wyszeptał drżąco. — Ono chce wyjść.

Król spojrzał błyskawicznie na kamienne wrota. Na ich powierzchni zaczynały pojawiać się złote symbole, identyczne jak te na skórze Rafaela.

Aldemar obserwował to z niemal religijnym zachwytem.

— Niemożliwe… tak szybko…

— Zamknij mordę — warknął Gavriel.

Jedna z zakapturzonych postaci podniosła się powoli z klęczek.

— Pieczęć słabnie.

— Nie pozwolę wam go wykorzystać — powiedział Valmar lodowato.

— To już nie zależy od ciebie, królu Północy.

Te słowa wystarczyły.

Valmar ruszył pierwszy.

Miecz przeciął powietrze błyskawicznie, zatrzymując się tuż przy gardle kultysty. Płomień buchnął wokół ostrza gwałtownie, odbijając czerwone światło w oczach króla.

— Wszystko tutaj zależy ode mnie — powiedział cicho, ale w jego głosie było coś tak niebezpiecznego, że nawet strażnicy zesztywnieli.

Kultysta jednak się nie cofnął.

— Jeśli go od nas odetniesz, wszyscy zginiecie.

Rafael drgnął gwałtownie.

— Co?

Aldemar spojrzał prosto na syna.

— Pieczęć pod zamkiem była utrzymywana przez nosicieli od pokoleń. Każdy z nich podtrzymywał ją własnym płomieniem. Gdy ostatni umierał, rytuał zaczynał się od nowa.

Lior pobladł.

— Chcesz powiedzieć, że to coś było tam zamknięte przez cały ten czas?

— Tak.

Kolejne uderzenie zatrzęsło podziemiami.

Tym razem fragment sufitu runął kilka metrów od strażników.

Krzyki odbiły się echem po sali.

Rafael zaczął oddychać coraz szybciej.

— Nie… nie… nie…

Lior złapał jego twarz obiema dłońmi zmuszając go, żeby spojrzał na niego.

— Raffy. Słuchaj mnie. Nie jesteś sam. Rozumiesz? Nie jesteś.

Rafael spojrzał na niego przerażonymi oczami.

— Oni chcą mnie tam zabrać…

— Nie pozwolimy na to.

— Ale jeśli mają rację? — wyszeptał łamliwie. — Jeśli przeze mnie to coś się wydostanie?

Lior zamarł. Bo nie miał odpowiedzi. Valmar odwrócił się gwałtownie od kultystów.

— Dość.

Jego głos przeciął salę ostrzej niż stal. Wszyscy umilkli. Król spojrzał na strażników.

— Zamknąć wszystkie wejścia do podziemi. Nikt nie opuszcza zamku. Nikt nie wchodzi do środka bez mojego rozkazu.

— Wasza Wysokość— zaczął jeden ze strażników niepewnie.

— Natychmiast.

— Tak jest!

Straż ruszyła od razu. Gavriel spojrzał na Valmara uważnie.

— A oni?

Spojrzenie króla przesunęło się po zakapturzonych postaciach.

— Zatrzymać wszystkich żywych.

Kultyści poruszyli się niespokojnie po raz pierwszy od początku spotkania.

— Nie możesz nas więzić — odezwał się jeden z nich. — Bez nas chłopak nie przetrwa przebudzenia.

Valmar uśmiechnął się chłodno.

— To się jeszcze okaże.

I właśnie wtedy Rafael poczuł kolejny szept. Ale tym razem nie dochodził spod ziemi. Był tuż przy jego uchu. Bliżej niż wcześniej. Prawie czuły.

On nie zdoła cię ochronić.

Chłopak zesztywniał nagle. Bo przez krótką chwilę naprawdę poczuł na karku czyjś oddech.

A kiedy odwrócił głowę gwałtownie… nikogo tam nie było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz