wtorek, 28 lipca 2026

Książę w Ramionach Mroku 34

 

Rozdział 34 – Serce ognia

Kolejny krzyk przeszył zamek tak gwałtownie, że nawet kamienne ściany zdawały się zadrżeć. Rafael poderwał głowę natychmiast. Oddychał szybko, nierówno, a złote światło pod jego skórą pulsowało coraz mocniej.

— Gavriel…

Lior od razu złapał go za ramiona.

— Raffy, spokojnie—

— Oni sobie nie poradzą…

To nie zabrzmiało jak domysł. To zabrzmiało tak, jakby naprawdę widział, co dzieje się kilka poziomów niżej.

Wracaj.

Pozwól nam wejść.

Rafael syknął cicho, zaciskając dłonie na własnej koszuli. Płomienie w kominku buchnęły wyżej.

Valmar ruszył do niego natychmiast.

— Rafael, zostajesz tutaj.

Chłopak spojrzał na niego gwałtownie. W jego oczach po raz pierwszy od dawna nie było tylko strachu. Była desperacja.

— Jeśli tam nie pójdę, oni zginą.

I zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać, wyrwał się z objęć Lior'a i wybiegł z komnaty. Valmar zaklął gwałtownie i ruszył za nim razem z Lior'em.

Korytarze zamku pogrążone były w chaosie. Strażnicy biegali z pochodniami, część służby barykadowała drzwi, a w powietrzu unosił się ciężki zapach dymu i krwi. Rafael biegł jednak bez zawahania, jakby coś prowadziło go dokładnie tam, gdzie powinien dotrzeć.

Im niżej schodzili, tym gorzej wyglądały korytarze. Na ścianach pojawiały się długie smugi krwi, gdzieniegdzie leżały porzucone miecze i pochodnie. Jeden z martwych strażników nadal trzymał kurczowo własne gardło, choć połowa jego klatki piersiowej była rozerwana jak papier.

Lior pobladł gwałtownie.

— Boże…

Rafael prawie tego nie zauważył. Słyszał już tylko głosy. I krzyki.

Kiedy wbiegli do zachodniego korytarza, wszystko wyglądało jak scena z koszmaru. Gavriel i kilkunastu strażników cofali się powoli, próbując utrzymać linię obrony, ale ludzie byli wyraźnie przerażeni. Kamienna posadzka była śliska od krwi, a kilka ciał leżało pod ścianami w nienaturalnych pozycjach. To coś nie miało już normalnego kształtu.

Mrok przesuwał się po suficie i ścianach jak żywe stworzenie. Czasami przypominał ludzką sylwetkę, ale chwilę później wydłużał się w długie, czarne kończyny zakończone czymś przypominającym spalone palce. Rozżarzone oczy błysnęły w ciemności.

Jeden ze strażników wrzasnął nagle, kiedy cień rzucił się na niego z sufitu. Rozległ się mokry trzask łamanych kości, a potem potwór dosłownie przeciągnął mężczyznę po podłodze. Paznokcie strażnika zostawiły długie, krwawe ślady na kamieniach, zanim jego ciało zniknęło w ciemności. Krzyk urwał się gwałtownie. Kilka sekund później spod cienia wytoczył się fragment rozerwanego ramienia.

Gavriel zauważył Rafaela od razu.

— Co wy do cholery robicie?! Mieliście zostać na górze!

Ale było już za późno. Potwór momentalnie wyczuł obecność Rafaela.

Cień zatrzymał się gwałtownie. Rozżarzone oczy odwróciły się prosto na niego.

Wracaj.

Korytarz zatrząsnął się lekko.

Rafael zachwiał się, ale nie cofnął ani o krok. Złote światło zaczęło przesuwać się po jego szyi i dłoniach coraz mocniej. Valmar zamarł. Bo pierwszy raz ogień nie wyglądał już jak coś wymykającego się spod kontroli. Wyglądał, jakby odpowiadał Rafaelowi. Potwór ruszył powoli do przodu. Strażnicy momentalnie cofnęli się w panice. Tylko Rafael został nieruchomo pośrodku korytarza.

— Raffy, odsuń się! — krzyknął Lior.

Ale chłopak ledwo go słyszał.Głosy w jego głowie wrzeszczały coraz głośniej.

Otwórz drogę.

Wracaj do nas.

Oddaj nam serce.

Rafael zacisnął pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórę.

— Nie jesteście mną… — wyszeptał drżąco.

Cień zawył gwałtownie. I rzucił się prosto na strażników stojących najbliżej Gavriela. Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Jeden z ludzi nawet nie zdążył unieść miecza. Czarna kończyna przebiła jego brzuch na wylot, a chwilę później ciało zostało odrzucone na ścianę z mokrym trzaskiem łamanych kości. Krew rozbryznęła się po kamieniach i twarzy stojącego obok strażnika. Linia obrony zaczęła się łamać. I wtedy Rafael krzyknął.

Złote światło eksplodowało z jego ciała jak fala ognia. Płomienie wystrzeliły po ścianach i suficie, odcinając potwora od ludzi dosłownie w ostatniej chwili. Uderzenie było tak silne, że część strażników przewróciła się na ziemię.

Cień zawył przeraźliwie. Po raz pierwszy. Z bólu.

Rafael oddychał ciężko, cały drżąc. Krew spłynęła mu cienką strużką z nosa, ale mimo to zrobił krok do przodu. Potem kolejny. Valmar patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.

— Rafael…

Chłopak nawet nie odwrócił głowy.

Bo po raz pierwszy od początku tego koszmaru naprawdę czuł, że może walczyć. Cień cofnął się gwałtownie pod ścianę, wijąc się chaotycznie pomiędzy płomieniami. Fragmenty ciemności odrywały się od niego i rozpływały w powietrzu jak spalony popiół. A wtedy Rafael zobaczył coś jeszcze. Twarze.

Na ułamek sekundy w środku cienia pojawiły się ludzkie sylwetki. Spalone. Wykrzywione bólem. Jakby dziesiątki ludzi były uwięzione w środku tego czegoś. Nosiciele. Poprzedni. Rafael zamarł gwałtownie. I właśnie ta chwila zawahania wystarczyła. Potwór rzucił się prosto na niego z rykiem.

Valmar był szybszy.

W jednej chwili znalazł się przed Rafaelem, przecinając cień mieczem. Ogień eksplodował wokół nich gwałtownie, a korytarz zatrząsł się tak mocno, że z sufitu posypały się kamienie. Strażnicy zaczęli krzyczeć. Ktoś został przygnieciony odłamkiem filaru.

Lior dopadł do Rafaela i szarpnął go do tyłu.

— Raffy! Musimy się wycofać!

Ale chłopak patrzył już tylko na wijący się w ogniu cień. Bo właśnie zrozumiał coś przerażającego. To coś nie próbowało go zabić. Ono próbowało wrócić do domu.

Książę w Ramionach Mroku 33

 

Rozdział 33 – Plan

— Co znaczy „coś wyszło”? — warknął Gavriel natychmiast.

Strażnik stojący w drzwiach oddychał ciężko, wyraźnie blady. Na jego policzku widniały świeże smugi krwi, jakby próbował wynieść kogoś spod zawalonych korytarzy.

— Dolne przejście zostało rozerwane od środka. Dwóch ludzi nie żyje. Reszta twierdzi, że coś porusza się po korytarzach.

Rafael poczuł lodowaty ucisk pod żebrami. Głos w jego głowie wrócił natychmiast, bliższy niż wcześniej, niemal pulsujący pod skórą.

Wracaj.

Valmar momentalnie sięgnął po miecz.

— Zamknąć zachodnie skrzydło. Nikogo nie zostawiać samego. Wszystkie przejścia do podziemi mają zostać odcięte.

Strażnik wybiegł niemal natychmiast. W tej samej chwili kolejny wstrząs przeszedł przez zamek, a gdzieś daleko rozległ się urwany krzyk.

Lior pobladł.

— To było blisko…

Rafael zesztywniał gwałtownie. Czuł to wyraźnie. Nie tylko obecność. Ruch. Jakby coś naprawdę przemieszczało się przez zamek i z każdą chwilą było coraz bliżej niego.

— Ono idzie tutaj… — wyszeptał.

Valmar odwrócił się do niego natychmiast.

— Skąd wiesz?

— Po prostu wiem…

Złote światło przesunęło się pod skórą Rafaela gwałtowniej niż wcześniej. Płomienie w kominku buchnęły wyżej, a szyby zatrzęsły się niebezpiecznie.

Gavriel spojrzał krótko na Valmara.

— Zabieram ludzi i sprawdzam korytarze.

Król skinął głową.

— Nie oddalaj się sam.

Gavriel ruszył do wyjścia, ale Lior złapał go jeszcze za rękę.

— Uważaj.

Dowódca zatrzymał się gwałtownie. Przez krótką chwilę po prostu patrzył na Lior'a, jakby próbował zapamiętać jego twarz. A potem nagle przyciągnął go do siebie i pocałował szybko, desperacko, mocniej niż zwykle. Jak człowiek, który naprawdę bał się, że może to być ostatni raz.

— Wrócę — wyszeptał nisko.

Kilka minut później zachodnie korytarze zamku wyglądały jak koszmar. Strażnicy poruszali się z pochodniami ostrożnie pomiędzy kamiennymi filarami, podczas gdy gdzieś w ciemności rozlegał się mokry, nienaturalny dźwięk przypominający przeciąganie czegoś ciężkiego po podłodze. Powietrze śmierdziało spalenizną i krwią.

Gavriel szedł pierwszy z mieczem w dłoni. Ściany wokół nich pokrywały ciemne smugi. Niektóre wyglądały jak przypalenia, inne jak ślady dłoni zostawione przez kogoś próbującego czołgać się po kamieniach.

Kilka metrów dalej leżało ciało strażnika. A raczej to, co z niego zostało.

Mężczyzna miał rozerwaną klatkę piersiową, jakby coś przebiło go od środka. Krew rozlała się szeroko po posadzce, a jedna ręka nadal drgała lekko w pośmiertnym skurczu. Tkanki wokół ran były dziwnie przypalone, jakby coś jednocześnie paliło i rozrywało ciało.

Jeden ze strażników zwymiotował natychmiast.

— Dowódco… co mogło coś takiego zrobić…?

I wtedy światło pochodni zadrżało gwałtownie. Cień przesunął się po suficie. Za szybko. Nienaturalnie.

Jeden ze strażników nawet nie zdążył krzyknąć. Coś ciemnego spadło na niego z góry, przewracając go brutalnie na ziemię. Rozległ się mokry trzask łamanych kości i wrzask bólu, od którego wszystkim zamarła krew w żyłach. Krew rozbryznęła się po ścianach i twarzach stojących obok ludzi.

— ATAK! — ryknął Gavriel.

Pochodnie zatańczyły chaotycznie. Przez krótką chwilę wszyscy zobaczyli długie, czarne kończyny przypominające spalone ludzkie ręce i rozżarzone oczy błyszczące w środku ciemności.

Strażnik wrzeszczał jeszcze kilka sekund. A potem nagle ucichł.

Coś odciągnęło jego ciało w mrok korytarza tak szybko, że po kamieniach została tylko szeroka smuga krwi i kawałki rozerwanego mięsa.

Ludzie cofnęli się natychmiast.

— Do światła! Nie rozdzielać się! — krzyknął Gavriel.

Ale było już za późno. Cienie wokół nich zaczęły się poruszać.

W komnacie Rafaela płomienie drżały coraz mocniej. Chłopak siedział nieruchomo, ale nagle poderwał głowę gwałtownie.

— Gavriel…

Valmar zesztywniał.

— Co?

Rafael pobladł.

— Ono ich zabija…

Kolejny huk przeszedł przez zamek, a chwilę później Rafael usłyszał krzyk tak wyraźny, jakby sam stał tam, w ciemnym korytarzu pośród krwi.

Chłopak złapał się za głowę z sykiem bólu.

— Rafael! — Lior natychmiast znalazł się przy nim.

— Ono… ono widzi ich przeze mnie…

Valmar poczuł lodowaty ciężar pod żebrami, bo właśnie to oznaczało, że połączenie robi się coraz silniejsze.

Gdzieś głęboko pod zamkiem coś zaryczało ponownie. A wszystkie świece w komnacie zgasły jednocześnie.

wtorek, 21 lipca 2026

Książę w Ramionach Mroku 32

 

Rozdział 32 – Prawie za późno

Po słowach Garildy w komnacie nie dało się już oddychać normalnie. Cisza była ciężka, napięta, niemal agresywna. Rafael siedział nieruchomo na łóżku, jakby bał się poruszyć choćby o centymetr. Valmar stał kilka kroków dalej, napięty tak mocno, że aż drżały mu dłonie.

— Wyjdźcie — powiedział lodowato.

Garilda nie poruszyła się od razu.

— Wasza Wysokość—

— Powiedziałem wyjdźcie.

Ton jego głosu przeciął komnatę ostrzej niż miecz. Gavriel od razu wyprowadził Garildę, a Lior zawahał się przy drzwiach, wyraźnie nie chcąc zostawiać Rafaela samego.

— Lior — odezwał się chłopak cicho. — Proszę.

To wystarczyło. Drzwi zamknęły się ciężko. Zostali sami.

Przez dłuższą chwilę żaden się nie odezwał. Ogień w kominku trzaskał nierówno, rzucając złote światło po ścianach. Rafael siedział z opuszczoną głową, wpatrzony we własne dłonie, jakby bał się zobaczyć na nich kolejne symbole.

Valmar podszedł bliżej powoli.

— Nie uwierzę w to.

Rafael zaśmiał się cicho. Pusto.

— A ja chyba zaczynam.

Król uklęknął przed nim gwałtownie.

— Nie.

— Valmar—

— Nie pozwolę ci umrzeć.

Rafael podniósł w końcu wzrok. Był zmęczony. Przerażony. I dziwnie spokojny jednocześnie.

— A jeśli to jedyny sposób?

— Nie jest.

— Skąd możesz to wiedzieć? — głos Rafaela drgnął mocniej. — Widzisz przecież, co się ze mną dzieje.

Valmar zacisnął szczękę.

— Nadal jesteś sobą.

— Jeszcze.

To jedno słowo uderzyło mocniej niż krzyk. Rafael odwrócił wzrok gwałtownie.

— Dzisiaj przez chwilę nie wiedziałem, kim jesteś.

Valmar zesztywniał.

— Rafael—

— A co będzie jutro? — chłopak spojrzał na niego z bólem. — Za tydzień? Jeśli pewnego dnia spojrzę na Liora i nie będę pamiętał nawet jego? Jeśli skrzywdzę was wszystkich?

Ogień w kominku buchnął gwałtownie wyżej.

— Nie skrzywdzisz nas.

— Skąd ta pewność?! — Rafael podniósł głos pierwszy raz od dawna tak gwałtownie. — Moi rodzice całe życie wiedzieli, czym jestem! Kult czekał na to od lat! To coś pod zamkiem mnie zna! A ty nadal próbujesz udawać, że wszystko będzie dobrze!

Cisza po tych słowach była brutalna. Valmar patrzył na niego długo.

— Bo muszę w to wierzyć.

Rafaelowi załamał się oddech.

— Ja już nie potrafię.

To zabrzmiało gorzej niż płacz. Valmar powoli ujął jego dłonie. Tym razem Rafael się nie odsunął.

— Posłuchaj mnie. Znajdziemy inne rozwiązanie.

Rafael zamknął oczy.

— Nie będzie innego rozwiązania.

— Nie możesz tego wiedzieć.

— Wiem.

Chłopak spojrzał na niego z czymś, co przypominało rozpacz zmieszaną ze zmęczeniem.

— Ono jest coraz bliżej. Czuję je cały czas. Słyszę nawet teraz.

Wracaj.

Oddaj nam serce.

Rafael drgnął gwałtownie i zacisnął palce na dłoniach Valmara.

— Widzisz? — wyszeptał łamliwie. — Nawet teraz nie potrafię tego uciszyć…

Valmar przesunął kciukiem po jego drżących dłoniach.

— Więc będę przy tobie, kiedy to uciszymy.

Rafael spojrzał na niego długo. A potem powiedział coś, czego Valmar bał się najbardziej.

— Jeśli przyjdzie moment… musisz mnie zabić.

Król zamarł.

— Nie.

— Valmar—

— Nie.

— Posłuchaj mnie! — Rafael niemal się załamał. — Jeśli przestanę być sobą, jeśli to coś przejmie nade mną kontrolę… nie możesz pozwolić mi żyć tylko dlatego, że mnie kochasz!

Ogień eksplodował gwałtownie po całej komnacie. Kilka świec pękło z hukiem. Valmar jednak nawet nie drgnął. Patrzył tylko na niego. Jak człowiek, któremu właśnie wyrwano serce z piersi.

— Nie każ mi tego zrobić.

Rafaelowi zaszkliły się oczy.

— Ja też nie chcę.

I właśnie to było najgorsze. Bo obaj wiedzieli już, że Garilda mogła mieć rację. Nagle Rafael zesztywniał gwałtownie.

Wracaj do mnie, synu płomienia.

Chłopak syknął z bólu i złapał się za głowę. Złote światło przesunęło się pod jego skórą gwałtowniej niż wcześniej. Valmar poderwał się natychmiast.

— Rafael!

Chłopak oddychał szybko, chaotycznie.

— Ono… ono mnie woła…

Zamek zatrząsł się nagle tak mocno, że jedna z półek runęła na podłogę. Huk spod ziemi był głośniejszy niż wcześniej. Bliższy.

A Rafael po raz pierwszy naprawdę poczuł, że jeśli zostaną tu zbyt długo… to coś pod zamkiem samo po niego przyjdzie. Zamek zatrząsł się ponownie. Tym razem dużo mocniej. Kamienne ściany jęknęły głucho, a z sufitu posypał się pył. Rafael gwałtownie zacisnął dłonie na materiale własnej koszuli, próbując oddychać spokojniej, ale głosy w jego głowie stawały się coraz głośniejsze.

Wracaj.

Otwórz drogę.

Pozwól nam wyjść.

— Zamknijcie się… — wyszeptał drżąco.

Valmar momentalnie znalazł się przy nim znowu.

— Rafael, spójrz na mnie.

Chłopak próbował. Naprawdę próbował. Ale wszystko zaczynało się rozmywać. Ogień w kominku wydawał się zbyt jasny. Powietrze zbyt gorące. Nawet bicie własnego serca słyszał nienaturalnie wyraźnie. I pod tym wszystkim… Jeszcze jeden rytm.

Powolny.

Ogromny.

Bijący gdzieś głęboko pod ziemią.

Rafael poderwał głowę gwałtownie.

— Ono żyje…

Valmar zesztywniał.

— Co?

— To nie jest tylko moc… — chłopak oddychał coraz szybciej. — To coś naprawdę tam jest…Ona nie kłamała 

Kolejny huk przeszedł przez fundamenty zamku. Tym razem szyby zatrzęsły się tak mocno, że jedna pękła z ostrym trzaskiem. Lodowate powietrze wdarło się do komnaty. Valmar zaklął cicho pod nosem.

I właśnie wtedy do środka wpadł Gavriel.

— Pieczęcie na dolnych korytarzach zaczynają pękać.

Rafael pobladł natychmiast.

— Nie…

— Strażnicy twierdzą, że symbole na ścianach świecą coraz mocniej. — Gavriel spojrzał prosto na Valmara. — I jest gorzej. Kilku ludzi słyszało szepty.

To wystarczyło, żeby w komnacie zapadła ciężka cisza. Valmar odwrócił się powoli do Rafaela. Chłopak wyglądał tak, jakby zaraz miał się rozpaść.

— To przeze mnie…

— Nie — odezwał się Valmar natychmiast.

— To moja wina! — Rafael podniósł głos gwałtownie. — Gdybym tu nie przyjechał, nic z tego by się nie wydarzyło!

Ogień wybuchł mocniej wokół nich. Płomienie buchnęły z kominka aż pod sufit. Gavriel odruchowo sięgnął po miecz. Valmar nawet się nie poruszył.

— Rafael. Uspokój się.

— Nie potrafię! — chłopak niemal krzyknął. — Ja już nie potrafię nad tym panować!

Złote światło przesunęło się gwałtownie po jego szyi i dłoniach. Na skórze zaczęły pojawiać się symbole. Takie same jak te w podziemiach. Gavriel pobladł.

— Valmar…

Król ruszył do Rafaela bez zawahania. Tym razem chłopak nawet nie próbował się odsunąć. Oddychał zbyt szybko. Drżał za mocno.

— Słuchaj mnie — powiedział Valmar stanowczo, chwytając jego twarz w dłonie. — Nie jesteś z tym sam.

Rafael zaśmiał się gorzko.

— Właśnie, że jestem. Bo to dzieje się we mnie. Tylko we mnie.

— Nie.

— Valmar, proszę… — głos chłopaka załamał się całkowicie. — Jeśli naprawdę mnie kochasz… nie pozwól, żebym stał się tym czymś.

Król oparł czoło o czoło Rafaela na krótką chwilę.

— Nie każ mi wybierać między tobą a twoim życiem.

Rafael zamknął oczy gwałtownie.

— A jeśli niedługo nie będzie już między nimi różnicy?

Cisza po tych słowach była brutalna. I właśnie wtedy z korytarza dobiegły krzyki. Wszyscy poderwali głowy jednocześnie. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Jeden ze strażników niemal wpadł do środka, blady jak ściana.

— Wasza Wysokość… dolne przejście… ono się otworzyło.

Rafael poczuł lodowaty ucisk pod żebrami.

— Nie…

Strażnik oddychał ciężko.

— Coś wyszło z podziemi.

W komnacie zapadła martwa cisza. A potem Rafael usłyszał ten sam głos co wcześniej. Tylko tym razem już nie w swojej głowie. Tym razem rozległ się gdzieś głęboko w zamku.

— Synu Płomienia.

Książę w Ramionach Mroku 31

 

Rozdział 31 – Cena przebudzenia

Noc była niespokojna.

Zamek drżał jeszcze kilka razy po zejściu z podziemi, jakby coś ogromnego nadal uderzało w pieczęć ukrytą głęboko pod kamieniem. Strażnicy zmieniali się przy wejściach co godzinę, ale napięcie nie malało. Plotki rozchodziły się szybciej niż ogień. Niektórzy słyszeli huk spod ziemi. Inni twierdzili, że widzieli światło wydobywające się spod szczelin w posadzce.

A Rafael nie spał wcale.

Siedział na łóżku owinięty kocem, z szeroko otwartymi oczami utkwionymi gdzieś w pustce. Lior drzemał obok niego niespokojnie, oparty o zagłówek, ale budził się za każdym razem, gdy Rafael drgał gwałtownie albo zaciskał dłonie na własnych ramionach.

Valmar stał przy oknie od dłuższego czasu.

Milczący.

Napięty.

Bezradny bardziej, niż chciałby przyznać.

Wracaj.

Szept wrócił nagle tak wyraźnie, że Rafael syknął i przycisnął dłonie do uszu.

— Nie…

Lior obudził się natychmiast.

— Raffy?

— Ono jest coraz bliżej…

Valmar odwrócił się gwałtownie.

— Co masz na myśli?

Rafael spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

— Już nie słyszę go tylko w głowie. Czuję je. Jakby było pod moją skórą.

Te słowa wystarczyły, żeby Valmarowi zesztywniała szczęka. I właśnie wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Gavriel wszedł pierwszy, ale zaraz za nim pojawiła się jeszcze jedna postać.

Garilda.

Lior momentalnie wstał gwałtownie.

— Co ona tutaj robi?

Staruszka wyglądała inaczej niż wcześniej. Już nie jak zmęczona kobieta z kuchni. W półmroku komnaty jej oczy wydawały się niemal złote. Garilda spojrzała prosto na Rafaela. I pobladła.

— Za szybko… — wyszeptała.

Valmar ruszył w jej stronę natychmiast.

— Powiedz mi wreszcie wszystko.

Kobieta spojrzała na niego długo.

— Nie da się już zatrzymać przebudzenia.

Cisza, która zapadła po tych słowach, była niemal dusząca.

Lior od razu pokręcił głową.

— Nie. Nie ma mowy.

Garilda jednak nie patrzyła na niego. Patrzyła wyłącznie na Rafaela.

— Płomień nie jest mocą. Nigdy nią nie był. To żywa rzecz. Coś, co potrzebuje gospodarza, żeby istnieć. 

Rafael poczuł lodowaty ciężar pod żebrami.

— Więc oni mieli rację…

— Częściowo.

Valmar zrobił krok bliżej.

— Wyjaśnij.

Garilda zacisnęła dłonie mocniej na lasce.

— Dawni nosiciele nie umierali dlatego, że byli słabi. Umierali, bo płomień stopniowo pochłaniał ich całkowicie. Niszczył umysł. Wspomnienia. Tożsamość. Na końcu zostawało już tylko… naczynie.

Lior pobladł gwałtownie. Rafael zamarł. Bo dokładnie to zaczynało się z nim dziać.

Zapominanie.

Obce myśli.

Głosy.

Garilda spojrzała na niego ze smutkiem.

— Twoja matka próbowała znaleźć inny sposób.

— I znalazła? — spytał Rafael łamliwie.

Kobieta milczała chwilę zbyt długo.

— Nie.

Valmar zacisnął dłonie.

— Musi istnieć jakieś rozwiązanie.

— Istnieje tylko jedno.

Wszyscy spojrzeli na nią jednocześnie. Garilda wyglądała, jakby każde kolejne słowo kosztowało ją coraz więcej.

— Płomień jest związany z krwią nosiciela. Dopóki jego serce bije… płomień żyje razem z nim.

Lior momentalnie zesztywniał.

— Nie.

Garilda zamknęła oczy na krótką chwilę.

— Żeby oddzielić płomień od gospodarza… serce nosiciela musi się zatrzymać.... on musi...

W komnacie zapadła martwa cisza. Rafael przestał oddychać na sekundę. Valmar patrzył na kobietę nieruchomo. A potem odezwał się tak chłodno, że nawet Gavriel drgnął.

— Nie dokończysz tego zdania.

— Valmar—

— Nie.

Garilda jednak nie odwróciła wzroku.

— Jeśli tego nie zrobicie, chłopak przestanie być sobą.

Lior gwałtownie stanął między Rafaelem a resztą.

— Nie pozwolę wam nawet o tym mówić.

Rafael nadal milczał. Za bardzo. Valmar zauważył to od razu.

— Rafael.

Chłopak spojrzał na niego powoli. I pierwszy raz od wielu rozdziałów wyglądał naprawdę na przerażonego.

Nie ogniem.

Sobą.

— A jeśli ona ma rację…? — wyszeptał.

Książę w Ramionach Mroku 30

 

Rozdział 30 – Rozłam

Kamienne drzwi podziemi zamknęły się z głuchym hukiem, który jeszcze długo odbijał się echem po zamku. Strażnicy prowadzili członków kultu skute łańcuchami, ale mimo kajdan żaden z nich nie wyglądał na przestraszonego. To właśnie niepokoiło Gavriel’a najbardziej. Ci ludzie zachowywali się tak, jakby wszystko szło dokładnie według planu.

Aldemar szedł pośród nich spokojnie, z uniesioną głową, bardziej jak król prowadzący własny orszak niż więzień. Gavriel miał ogromną ochotę wbić mu miecz między żebra.

— Nie spuszczać z nich wzroku — rzucił chłodno do strażników. — Jeśli ktoś spróbuje się uwolnić, zabić natychmiast.

Valmar nawet się nie odwrócił. Całą uwagę skupiał na Rafaelu.

Chłopak ledwo trzymał się na nogach. Lior prowadził go przez korytarze powoli, podtrzymując go ramieniem, podczas gdy Rafael oddychał płytko i nierówno. Złote światło nadal przesuwało się pod jego skórą jak żywe.

Głosy nie znikały.

Wręcz przeciwnie.

Teraz, kiedy oddalili się od wrót pod ziemią, szepty stały się bardziej agresywne. Jakby coś było wściekłe, że mu uciekł.

Wracaj.

To nie koniec.

Otwórz drzwi.

Rafael zacisnął zęby gwałtownie.

— Zamknijcie się…

Lior spojrzał na niego z niepokojem.

— Rafael?

— Nic…

Ale to nie było nic.

Valmar widział to wyraźnie. Drżące dłonie. Rozbiegany wzrok. I coś jeszcze. Rafael przestał patrzeć na niego jak wcześniej. Już nie szukał jego obecności instynktownie. Między nimi pojawił się dystans, którego Valmar nie potrafił znieść. Kiedy dotarli do głównego korytarza prowadzącego do królewskiego skrzydła, zamek zatrząsł się ponownie — już trzeci raz od chwili opuszczenia podziemi. Tym razem huk był głębszy. Dłuższy. Jakby coś ogromnego pod ziemią coraz mocniej napierało na kamienne wrota. Kilka świec spadło ze ścian, rozbijając się o posadzkę. Strażnicy momentalnie sięgnęli po broń. Rafael zesztywniał gwałtownie. Bo teraz czuł to wyraźniej niż wcześniej. Nie słyszał już tylko głosów. Czuł emocje tego czegoś.

Głód.

Gniew.

I desperację.

Lior mocniej ścisnął jego ramię.

— Raffy?

— Ono nadal próbuje się przebić… — wyszeptał chłopak.

Valmar odwrócił się gwałtownie w stronę schodów prowadzących niżej.

— Zamknąć wszystkie przejścia do podziemi. Nikogo tam nie wpuszczać bez mojego rozkazu.

— A jeśli pieczęć nie wytrzyma? — odezwał się jeden ze strażników blado.

Valmar spojrzał chłodno w dół ciemnego korytarza.

— Wtedy zatrzymamy to, zanim dotrze do niego.

Rafael spojrzał na niego gwałtownie.

Do niego.

Nie do zamku.

Nie na powierzchnię.

Do niego.

I właśnie wtedy chłopak zrozumiał coś przerażającego. To coś pod ziemią wcale nie próbowało uciec. Ono próbowało wrócić do swojego nosiciela. Kiedy dotarli do komnat Rafaela, Lior pomógł mu usiąść na łóżku. Chłopak natychmiast schował twarz w dłoniach.

— Nie mogę już tego słuchać…

Valmar zamknął drzwi ciężko za resztą straży.

— Co dokładnie słyszysz?

Rafael zaśmiał się krótko. Zmęczenie i strach mieszały się w tym dźwięku.

— Wszystko. Głosy. Szepty. Czasami nawet własne myśli brzmią obco.

Lior usiadł obok niego od razu.

— To minie.

Rafael spojrzał na niego powoli. I przez jedną krótką chwilę w jego oczach pojawiło się coś przerażającego.

Wahanie.

Jakby naprawdę próbował sobie przypomnieć, kim jest siedzący obok niego chłopak.

Lior pobladł.

— Raffy…?

Rafael zamrugał gwałtownie i odwrócił wzrok.

— Przepraszam.

Valmar poczuł lodowaty ciężar pod żebrami. To zaczynało się pogarszać szybciej, niż przypuszczali. Ogień w kominku drgnął gwałtownie. Płomienie wystrzeliły wyżej, choć nikt ich nie dotykał.

Wracaj.

Rafael zacisnął dłonie na własnych włosach.

— Zamknijcie się… proszę…

Lior natychmiast objął go mocniej.

— Hej. Jesteś tutaj. Ze mną. Słyszysz?

Rafael oddychał coraz szybciej. Valmar ruszył odruchowo w ich stronę, ale zatrzymał się w pół kroku. Bo Rafael cofnął się lekko, kiedy tylko zauważył jego ruch. To zabolało bardziej niż powinno. Król zamarł. Rafael też to zauważył. I właśnie dlatego wyglądał, jakby zaraz miał się rozpaść.

— Ja już nie wiem, czy mogę ci ufać… — wyszeptał łamliwie.

Te słowa uderzyły w Valmara mocniej niż jakikolwiek miecz.

— Nie wiem, co było prawdą… Ty, kult, moi rodzice… wszyscy coś przede mną ukrywali.

— Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić.

— Ale to zrobiłeś.

Cisza po tych słowach była niemal nie do zniesienia. I właśnie wtedy do drzwi zapukał Gavriel. Wszedł bez czekania na odpowiedź. Na rękawicach miał świeżą krew.

— Jeden z kultystów próbował wyrwać strażnikowi gardło — powiedział chłodno. — Twierdzą, że przebudzenie już się zaczęło i że „serce pod zamkiem” niedługo otworzy drogę.

Rafael zesztywniał.

Gavriel spojrzał na niego uważniej.

— I to nie jest najgorsze.

Valmar odwrócił głowę powoli.

— Mów.

Dowódca milczał przez chwilę.

— Oni wszyscy twierdzą dokładnie to samo. Że jeśli Rafael nie wróci do podziemi dobrowolnie… płomień sam zacznie przejmować nad nim kontrolę niszcząc wszystko na swojej drodze.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Książę w Ramionach Mroku 29

 

Rozdział 29 - Szepty zza wrót

Cisza po słowach kultysty była cięższa niż cały żar podziemi. Rafael nadal oddychał nierówno, próbując skupić się na głosie Liora i jego ramionach ciasno obejmujących go w pasie, ale szepty pod skórą nie znikały. Wręcz przeciwnie. Było ich coraz więcej.

Wracaj.

Przestań walczyć.

Otwórz się.

Chłopak zacisnął powieki gwałtownie.

— Każ im przestać…

Valmar stał kilka kroków przed nim, pomiędzy Rafaelem a zakapturzonymi postaciami, z mieczem opuszczonym nisko, ale gotowym do ataku w każdej chwili.

Król spojrzał lodowato na kultystów.

— Cofnąć się.

Nikt się nie poruszył.

Gavriel zrobił krok do przodu z wyciągniętym mieczem.

— Król wydał rozkaz.

Jedna z postaci podniosła głowę powoli.

— Nie rozumiecie. To miejsce odpowiada na niego. Im bardziej będzie próbował tłumić płomień, tym gorzej się to skończy.

— Jeszcze jedno słowo, a wyrzucę was wszystkich z tych podziemi kawałek po kawałku — warknął Gavriel.

Lior ścisnął Rafaela mocniej, czując jak chłopak znowu zaczyna drżeć.

— Raffy, oddychaj. Słyszysz mnie? Jestem tutaj.

Rafael skinął lekko głową, ale wyglądał coraz gorzej. Złote światło przesuwało się pod jego skórą coraz wyraźniej, niczym rozżarzone żyły. Kamienne symbole wokół sali pulsowały tym samym rytmem.

Jak serce.

Aldemar obserwował wszystko w ciszy. Zbyt spokojny jak na człowieka stojącego pośrodku sali pełnej straży i mieczy.

Valmar zauważył to od razu.

— Ty wiedziałeś, że to się stanie.

Ojciec Rafaela spojrzał na niego spokojnie.

— Oczywiście.

Lior odwrócił głowę gwałtownie.

— Więc po prostu patrzyłeś, jak cierpi?!

— To część przebudzenia.

— On nie jest żadnym „przebudzeniem”! — syknął Lior. — To człowiek!

— Już nie tylko.

Te słowa sprawiły, że Rafael zesztywniał gwałtownie.

Valmar od razu to zauważył.

— Nie słuchaj go.

Ale chłopak patrzył już tylko na ojca.

— Co to znaczy?

Aldemar zrobił powolny krok do przodu. Strażnicy natychmiast napięli broń, ale Valmar uniósł rękę, zatrzymując ich.

— Płomień nigdy nie był zwykłą magią — powiedział spokojnie Aldemar. — To coś starszego. Coś, czego dawni ludzie bali się tak bardzo, że zamknęli to pod ziemią. Nosiciele nie mieli nad nim panować. Mieli stać się jego głosem.

Rafael pobladł.

— Nie…

— Dlatego słyszysz szepty. Dlatego podziemia reagują na twoją obecność. Serce pod zamkiem rozpoznaje cię.

— Przestań — odezwał się Valmar ostrzej.

Ale Aldemar nie patrzył na niego. Patrzył wyłącznie na syna.

— Twoja matka wierzyła, że będziesz pierwszym, który przetrwa przebudzenie do końca.

Rafaelowi załamał się oddech.

— Ona mnie kochała…?

To pytanie było tak ciche, że niemal zginęło wśród trzasku ognia. I właśnie dlatego zabolało wszystkich bardziej niż krzyk.

Aldemar milczał chwilę zbyt długo.

— Na swój sposób.

Rafael zaśmiał się krótko. Pusto. Gorzko.

— To nie jest odpowiedź.

Ogień przeszedł gwałtownie po suficie sali. Kamień zatrząsł się mocniej niż wcześniej, a niski dźwięk rozszedł się gdzieś pod ich stopami. Tym razem brzmiał bliżej. Dużo bliżej. Strażnicy pobledli.

— Wasza Wysokość… — odezwał się jeden z nich drżącym głosem. — Coś się porusza pod nami.

I wtedy Rafael to poczuł.

Nie głos.

Nie szept.

Obecność.

Ogromną. Starą. Śpiącą pod kamieniem od setek lat.

Chłopak zachwiał się gwałtownie. Lior przytrzymał go mocniej, nie pozwalając mu upaść.

— Rafael!

Rafael spojrzał przed siebie przerażonymi oczami.

— Ono mnie zna…

Cisza zrobiła się martwa. Jedna z zakapturzonych postaci pokłoniła się niżej.

— Bo czekało właśnie na ciebie.

— Zamknij się! — krzyknął Valmar tak gwałtownie, że nawet Gavriel drgnął.

Płomienie eksplodowały po całej sali.

A potem coś uderzyło w kamienne wrota na końcu podziemi.

Raz.

Potężnie.

Cała sala zadrżała.

Strażnicy cofnęli się momentalnie. Gavriel ustawił się przed Liorem i Rafaelem z wyciągniętym mieczem.

Drugie uderzenie było jeszcze silniejsze. Z sufitu posypał się pył.

A Rafael poczuł nagle coś znacznie gorszego niż strach.

Rozpoznanie. Jakby cokolwiek znajdowało się po drugiej stronie wrót… naprawdę próbowało dostać się właśnie do niego.

Trzecie uderzenie we wrota było tak potężne, że pęknięcia przebiegły po kamiennej ścianie niczym pajęczyna. Strażnicy cofnęli się gwałtownie, kilku niemal straciło równowagę. Kurz posypał się z sufitu grubą warstwą, a ogień w pochodniach zaczął migotać niespokojnie.

Rafael zesztywniał w ramionach Liora. Bo teraz czuł to wyraźnie.

Nie tylko obecność. Głód.

Coś po drugiej stronie wrót budziło się coraz bardziej i reagowało właśnie na niego.

— Valmar… — wyszeptał drżąco. — Ono chce wyjść.

Król spojrzał błyskawicznie na kamienne wrota. Na ich powierzchni zaczynały pojawiać się złote symbole, identyczne jak te na skórze Rafaela.

Aldemar obserwował to z niemal religijnym zachwytem.

— Niemożliwe… tak szybko…

— Zamknij mordę — warknął Gavriel.

Jedna z zakapturzonych postaci podniosła się powoli z klęczek.

— Pieczęć słabnie.

— Nie pozwolę wam go wykorzystać — powiedział Valmar lodowato.

— To już nie zależy od ciebie, królu Północy.

Te słowa wystarczyły.

Valmar ruszył pierwszy.

Miecz przeciął powietrze błyskawicznie, zatrzymując się tuż przy gardle kultysty. Płomień buchnął wokół ostrza gwałtownie, odbijając czerwone światło w oczach króla.

— Wszystko tutaj zależy ode mnie — powiedział cicho, ale w jego głosie było coś tak niebezpiecznego, że nawet strażnicy zesztywnieli.

Kultysta jednak się nie cofnął.

— Jeśli go od nas odetniesz, wszyscy zginiecie.

Rafael drgnął gwałtownie.

— Co?

Aldemar spojrzał prosto na syna.

— Pieczęć pod zamkiem była utrzymywana przez nosicieli od pokoleń. Każdy z nich podtrzymywał ją własnym płomieniem. Gdy ostatni umierał, rytuał zaczynał się od nowa.

Lior pobladł.

— Chcesz powiedzieć, że to coś było tam zamknięte przez cały ten czas?

— Tak.

Kolejne uderzenie zatrzęsło podziemiami.

Tym razem fragment sufitu runął kilka metrów od strażników.

Krzyki odbiły się echem po sali.

Rafael zaczął oddychać coraz szybciej.

— Nie… nie… nie…

Lior złapał jego twarz obiema dłońmi zmuszając go, żeby spojrzał na niego.

— Raffy. Słuchaj mnie. Nie jesteś sam. Rozumiesz? Nie jesteś.

Rafael spojrzał na niego przerażonymi oczami.

— Oni chcą mnie tam zabrać…

— Nie pozwolimy na to.

— Ale jeśli mają rację? — wyszeptał łamliwie. — Jeśli przeze mnie to coś się wydostanie?

Lior zamarł. Bo nie miał odpowiedzi. Valmar odwrócił się gwałtownie od kultystów.

— Dość.

Jego głos przeciął salę ostrzej niż stal. Wszyscy umilkli. Król spojrzał na strażników.

— Zamknąć wszystkie wejścia do podziemi. Nikt nie opuszcza zamku. Nikt nie wchodzi do środka bez mojego rozkazu.

— Wasza Wysokość— zaczął jeden ze strażników niepewnie.

— Natychmiast.

— Tak jest!

Straż ruszyła od razu. Gavriel spojrzał na Valmara uważnie.

— A oni?

Spojrzenie króla przesunęło się po zakapturzonych postaciach.

— Zatrzymać wszystkich żywych.

Kultyści poruszyli się niespokojnie po raz pierwszy od początku spotkania.

— Nie możesz nas więzić — odezwał się jeden z nich. — Bez nas chłopak nie przetrwa przebudzenia.

Valmar uśmiechnął się chłodno.

— To się jeszcze okaże.

I właśnie wtedy Rafael poczuł kolejny szept. Ale tym razem nie dochodził spod ziemi. Był tuż przy jego uchu. Bliżej niż wcześniej. Prawie czuły.

On nie zdoła cię ochronić.

Chłopak zesztywniał nagle. Bo przez krótką chwilę naprawdę poczuł na karku czyjś oddech.

A kiedy odwrócił głowę gwałtownie… nikogo tam nie było.