Rozdział
14 – Part 1 - "Tarcze i rany"
Rafael
siedział przy biurku, palcami obracając niedokończony list. Kartka papieru
miała na sobie zaledwie kilka słów, zbyt osobistych, by je skończyć, zbyt
wrażliwych, by je spalić. Valmar jeszcze spał, jego ciało rozluźniono
spoczywało w łożu, jednym ramieniem obejmując poduszkę, którą Rafael zostawił
po swojej stronie.
Poranek
był cichy. Ale niespokojny.
Od
tygodnia życie na zamku toczyło się w dziwnej zawiesinie. Lordowie opuścili
radę, znikając do swoich posiadłości. Nikt nie powiedział tego wprost, ale
wszyscy wiedzieli: zbierają się czarne chmury.
Rafael
zniżył wzrok do listu. Był adresowany do jego matki. Do kogoś, kogo nie miał
już szansy zobaczyć. Ale czasami musiał mówić słowami, które nie miały trafić
do adresata, tylko wyjść z niego samego.
Valmar
obudził się dopiero, gdy Rafael przebrał się i ruszył do drzwi.
– Nie
chcesz nawet powiedzieć "dzień dobry"? – zapytał król zaspanym
głosem.
Rafael
odwrócił się powoli. – Dzień dobry. – I wyszedł.
………………………….
Lior
czekał na niego przy zbrojowni. Gavriel już był na miejscu, stojąc oparty o
kamienną ścianę z rękami skrzyżowanymi na piersi. Patrzyli na siebie z odrobiną
napięcia, które narastało przez dni.
– Coś
się stało? – zapytał Lior, kiedy tylko Rafael zbliżył się na odległość szeptu.
– Nie
wiem. Może wszystko.
Gavriel
spojrzał na niego uważnie. – Valmar zaczyna planować kolejne posunięcia. Chce
zebrać lojalnych lordów i zmusić neutralnych do deklaracji. Rafaelu... ty
jesteś teraz kartą przetargową.
Chłopak
spojrzał na niego ostro. – Kartą? Myślałem, że już przestałem być towarem.
Lior
uniosł brew. – Valmar cię nie sprzedaje. Ale wszyscy myślą, że może. Dlatego to
bardziej niebezpieczne.
………………………………………
Kłótnia
wybuchła tego samego wieczoru.
Zaczęło
się od drobiazgu. Od spotkania Valmara z jednym z zachodnich wysłanników, na
którym Rafael miał być obecny, ale go nie zaproszono. Potem przeszło na ton
głosu. Na niedopowiedzenia. Na gniew, który zbierał się tygodniami.
–
Traktujesz mnie jak pionka! – rzucił Rafael, gdy drzwi komnaty zamknęły się za
ostatnim doradcą.
– A ty
myślisz, że rozumiesz, co znaczy rządzić?! – Valmar podszedł bliżej, oczy
płonęły. – To nie bajka, Rafael’u. Tu nie chodzi o równość. Tu chodzi o
przetrwanie.
–
Mówiłeś, że nie jestem twoją zabawką. A teraz robię za ozdobę polityczną.
Dlaczego mnie pocałowałeś, Valmar? Dla efektu?
Valmar
zamarł. Jego twarz stwardniała.
– Bo
wtedy cię pragnąłem. Bo wierzę, że jesteś czymś więcej niż środkiem do celu.
Ale jeśli nie potrafisz zrozumieć, jak cienka jest granica między uczuciem a
strategią, to może nie jesteś gotowy, by stać obok mnie.
Cisza.
Ciężka. Duszna.
Rafael
wyszedł, trzaskając drzwiami.
Wieczorem
spotkał Liora. Nie musieli rozmawiać. Lior tylko podał mu kielich i usiadł
obok.
– Też
się kłóciłem z Gavrielem. Pierwszy raz, gdy powiedział, że powinienem przestać
się wszystkiego bać.
Rafael
spojrzał na niego.
– I co
zrobiłeś?
–
Zgodziłem się z nim. Ale dopiero po tygodniu milczenia.
Rafael
uśmiechnął się smutno. – Nie wiem, czy Valmar umie milczeć.
– To
ty naucz się pierwszego kroku.
Następnego
dnia Rafael wrócił do oranżerii. Bez słowa. Znalazł Valmara przy fontannie, tej
samej, przy której pierwszy raz się pocałowali.
Podszedł
powoli.
–
Jeśli mam stać obok ciebie... naucz mnie, jak przetrwać.
Valmar
uniosł wzrok. Długo patrzyli sobie w oczy, zanim król odpowiedział:
–
Wtedy i ja nauczę się, jak nie ranić tych, na których mi zależy.
Ich
palce znów się splotły.
Nie na
znak zgody. Na znak woli, by znów walczyć razem.
Part 2 - "Zbroje
i Skóry"
Lior
nie należał do ludzi, którzy wchodzili w życie innych bez ostrzeżenia. Ale
Gavriel... Gavriel był burzą. Od początku.
Ich drugie spotkanie odbyło się na dziedzińcu zamku, gdy Gavriel – jeszcze nowy w zamku – trenował z dwoma
młodymi rekrutami. Jego ruchy były ostre, precyzyjne, zupełnie inne niż pozory,
które stwarzał. Mógłby być tancerzem, gdyby nie był dowódcą.
Lior
zatrzymał się w cieniu kolumny i obserwował.
–
Podobno masz być moim przełożonym – powiedział sucho, gdy w końcu do niego
podszedł. Nie był zbyt zadowolony, gdy Valmar przekazał mu tą informację.
– A ty
moim cieniem – odpowiedział Gavriel z lekkim uśmiechem. – Chodź, pokaż mi, czy
umiesz więcej niż milczeć.
Ich
pierwszy sparing trwał krótko. Lior był szybki, ale Gavriel – bezwzględny.
Zakończyło się tym, że obaj wylądowali na ziemi, z ranami i śmiechem, który nie
miał prawa pojawić się wśród zbroi.
Od
tamtej chwili stali się nierozłączni. Ale nie było to proste.
Każda
rozmowa między nimi była jak walka. Jak testowanie granic.
–
Wiesz, że cię lubię? – powiedział kiedyś Gavriel podczas wspólnego patrolu.
– Nie
– odparł Lior. – I lepiej, żebyś nie mówił tego głośno.
–
Dlaczego?
– Bo
nie wiem, co bym z tym zrobił.
Pierwszy
pocałunek nie był romantyczny.
Była
noc. Strażnicy wymieniali się zmianą. Lior i Gavriel zostali chwilowo sami w
zbrojowni. Cienie ognia z paleniska tańczyły na ich twarzach. Gavriel patrzył
długo na Liora, aż w końcu powiedział:
–
Każdego dnia próbujesz mnie zniechęcić.
– Bo
to działało na wszystkich wcześniej – wyszeptał Lior.
Gavriel
podszedł bliżej. – Na mnie nie działa.
I
wtedy go pocałował.
Twardo.
Krótko. Ale wystarczająco mocno, by zburzyć wszystko, co Lior trzymał w ryzach
przez lata.
Nie
odpowiedział od razu.
Dopiero
trzy dni później, kiedy patrolowali zachodni mur, Lior zatrzymał się nagle,
chwycił Gavriela za kołnierz i pocałował go jak człowiek, który długo się tego
bał.
–
Teraz jesteśmy kwita – mruknął.
Gavriel
tylko się uśmiechnął.
Miłość
wśród kamieni zamku nie była prosta.
Była
oparta na wspólnych misjach, ukradkowych spojrzeniach, dotyku dłoni pod stołem
narad i niepewności, czy kolejny dzień przyniesie zdradę czy śmierć.
Ale
była.
Lior
bał się czułości. Gavriel – bał się tego, że ją straci.
Kiedy
Valmar wysłał Gavriela na tygodniową ekspedycję do górskiej placówki, Lior nie
spał przez kilka nocy. Kiedy Gavriel wrócił – poraniony, z krwią na hełmie i
zmęczeniem w oczach – Lior przywitał go na murze.
–
Wyglądasz jak śmierć.
– A ty
jak ktoś, kto nie jadł od dni.
– Może
nie jadłem. Może nie spałem. Ale teraz... jesteś tu.
I
wtedy, bez słów, przytulili się. Tam, na murze. Bez świadków. Tylko oni.
Zamek
miał wielu żołnierzy. Ale tylko jednego, który znał Lior’a tak, jak Gavriel. I
tylko jednego, którego Lior nie próbował już odepchnąć.