Rozdział 28 - Nie odsuwaj mnie
Rafael ledwo słyszał cokolwiek
poza własnym oddechem. Wszystko wokół rozmywało się w złocie i ogniu. Freski na
ścianach pulsowały niespokojnym światłem, kamień pod stopami drżał coraz
mocniej, a symbole na jego skórze paliły tak, jakby ktoś wypalał je rozżarzonym
żelazem.
Valmar coś mówił. Gavriel
wydawał rozkazy strażnikom. Ale głosy docierały do Rafaela jak przez wodę.
Stał nieruchomo pośrodku sali,
oddychając szybko i płytko. Nie wiedział już, komu wierzyć. Ojciec okazał się
częścią kultu. Matka poświęciła własne życie, żeby obudzić w nim płomień. A
Valmar… Valmar wiedział więcej, niż mówił.
To bolało najbardziej.
Bo właśnie jemu Rafael
pozwolił podejść najbliżej.
— Rafael… — odezwał się Valmar
ostrożnie.
Chłopak cofnął się odruchowo.
I wtedy Lior nie wytrzymał.
Wyrwał się Gavriel’owi i podszedł prosto do Rafaela mimo gorąca bijącego od
jego skóry.
— Lior, nie! — syknął Gavriel.
Ale było za późno.
Rafael spojrzał na przyjaciela
szeroko otwartymi oczami, jakby naprawdę bał się, że zrobi mu krzywdę. Lior
jednak nawet się nie zatrzymał. Powoli objął go mocno. Bardzo mocno.
Rafael zesztywniał
natychmiast.
— Proszę, Raffy… — wyszeptał
Lior drżącym głosem. — Pozwól nam sobie pomóc. To ja… twój Lior… twój
przyjaciel. Nie odsuwaj mnie od siebie.
Coś w Rafaelu pękło
gwałtownie. Bo Lior nadal go dotykał. Nie cofnął się. Nie patrzył na niego jak
na potwora.
Rafael zacisnął dłonie na jego
ubraniu niemal desperacko. Gorąco wokół nich zaczęło słabnąć odrobinę.
Płomienie przestały szaleć tak gwałtownie.
Valmar patrzył na nich
nieruchomo. Aż bolało go to, że właśnie Lior potrafił uspokoić Rafaela szybciej
niż on sam.
Aldemar obserwował scenę w
ciszy, ale w jego oczach pojawiło się coś chłodnego. Rozczarowanie.
— Emocjonalne więzi zawsze
były problemem — powiedział spokojnie. — Właśnie dlatego poprzedni nosiciele
musieli zostać odizolowani.
Lior odwrócił głowę
gwałtownie.
— Zamknij się.
Aldemar uśmiechnął się lekko.
— Och, więc jednak jesteś dla
niego ważniejszy niż król.
Valmar spojrzał na niego
lodowato.
— Jeszcze jedno słowo, a
stracisz język.
Napięcie w sali zrobiło się
niemal duszące. I wtedy z ciemnych przejść po drugiej stronie podziemi zaczęły
wyłaniać się kolejne sylwetki. Strażnicy natychmiast poderwali broń. Postacie
miały na sobie długie, czarne płaszcze z kapturami zasłaniającymi twarze.
Poruszały się spokojnie. Zbyt spokojnie. Jakby wcale nie bały się mieczy ani
straży króla Północy.
Jeden. Drugi. Trzeci. Coraz
więcej.
Lior pobladł.
— Valmar…
Gavriel momentalnie stanął
przed nim z wyciągniętym mieczem.
— Kult — warknął.
Złote symbole na ścianach
rozbłysły mocniej, kiedy zakapturzone postacie zaczęły schodzić po schodach do
sali. Aldemar nawet się nie poruszył, jakby dokładnie tego oczekiwał.
Jedna z postaci zatrzymała się
kilka kroków od Rafaela i powoli uklękła. Potem następna. I następna. Strażnicy
zaczęli cofać się niespokojnie. Bo wszyscy klękali właśnie przed Rafaelem.
— Nosiciel wrócił — odezwał
się cichy głos spod kaptura.
Rafael zesztywniał.
— Nie nazywaj mnie tak…
— Płomień został obudzony —
kontynuowała postać spokojnie. — Rytuał został zakończony.
— To nie był żaden rytuał! —
krzyknął Rafael. — To było moje życie!
Ogień eksplodował gwałtownie
po całej sali. Kilku strażników odskoczyło przerażonych.
Valmar ruszył natychmiast do
przodu. Stanął pomiędzy Rafaelem a członkami kultu. Jak tarcza. Jak ostrze.
Jego czerwone oczy błyszczały
gniewem.
— Nikt się do niego nie
zbliży.
Zakapturzone postacie nawet
nie drgnęły.
— Wasza Wysokość nie rozumie —
odezwał się kolejny spokojny głos. — On należy do płomienia.
Valmar uśmiechnął się wtedy po
raz pierwszy od dłuższego czasu. Ale to nie był dobry uśmiech. To było
ostrzeżenie.
— Spróbujcie go zabrać —
powiedział cicho. — A spalę to miejsce razem z wami.
Cisza po tych słowach była
lodowata. Nawet Rafael spojrzał na niego gwałtownie. Bo Valmar nie blefował.
Gavriel zauważył to
natychmiast. I właśnie wtedy zrozumiał coś naprawdę przerażającego. Król był
gotów rozpocząć wojnę.
Nie dla królestwa. Dla jednej
osoby.
Napięcie w sali było tak
gęste, że nawet strażnicy przestawali oddychać normalnie. Ogień wirował po
ścianach nierówno, reagując na emocje Rafaela, a zakapturzone postacie nadal
klęczały przed nim w absolutnej ciszy. To było najgorsze. Nie strach. Oddanie.
Jakby naprawdę wierzyli, że stoi przed nimi coś świętego.
Rafael cofnął się gwałtownie o
krok, nadal trzymając materiał ubrania Liora w drżących dłoniach.
— Przestańcie tak na mnie
patrzeć…
Jedna z postaci uniosła głowę
powoli.
— Czekaliśmy na dzień
przebudzenia bardzo długo.
— Ja na nic takiego nie
czekałem.
— Jeszcze nie rozumiesz, czym
jesteś.
— I nie chcę rozumieć!
Płomienie wybuchły mocniej pod
sufitem. Kamień zatrzeszczał głucho. Kilku strażników odsunęło się jeszcze
dalej. Valmar zrobił krok bliżej Rafaela niemal odruchowo, jakby samym swoim
ciałem próbował odgrodzić go od całej sali. Chłopak zauważył to natychmiast. I
zabolało go bardziej, niż powinno. Jeszcze chwilę temu oddałby wszystko, żeby
Valmar był blisko. A teraz nie wiedział już, czy potrafi mu ufać.
Aldemar obserwował ich
spokojnie z boku sali.
— Płomień reaguje coraz
silniej — powiedział cicho. — Za późno, żeby to zatrzymać.
— Zamknij się — syknął Valmar.
— To prawda. Sam widzisz, że
nie panuje już nad głosami.
Gavriel ruszył gwałtownie do
przodu.
— Mam dość jego gadania.
— Nie — zatrzymał go Valmar
lodowato. — Żywy może jeszcze być użyteczny.
Aldemar uśmiechnął się lekko.
— Nadal próbujesz wszystko
kontrolować.
To wystarczyło. Valmar
błyskawicznie wyciągnął miecz i przyłożył ostrze do gardła Aldemara, zanim
strażnicy zdążyli zareagować.
— Jeszcze jedno słowo, a
skończysz bez głowy.
Zakapturzone postacie drgnęły
niespokojnie, ale żadna nie ruszyła się do ataku. Rafael patrzył na to
oszołomiony. Valmar naprawdę tracił panowanie nad sobą. Przez niego.
Lior ścisnął Rafaela mocniej,
czując jak chłopak znowu zaczyna drżeć.
— Raffy… oddychaj. Proszę.
Rafael zamknął oczy
gwałtownie. Głosy wracały coraz mocniej.
Wracaj.
Nie walcz.
Pozwól nam cię prowadzić.
— Nie… — wyszeptał.
Symbole na jego skórze
rozbłysły nagle tak jasno, że wszyscy cofnęli się odruchowo. Ogień przeszedł po
ścianach sali niczym fala.
Lior pobladł.
— Rafael?
Chłopak złapał się za głowę
gwałtownie.
— Każ im przestać… każ im się
zamknąć…
— Kto? — spytał Lior
przerażony.
Rafael spojrzał na niego
szeroko otwartymi oczami.
— Oni wszyscy… słyszę ich…
Cisza zrobiła się martwa.
Nawet Aldemar przestał się uśmiechać. Valmar momentalnie odsunął miecz od jego
gardła i podszedł do Rafaela. Tym razem chłopak się nie cofnął. Był zbyt
przerażony.
Król ujął jego twarz obiema
dłońmi.
— Spójrz na mnie.
Rafael oddychał nierówno.
— Valmar…
— Tylko na mnie.
Ogień nadal szalał wokół nich,
ale Rafael próbował skupić się wyłącznie na jego głosie. Na chłodnych dłoniach
trzymających jego twarz. Na czerwonych oczach, które mimo wszystkiego nadal
patrzyły na niego tak samo. Jak na kogoś ważnego. Nie jak na broń. Nie jak na
naczynie.
Rafaelowi załamał się oddech.
— Ja już nie wiem, co jest
prawdziwe…
To zdanie uderzyło mocniej niż
krzyk. Valmar zamknął oczy na krótką chwilę, jakby coś go zabolało.
— Ja jestem prawdziwy.
Rafael spojrzał na niego
gwałtownie.
I właśnie wtedy jedna z
zakapturzonych postaci odezwała się cicho:
— Jeśli nadal będzie się
opierał, płomień go rozerwie.
W sali zapadła cisza. Lior
momentalnie zesztywniał. Gavriel pobladł. A Valmar powoli odwrócił głowę w
stronę kultystów.
I pierwszy raz od bardzo dawna
wyglądał naprawdę niebezpiecznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz