poniedziałek, 13 lipca 2026

Książę w Ramionach Mroku 28

 

Rozdział 28 - Nie odsuwaj mnie

Rafael ledwo słyszał cokolwiek poza własnym oddechem. Wszystko wokół rozmywało się w złocie i ogniu. Freski na ścianach pulsowały niespokojnym światłem, kamień pod stopami drżał coraz mocniej, a symbole na jego skórze paliły tak, jakby ktoś wypalał je rozżarzonym żelazem.

Valmar coś mówił. Gavriel wydawał rozkazy strażnikom. Ale głosy docierały do Rafaela jak przez wodę.

Stał nieruchomo pośrodku sali, oddychając szybko i płytko. Nie wiedział już, komu wierzyć. Ojciec okazał się częścią kultu. Matka poświęciła własne życie, żeby obudzić w nim płomień. A Valmar… Valmar wiedział więcej, niż mówił.

To bolało najbardziej.

Bo właśnie jemu Rafael pozwolił podejść najbliżej.

— Rafael… — odezwał się Valmar ostrożnie.

Chłopak cofnął się odruchowo.

I wtedy Lior nie wytrzymał. Wyrwał się Gavriel’owi i podszedł prosto do Rafaela mimo gorąca bijącego od jego skóry.

— Lior, nie! — syknął Gavriel.

Ale było za późno.

Rafael spojrzał na przyjaciela szeroko otwartymi oczami, jakby naprawdę bał się, że zrobi mu krzywdę. Lior jednak nawet się nie zatrzymał. Powoli objął go mocno. Bardzo mocno.

Rafael zesztywniał natychmiast.

— Proszę, Raffy… — wyszeptał Lior drżącym głosem. — Pozwól nam sobie pomóc. To ja… twój Lior… twój przyjaciel. Nie odsuwaj mnie od siebie.

Coś w Rafaelu pękło gwałtownie. Bo Lior nadal go dotykał. Nie cofnął się. Nie patrzył na niego jak na potwora.

Rafael zacisnął dłonie na jego ubraniu niemal desperacko. Gorąco wokół nich zaczęło słabnąć odrobinę. Płomienie przestały szaleć tak gwałtownie.

Valmar patrzył na nich nieruchomo. Aż bolało go to, że właśnie Lior potrafił uspokoić Rafaela szybciej niż on sam.

Aldemar obserwował scenę w ciszy, ale w jego oczach pojawiło się coś chłodnego. Rozczarowanie.

— Emocjonalne więzi zawsze były problemem — powiedział spokojnie. — Właśnie dlatego poprzedni nosiciele musieli zostać odizolowani.

Lior odwrócił głowę gwałtownie.

— Zamknij się.

Aldemar uśmiechnął się lekko.

— Och, więc jednak jesteś dla niego ważniejszy niż król.

Valmar spojrzał na niego lodowato.

— Jeszcze jedno słowo, a stracisz język.

Napięcie w sali zrobiło się niemal duszące. I wtedy z ciemnych przejść po drugiej stronie podziemi zaczęły wyłaniać się kolejne sylwetki. Strażnicy natychmiast poderwali broń. Postacie miały na sobie długie, czarne płaszcze z kapturami zasłaniającymi twarze. Poruszały się spokojnie. Zbyt spokojnie. Jakby wcale nie bały się mieczy ani straży króla Północy.

Jeden. Drugi. Trzeci. Coraz więcej.

Lior pobladł.

— Valmar…

Gavriel momentalnie stanął przed nim z wyciągniętym mieczem.

— Kult — warknął.

Złote symbole na ścianach rozbłysły mocniej, kiedy zakapturzone postacie zaczęły schodzić po schodach do sali. Aldemar nawet się nie poruszył, jakby dokładnie tego oczekiwał.

Jedna z postaci zatrzymała się kilka kroków od Rafaela i powoli uklękła. Potem następna. I następna. Strażnicy zaczęli cofać się niespokojnie. Bo wszyscy klękali właśnie przed Rafaelem.

— Nosiciel wrócił — odezwał się cichy głos spod kaptura.

Rafael zesztywniał.

— Nie nazywaj mnie tak…

— Płomień został obudzony — kontynuowała postać spokojnie. — Rytuał został zakończony.

— To nie był żaden rytuał! — krzyknął Rafael. — To było moje życie!

Ogień eksplodował gwałtownie po całej sali. Kilku strażników odskoczyło przerażonych.

Valmar ruszył natychmiast do przodu. Stanął pomiędzy Rafaelem a członkami kultu. Jak tarcza. Jak ostrze.

Jego czerwone oczy błyszczały gniewem.

— Nikt się do niego nie zbliży.

Zakapturzone postacie nawet nie drgnęły.

— Wasza Wysokość nie rozumie — odezwał się kolejny spokojny głos. — On należy do płomienia.

Valmar uśmiechnął się wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu. Ale to nie był dobry uśmiech. To było ostrzeżenie.

— Spróbujcie go zabrać — powiedział cicho. — A spalę to miejsce razem z wami.

Cisza po tych słowach była lodowata. Nawet Rafael spojrzał na niego gwałtownie. Bo Valmar nie blefował.

Gavriel zauważył to natychmiast. I właśnie wtedy zrozumiał coś naprawdę przerażającego. Król był gotów rozpocząć wojnę.

Nie dla królestwa. Dla jednej osoby.

Napięcie w sali było tak gęste, że nawet strażnicy przestawali oddychać normalnie. Ogień wirował po ścianach nierówno, reagując na emocje Rafaela, a zakapturzone postacie nadal klęczały przed nim w absolutnej ciszy. To było najgorsze. Nie strach. Oddanie. Jakby naprawdę wierzyli, że stoi przed nimi coś świętego.

Rafael cofnął się gwałtownie o krok, nadal trzymając materiał ubrania Liora w drżących dłoniach.

— Przestańcie tak na mnie patrzeć…

Jedna z postaci uniosła głowę powoli.

— Czekaliśmy na dzień przebudzenia bardzo długo.

— Ja na nic takiego nie czekałem.

— Jeszcze nie rozumiesz, czym jesteś.

— I nie chcę rozumieć!

Płomienie wybuchły mocniej pod sufitem. Kamień zatrzeszczał głucho. Kilku strażników odsunęło się jeszcze dalej. Valmar zrobił krok bliżej Rafaela niemal odruchowo, jakby samym swoim ciałem próbował odgrodzić go od całej sali. Chłopak zauważył to natychmiast. I zabolało go bardziej, niż powinno. Jeszcze chwilę temu oddałby wszystko, żeby Valmar był blisko. A teraz nie wiedział już, czy potrafi mu ufać.

Aldemar obserwował ich spokojnie z boku sali.

— Płomień reaguje coraz silniej — powiedział cicho. — Za późno, żeby to zatrzymać.

— Zamknij się — syknął Valmar.

— To prawda. Sam widzisz, że nie panuje już nad głosami.

Gavriel ruszył gwałtownie do przodu.

— Mam dość jego gadania.

— Nie — zatrzymał go Valmar lodowato. — Żywy może jeszcze być użyteczny.

Aldemar uśmiechnął się lekko.

— Nadal próbujesz wszystko kontrolować.

To wystarczyło. Valmar błyskawicznie wyciągnął miecz i przyłożył ostrze do gardła Aldemara, zanim strażnicy zdążyli zareagować.

— Jeszcze jedno słowo, a skończysz bez głowy.

Zakapturzone postacie drgnęły niespokojnie, ale żadna nie ruszyła się do ataku. Rafael patrzył na to oszołomiony. Valmar naprawdę tracił panowanie nad sobą. Przez niego.

Lior ścisnął Rafaela mocniej, czując jak chłopak znowu zaczyna drżeć.

— Raffy… oddychaj. Proszę.

Rafael zamknął oczy gwałtownie. Głosy wracały coraz mocniej.

Wracaj.

Nie walcz.

Pozwól nam cię prowadzić.

— Nie… — wyszeptał.

Symbole na jego skórze rozbłysły nagle tak jasno, że wszyscy cofnęli się odruchowo. Ogień przeszedł po ścianach sali niczym fala.

Lior pobladł.

— Rafael?

Chłopak złapał się za głowę gwałtownie.

— Każ im przestać… każ im się zamknąć…

— Kto? — spytał Lior przerażony.

Rafael spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

— Oni wszyscy… słyszę ich…

Cisza zrobiła się martwa. Nawet Aldemar przestał się uśmiechać. Valmar momentalnie odsunął miecz od jego gardła i podszedł do Rafaela. Tym razem chłopak się nie cofnął. Był zbyt przerażony.

Król ujął jego twarz obiema dłońmi.

— Spójrz na mnie.

Rafael oddychał nierówno.

— Valmar…

— Tylko na mnie.

Ogień nadal szalał wokół nich, ale Rafael próbował skupić się wyłącznie na jego głosie. Na chłodnych dłoniach trzymających jego twarz. Na czerwonych oczach, które mimo wszystkiego nadal patrzyły na niego tak samo. Jak na kogoś ważnego. Nie jak na broń. Nie jak na naczynie.

Rafaelowi załamał się oddech.

— Ja już nie wiem, co jest prawdziwe…

To zdanie uderzyło mocniej niż krzyk. Valmar zamknął oczy na krótką chwilę, jakby coś go zabolało.

— Ja jestem prawdziwy.

Rafael spojrzał na niego gwałtownie.

I właśnie wtedy jedna z zakapturzonych postaci odezwała się cicho:

— Jeśli nadal będzie się opierał, płomień go rozerwie.

W sali zapadła cisza. Lior momentalnie zesztywniał. Gavriel pobladł. A Valmar powoli odwrócił głowę w stronę kultystów.

I pierwszy raz od bardzo dawna wyglądał naprawdę niebezpiecznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz