czwartek, 28 maja 2026

Książę w Ramionach Mroku 19

 

Rozdział 19 Tam, gdzie prowadzi ogień

Noc była nienaturalnie cicha. Śnieg padał gęsto za oknami północnego skrzydła, a wiatr uderzał o stare mury zamku długimi, przeciągłymi podmuchami. Rafael siedział na parapecie w swojej komnacie, wpatrzony w ciemność za szybą. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz naprawdę spał. Głosy nie milkły już ani na chwilę. Czasem szeptały niezrozumiale, czasem mówiły jego własnym głosem, a czasem brzmiały jak matka.

Już blisko.

Zacisnął mocniej dłonie na materiale koszuli.

— Zostaw mnie…

To ty ciągle wracasz.

Drzwi komnaty otworzyły się cicho. Valmar wszedł do środka bez straży, jak zawsze. Od kilku dni robił to regularnie. Nieważne, jak późno kończyły się narady. Nieważne, ilu lordów próbowało wymusić na nim inne decyzje. Zawsze wracał do Rafaela.

Tego wieczoru trzymał w dłoniach tacę z jedzeniem, choć obaj wiedzieli, że Rafael prawdopodobnie znowu prawie nic nie zje.

— Powinieneś odpocząć — odezwał się król spokojnie.

Rafael nie odwrócił głowy.

— Ty też.

Valmar odstawił tacę na stół i podszedł bliżej. Zatrzymał się dopiero przy oknie. Przez chwilę patrzył na śnieg topniejący na framudze od gorąca bijącego od ciała Rafaela. To przerażało go coraz bardziej. I coraz bardziej bolało.

— Lordowie zaczynają naciskać mocniej — powiedział cicho. — Chcą, żebyś został całkowicie odizolowany.

Rafael zaśmiał się słabo.

— Czyli jeszcze bardziej niż teraz?

Valmar nie odpowiedział, bo obaj wiedzieli, że chodziło o coś znacznie gorszego. Podziemia. Kajdany. Może nawet egzekucję.

Rafael zamknął oczy.

— Powinieneś im pozwolić.

— Nie.

Odpowiedź padła zbyt szybko. Zbyt stanowczo.

Król ujął jego twarz ostrożnie, zmuszając go, by spojrzał na niego.

— Nie oddam cię im.

Przez krótką chwilę Rafael naprawdę chciał mu uwierzyć. Chciał schować się w tych słowach i przestać bać choć na moment. Ale potem znowu usłyszał szept.

On też będzie musiał wybrać.

Drgnął gwałtownie.

Valmar zauważył to natychmiast.

— Rafael?

— Nic…

Kłamstwo. Król widział to coraz wyraźniej. Coś zabierało Rafaela kawałek po kawałku.

Tamtej nocy Valmar został dłużej niż zwykle. Rafael zasnął dopiero nad ranem, wyczerpany kolejnymi godzinami walki z własnym umysłem. Król siedział przy łóżku jeszcze przez jakiś czas, obserwując jego niespokojny oddech. A potem w końcu wyszedł.

I właśnie wtedy wszystko się zaczęło.

Rafael otworzył oczy powoli. Komnata była ciemna. Ale głosy nagle ucichły. Po raz pierwszy od wielu dni. Zapadła martwa cisza.

A potem usłyszał tylko jedno zdanie.

Przyjdź do mnie.

Wstał. Nie zastanawiał się nawet dlaczego. Boso przeszedł przez komnatę i otworzył drzwi. Strażnicy stojący na końcu korytarza nawet go nie zauważyli, jakby cień otaczający jego ciało rozmywał go w ciemności.

Schodził coraz niżej. Po spiralnych schodach. Przez stare, opuszczone korytarze, których nigdy wcześniej nie widział. A mimo to wiedział dokładnie, dokąd idzie.

Kamienne ściany robiły się coraz starsze. Pokrywały je symbole płomieni podobne do tych, które czasem pojawiały się na jego skórze.

Już blisko.

Serce biło mu coraz szybciej. Powinien się zatrzymać. Powinien zawrócić. Ale nie potrafił.

Dotarł do ogromnych kamiennych drzwi ukrytych głęboko pod zamkiem. Na ich powierzchni wyryto starożytne symbole ognia. Kiedy Rafael zbliżył dłoń do kamienia, znaki rozjarzyły się złotym światłem.

Drzwi otworzyły się same.

W środku panowała ciemność. A pośrodku ogromnej sali płonął ogień. Nie zwykły. Złoty. Żywy.

Rafael zrobił krok do przodu i nagle poczuł potężny ból w głowie. Obrazy uderzyły w niego gwałtownie. Matka stojąca pośród płomieni. Ludzie klęczący przed ogniem. Dziecko z symbolami na skórze. On sam.

— Nie… — wyszeptał, cofając się gwałtownie.

W końcu wróciłeś.

Głos nie rozległ się w jego głowie. Rozbrzmiał w całej komnacie.

Rafael poderwał głowę.

I wtedy zobaczył sylwetkę stojącą po drugiej stronie ognia.

Garilda.

Ale nie wyglądała już jak starsza kobieta z zamkowej kuchni. Stała wyprostowana w ciemnych szatach, a złote światło płomieni odbijało się w jej oczach.

Uśmiechnęła się powoli.

— Twoja matka czekała na ten dzień bardzo długo, moje dziecko.

Książę w Ramionach Mroku 18

 

Rozdział 18 Pęknięcia

Od kilku dni północne skrzydło zamku przypominało bardziej więzienie niż miejsce do życia. Strażnicy stali przy wejściach bez przerwy, ale nawet oni trzymali się zbyt daleko od drzwi Rafaela. Służba zostawiała jedzenie na korytarzu i odchodziła natychmiast, jakby bała się, że sam dźwięk kroków może go sprowokować. Plotki rozlały się po zamku szybciej niż ogień. Niektórzy twierdzili, że nocami widzieli światło pod jego drzwiami mimo braku świec. Inni przysięgali, że słyszeli głosy dochodzące z komnaty, choć Rafael był tam sam. Najgorsze było jednak to, że coraz więcej ludzi zaczynało w to wierzyć.

Gavriel również.

Siedział samotnie w zbrojowni, obracając w dłoni krótki sztylet wykonany z ciemnego metalu. Ostrze pokrywały stare symbole ochronne. Broń przeciwko dawnej magii. Przeciwko Rafaelowi. Czuł od tego mdłości.

— Jeśli król zawaha się w decydującym momencie, obowiązek spadnie na ciebie — powiedział wcześniej jeden z lordów.

Nie odpowiedział wtedy, bo część niego już znała odpowiedź. Jeśli Rafael naprawdę straci kontrolę, tysiące ludzi mogą zginąć. A Gavriel był dowódcą wojsk Północy zanim stał się kimkolwiek innym. Nawet partnerem Liora.

Drzwi zbrojowni otworzyły się gwałtownie.

— Więc tutaj jesteś.

Lior wyglądał na wściekłego jeszcze zanim podszedł bliżej. Gavriel szybko schował broń, ale było już za późno.

— Co to było?

— Nic ważnego.

— Przestań ciągle tak mówić.

Atmosfera między nimi była napięta od dni, ale teraz coś w końcu pękło.

— Idę do Rafaela — powiedział Lior chłodno.

— Nie.

Zapadła cisza.

— Słucham?

— Północne skrzydło jest zamknięte.

— Rafael jest moim przyjacielem.

— Rafael jest niestabilny.

Lior patrzył na niego kilka sekund z niedowierzaniem.

— Wiesz co jest najbardziej obrzydliwe? Że zaczynasz mówić o nim jak oni.

To uderzyło mocniej niż powinno. Gavriel zacisnął szczękę.

— Ty nie rozumiesz sytuacji.

— Więc mi ją wyjaśnij.

Milczenie. Za długie.

Lior spojrzał na niego ostrzej.

— Co oni ci kazali zrobić?

— Lior—

— Co. Oni. Ci. Kazali.

Gavriel odwrócił wzrok. I to wystarczyło. Lior poczuł lodowaty ciężar pod żebrami.

— O bogowie… Ty naprawdę bierzesz pod uwagę, że będziesz musiał go zabić.

— Jeśli straci kontrolę...

— To nadal Rafael!

— A jeśli pewnego dnia spali całe skrzydło razem z tobą?!

Głos Gavriela odbił się echem od kamiennych ścian. Obaj zamilkli ciężko. Lior patrzył na niego, jakby widział obcego człowieka.

— Ty też zaczynasz się go bać…

Gavriel zamknął oczy na sekundę, bo bał się. I nienawidził siebie za to.

— Robię to, żeby chronić ludzi.

— Nie. Robisz to, bo już zakładasz najgorsze.

Odwrócił się i wyszedł, zanim Gavriel zdążył go zatrzymać.

Kilka minut później szedł już korytarzem północnego skrzydła. Strażnicy wymienili niepewne spojrzenia.

— Lord Gavriel wydał rozkaz—

— A ja go ignoruję — rzucił lodowato Lior.

Nikt nie odważył się go zatrzymać.

Kiedy otworzył drzwi komnaty Rafaela, od razu uderzyło w niego gorąco. Duszące. Nienaturalne. Okna były całkowicie zaparowane mimo zimy na zewnątrz. Część świec paliła się sama, choć knotów nikt nie dotykał.

Rafael siedział przy biurku. Nie zauważył nawet, że ktoś wszedł. Wokół niego leżały dziesiątki zgniecionych kartek. Pisał szybko drżącą dłonią, jakby bał się, że za chwilę zapomni własne myśli.

— Rafael.

Brak reakcji.

— Rafael.

Dopiero za trzecim razem chłopak drgnął gwałtownie i podniósł wzrok. Wyglądał okropnie. Podkrążone oczy. Blada twarz. Rozszerzone źrenice.

— Lior…?

— Bogowie, wyglądasz jak śmierć.

Rafael uśmiechnął się słabo.

— Czuję się gorzej.

Lior podszedł bliżej i wtedy zauważył kartki.

Nie ufaj głosom.

Matka wiedziała.

On budzi się kiedy jestem zły.

Nie pamiętam ostatniej godziny.

Jeśli zacznę mówić jego głosem — uciekaj.

Liorowi ścisnęło gardło.

— Rafael…

— Muszę to zapisywać — wyszeptał chłopak. — Bo czasem już nie wiem, które myśli są moje.

W komnacie było tak gorąco, że atrament na części pergaminów rozmazał się od temperatury. Na dłoniach Rafaela widniały stare ślady poparzeń, jakby próbował sam zatrzymywać płomienie.

Lior poczuł nagłe ukłucie winy. Podczas gdy cały zamek zaczynał widzieć w Rafaelu zagrożenie, on siedział tutaj kompletnie sam i rozpadał się kawałek po kawałku.

— Nie powinieneś być tutaj sam — powiedział cicho.

Rafael opuścił wzrok.

— Lepiej tutaj niż wśród ludzi.

— To nieprawda.

— Jestem zmęczony tym, że wszyscy próbują udawać, że ich nie przerażam.

Zapadła ciężka cisza. Lior chciał zaprzeczyć, ale nie potrafił. Bo kiedy patrzył na świece zapalające się same obok Rafaela… sam też zaczynał się bać.

I chyba Rafael to zauważył.

Uśmiechnął się słabo. Bardzo smutno.

— Widzisz? To już się zaczyna.

Lior podszedł bliżej natychmiast.

— Nie pieprz głupot.

Rafael zamknął oczy na moment, jakby walczył z kolejną falą bólu.

— Gavriel ma rację, żeby trzymać cię z dala ode mnie.

Lior zesztywniał.

— Skąd wiesz o naszej kłótni?

Rafael otworzył oczy powoli. I przez jedną krótką sekundę coś w jego spojrzeniu nie wyglądało jak on. Coś starego. Głodnego. Obcego.

— Słyszałem was — odpowiedział cicho.

Problem polegał na tym, że komnata Rafaela znajdowała się kilka pięter wyżej.

poniedziałek, 25 maja 2026

Książę w Ramionach Mroku 17

 

Rozdział 17 Niebezpieczne schronienie

Po wydarzeniach na zachodnim korytarzu zamek ucichł w dziwny sposób. Nie był to jednak spokój. Cisza przypominała raczej moment tuż przed burzą, kiedy wszyscy czekają na pierwszy grzmot. Rafael czuł to wszędzie. W spojrzeniach służby. W strażnikach, którzy nagle stali przy drzwiach częściej niż wcześniej. W lordach milknących, gdy pojawiał się w salach zamku. Bali się go. I najgorsze było to, że rozumiał dlaczego.

Przez dwa dni prawie nie opuszczał komnaty Valmar’a. Siedział głównie przy oknie, owinięty ciężkim kocem mimo ciepła bijącego od własnej skóry. Nie spał. Kiedy zamykał oczy, słyszał głosy. Czasem szepty. Czasem własną matkę. A czasem coś znacznie gorszego.

Pozwól mi wyjść.

Zacisnął mocniej powieki i odwrócił głowę w stronę ciemnego okna. Coraz trudniej było mu odróżnić, co jest prawdziwe, a co nie.

Valmar próbował przy nim być, ale obowiązki króla nie znikały. Narady trwały coraz dłużej. Coraz więcej lordów domagało się działania. Izolacji. Kontroli. Niektórzy nawet śmierci. Rafael słyszał o tym mimo zamkniętych drzwi i powoli zaczynał się dusić.

Trzeciej nocy wstał bez słowa z łóżka i zaczął ubierać koszulę. Valmar uniósł wzrok znad dokumentów.

— Co robisz?

— Przenoszę się.

Zapadła ciężka cisza.

— Nie.

Rafael zacisnął palce na materiale.

— Nie mogę tu zostać.

— To nie jest dyskusja.

— Właśnie że jest — odpowiedział cicho, ale pierwszy raz od dawna w jego głosie pojawiło się coś ostrzejszego. — Ludzie boją się mnie już wystarczająco. Nie będę jeszcze spalającym się problemem w królewskiej sypialni.

Valmar odłożył dokumenty wolno. Zbyt wolno.

— Myślisz, że chodzi mi o politykę?

— A o co?

Król podszedł bliżej.

— O to, że kiedy tracisz kontrolę, pierwszą rzeczą jaką robisz, jest ucieczka ode mnie.

Rafaelowi ścisnęło gardło, bo to była prawda. Valmar zatrzymał się tuż przed nim.

— Nie pozwolę ci zamknąć się samemu z tym czymś.

— A jeśli pewnego dnia cię skrzywdzę?

Pytanie zawisło między nimi ciężkie i bolesne. Valmar milczał tylko chwilę.

— Wtedy nadal będę tym, który stanie przed tobą pierwszy.

To powinno przynieść ulgę, ale nie przyniosło. Rafael zobaczył zmęczenie pod jego oczami. Strach, który Valmar próbował ukrywać od wielu dni. I właśnie dlatego podjął decyzję.

Kilka godzin później przeniósł się do starej komnaty w północnym skrzydle zamku. Daleko od głównych sal. Daleko od ludzi. Daleko od Valmar’a. Pokój był zimny i prawie pusty. Tylko łóżko, kominek i wysokie okno wychodzące na zasypane śniegiem góry. Idealne miejsce, żeby ukryć potwora. Pierwszej nocy nie zapalił nawet świec. Siedział na podłodze pod ścianą i próbował ignorować szepty.

Samotność ułatwia wszystko.

Zacisnął dłonie na uszach.

— To nie jest prawdziwe…— szepnął przymykając oczy.

Ale ogień jest.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Rafael poderwał głowę, a płomień przeszedł po jego dłoniach odruchowo. Valmar zatrzymał się w progu. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie w ciszy. Potem król zamknął drzwi i podszedł bliżej.

— Nie jesz.

— Nie jestem głodny.

— Kłamiesz.

Rafael odwrócił wzrok. Valmar uklęknął przed nim powoli. Jego dłonie zatrzymały się tuż przy twarzy chłopaka, jakby dawał mu czas na odsunięcie się. Rafael nie uciekł.

Król przesunął palcami po jego policzku.

— Drżysz.

— Jest mi zimno.

Valmar spojrzał na niego długo.

— Nie. Tobie jest gorąco.

I rzeczywiście było. Skóra Rafaela parzyła coraz mocniej. Ogień pod nią stawał się niespokojny.

Valmar westchnął cicho i usiadł obok niego na podłodze.

— Lordowie chcą, żebym zamknął cię w podziemiach.

Rafael zesztywniał.

— A ty?

Król spojrzał prosto przed siebie.

— Chcę znaleźć sposób, żeby cię ocalić, zanim cały świat uzna cię za potwora.

To zabolało bardziej niż powinno. Rafael opuścił głowę.

— A jeśli już nim jestem?

Valmar odwrócił się gwałtownie i złapał go za kark, zmuszając, by na niego spojrzał.

— Nie mów tak przy mnie.

W jego głosie było coś niemal wściekłego. Coś rozpaczliwego.

Rafael patrzył na niego kilka sekund, a potem nagle pękł. Oddech uwiązł mu w gardle. Ramiona zaczęły drżeć.

— Ja już nie wiem, co jest moje… — wyszeptał. — Te głosy… ten ogień… czasem mam wrażenie, że coś patrzy moimi oczami…

Valmar przyciągnął go do siebie natychmiast. Rafael zacisnął dłonie na jego ubraniu i ukrył twarz przy jego szyi, próbując zdławić drżenie ciała. Król objął go mocniej. Jakby próbował utrzymać go przy sobie siłą. Jakby bał się, że jeśli puści choć na chwilę, Rafael naprawdę zniknie.

wtorek, 19 maja 2026

Książę w Ramionach Mroku 16

Rozdział trochę krótki, ale zapraszam do czytania ;3 Jeśli jeszcze ktokolwiek tu zagląda xD 

Rozdział 16 - Pierwszy płomień

Deszcz uderzał o zamkowe okna od samego świtu. Rafael nie spał prawie całą noc. Leżał nieruchomo obok Valmar’a, słuchając głosów, które wracały coraz częściej.

Nie walcz z tym.

Zacisnął powieki mocniej. To nie były już sny. Słyszał je nawet na jawie. Ostrożnie wysunął się z łóżka, żeby nie obudzić Valmar’a, narzucił płaszcz i wyszedł z komnaty. Korytarze były jeszcze niemal puste. Dobrze. Nie chciał nikogo widzieć. Czuł dziwne gorąco pod skórą. Rozdrażnienie. Zmęczenie.

Wypuść mnie.

— Zamknij się… — syknął pod nosem.

Szedł szybciej przez zachodni korytarz, próbując uspokoić oddech. Głosy stawały się coraz głośniejsze. Miał wrażenie, że coś porusza się tuż pod jego skórą.

Pozwól mi wyjść.

Rafael zatrzymał się gwałtownie i oparł dłoń o ścianę.

— Przestań…

— Panie? — odezwał się ktoś za nim.

Drgnął gwałtownie. Jeden ze strażników patrzył na niego z niepokojem.

— Wszystko w porządku?

Rafael cofnął się odruchowo.

— Nie dotykaj mnie.

Ale strażnik najwyraźniej uznał, że chłopak zaraz zemdleje, bo podszedł bliżej i chwycił go za ramię. To wystarczyło. Coś eksplodowało pod skórą Rafaela. Fala gorąca uderzyła w korytarz tak gwałtownie, że strażnik został odrzucony kilka metrów dalej. Świece zapłonęły jednocześnie, a ogień buchnął z lichtarzy i wspiął się po ciężkich zasłonach. Krzyk odbił się echem od kamiennych ścian. Rafael zamarł. Bo przez jedną krótką sekundę poczuł ulgę. Jakby ten ogień chciał go bronić. I właśnie to przeraziło go najbardziej.

— Ogień!
— Straż!
— Odsunąć się od niego!

Te słowa uderzyły mocniej niż sam huk płomieni. OD NIEGO. Nie od pożaru. Rafael oddychał coraz szybciej. Im większa była panika, tym mocniej reagował ogień. Kolejna fala gorąca przeszła przez korytarz. Jedna z szyb pękła z głośnym trzaskiem. Strażnik próbował podnieść się z podłogi, patrząc na Rafaela z czystym przerażeniem.

— Ja nie chciałem… — wyszeptał chłopak.

Ale nikt go już nie słuchał. Strażnicy wbiegli na korytarz z wyciągniętą bronią. I wtedy pojawił się Valmar. Wypadł z bocznego przejścia bez płaszcza, wyraźnie obudzony alarmem. Zatrzymał się tylko na sekundę, oceniając sytuację. Płonące zasłony. Dym. Strażnicy. Rafael stojący pośrodku chaosu. Król zrozumiał natychmiast. Ruszył prosto w ogień.

— Wasza Wysokość—

— Opuścić broń. Natychmiast.

Ton jego głosu przeciął korytarz ostrzej niż miecze. Strażnicy zawahali się i powoli opuścili broń.

Valmar podszedł bliżej. Płomienie nadal wirowały wokół Rafaela niespokojnie.

— Rafael.

Chłopak spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

— Nie podchodź…

Valmar zrobił kolejny krok.

— To nie twoja wina.

— Kłamiesz!

Ogień wybuchł gwałtownie mocniej. Kilku strażników cofnęło się odruchowo. Rafael drżał.

— Coś jest ze mną nie tak…

Valmar podszedł jeszcze bliżej mimo gorąca.

— Spójrz na mnie.

— Valmar—

— Spójrz na mnie.

Ich spojrzenia się spotkały. I Rafael nagle zobaczył, że Valmar też się boi. Ale mimo tego nadal do niego szedł. Bez zawahania. Jakby ważniejszy od całego królestwa był tylko on. Rafaelowi załamał się oddech. Płomienie zaczęły słabnąć. Powoli. Nierówno. A potem osunął się gwałtownie na kolana. Valmar złapał go natychmiast i przyciągnął do siebie, ignorując gorąc bijący od jego skóry. Rafael zacisnął dłonie na jego ubraniu. Trząsł się cały.

— Ja naprawdę przez chwilę poczułem ulgę… — wyszeptał drżącym głosem. — Jakby ten ogień chciał mnie chronić…

Valmar zamknął oczy. I pierwszy raz od dawna poczuł prawdziwy strach.

poniedziałek, 11 maja 2026

Książę w Ramionach Mroku 15

 

Rozdział 15 – To, co śpi pod skórą


Sen zaczął się od ognia.

Rafael stał pośrodku dziedzińca zamku Północy boso, ubrany jedynie w cienką, białą koszulę. Śnieg wokół niego topniał, zmieniając się w czarną wodę, a niebo nad murami przypominało otwartą ranę. Wszystko płonęło. Wieże waliły się jedna po drugiej, ludzie biegli przez ogień, ale ich twarze były rozmazane, jakby sam sen odbierał im człowieczeństwo.

A pośród płomieni stała jego matka.

Nie wyglądała jak duch ani wspomnienie. Była prawdziwa. Ogień przesuwał się po jej skórze jak złoto, lecz jej nie parzył. Patrzyła na niego spokojnie, niemal czule, i właśnie to przeraziło Rafaela bardziej niż cały płonący świat.

— W końcu zaczynasz pamiętać — powiedziała łagodnie.

Za jej plecami coś się poruszyło. Ogromny cień pod powierzchnią ognia. Coś starego. Coś oddychającego.

Rafael cofnął się gwałtownie, czując, że serce zaraz wyrwie mu się z piersi.

— Nie chcę tego…

— Ale to chce ciebie.

Płomienie wystrzeliły ku niebu. Wtedy usłyszał kolejny szept, tuż przy własnym uchu.

— Pozwól mi wyjść.

Obudził się z krzykiem.

Usiadł gwałtownie na łóżku, cały mokry od potu, z rwanym oddechem i dłoniami drżącymi tak mocno, że ledwo je czuł. W komnacie pachniało spalonym woskiem. Wszystkie świece wokół łoża były stopione, jakby ktoś przyłożył do nich rozgrzane żelazo.

Valmar już nie spał. Siedział obok niego w ciszy, a jego czerwone oczy przesuwały się po dłoniach Rafaela. Dopiero wtedy chłopak spojrzał w dół i poczuł, jak żołądek ściska mu się boleśnie.

Krew.

Pod paznokciami, na prześcieradle, na własnych przedramionach. Musiał rozdrapać sobie skórę przez sen.

Symbole na jego nadgarstkach jarzyły się słabym, złotym światłem.

Valmar ujął jego rękę ostrożnie, niemal zbyt delikatnie jak na siebie. I pierwszy raz od kiedy Rafael go poznał, wyglądał nie jak król, lecz jak człowiek, który naprawdę się boi.

Rafael przełknął ślinę i odwrócił wzrok.

— Znowu ją widziałem. Ale… ona nie wyglądała jak ktoś, kto chciał mnie chronić.

Valmar milczał zbyt długo.

— Powiedziała, żebym pozwolił temu wyjść — wyszeptał Rafael. — Co to znaczy?

Król zamknął oczy tylko na moment, jakby walczył sam ze sobą.

— Dawne rytuały kultu płomienia nie polegały na przekazywaniu mocy. Chodziło o noszenie jej. O stworzenie naczynia.

Rafael poczuł lodowaty ciężar pod żebrami.

— Więc jestem tylko pojemnikiem?

— Nie mów tak.

— A jak mam mówić? — prychnął gorzko. — Co jeśli oni mają rację? Co jeśli pewnego dnia zrobię ci krzywdę?

Valmar otworzył usta, ale odpowiedź nie padła od razu. I właśnie ta chwila ciszy zabolała Rafaela najbardziej.

Po raz pierwszy zobaczył w jego oczach wątpliwość.

Nie wobec siebie.

Wobec niego.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Lior zauważył zmianę w Gavrielu już kilka dni wcześniej. Był bardziej spięty, częściej znikał nocami i coraz częściej patrzył na Rafaela jak na potencjalne zagrożenie, a nie przyjaciela swojego księcia. Tej nocy, gdy wrócił do komnaty, od razu dostrzegł spalony fragment pergaminu leżący na stole.

— Co to? — zapytał chłodno.

— Nic ważnego.

— Kłamiesz.

Gavriel uniósł wzrok i coś w jego twarzy sprawiło, że Liorowi ścisnęło gardło. Wyglądał jak człowiek stojący przed egzekucją.

— Odkąd ukrywamy przed sobą rzeczy?

— Odkąd pewne sprawy stały się większe od nas.

Lior poczuł narastającą frustrację.

— Nie mów do mnie zagadkami.

Gavriel podszedł bliżej. Zbyt blisko. Przez chwilę tylko patrzył na niego ciężkim spojrzeniem, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół jego twarzy.

— Jeśli kiedyś każę ci uciekać… zrobisz to?

— O czym ty mówisz?

Nie odpowiedział. Zamiast tego pocałował go gwałtownie, desperacko, jak człowiek chwytający ostatni oddech. Lior oddał pocałunek niemal odruchowo, zaciskając palce na jego koszuli. Gniew mieszał się z ulgą i czymś znacznie bardziej niebezpiecznym.

Gavriel popchnął go na łóżko, przyciskając do materaca własnym ciężarem. Jego dłonie przesuwały się po ciele Liora mocniej niż zwykle, jakby bał się, że za chwilę wszystko mu zostanie odebrane. Lior czuł jego nierówny oddech na szyi, gorące usta przy obojczyku i napięcie, które nie miało nic wspólnego wyłącznie z pożądaniem.

— Nie patrz tak na mnie — mruknął Gavriel w jego skórę.

— Jak?

— Jakbyś widział we mnie coś dobrego.

Lior zamarł. Bo w jego głosie było coś pękniętego.

Coś, czego wcześniej tam nie było.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Plotki rozchodziły się po zamku szybciej niż ogień. Służba milkła, gdy Rafael przechodził korytarzami, a niektórzy robili ochronne znaki na piersi. Kilku lordów otwarcie zażądało jego izolacji. Inni mówili o śmierci.

I najgorsze było to, że część z nich naprawdę się bała.

Mieli ku temu powody.

Tego samego dnia Rafael stracił kontrolę po raz pierwszy. Jeden ze służących przypadkiem wylał na niego gorącą herbatę. Rafael odruchowo chwycił go za nadgarstek i wtedy coś wybuchło pod jego skórą.

Krzyk rozdarł salę.

Mężczyzna upadł na kolana, a jego ręka wyglądała, jakby dotknął rozpalonego metalu. Rafael odsunął się gwałtownie, przerażony bardziej niż ktokolwiek wokół.

— Ja… nie chciałem…

Nikt mu nie odpowiedział.

Nawet Valmar.

Tej nocy Rafael nie potrafił oddychać we własnej komnacie. Czuł się zdradzony, samotny. Czuł się jakby nie mógł nikomu ufać, ani nikt nie ufał jemu. Wyszedł więc boso na ciemny korytarz, próbując uspokoić myśli, ale wtedy usłyszał głos.

Głos matki.

Nie we śnie.

Naprawdę.

Podążył za nim coraz niżej, głębiej, aż dotarł do starych drzwi pokrytych symbolami płomieni. Nie pamiętał, by wcześniej tam były. Otworzyły się same.

W środku paliły się świece.

A pośród nich stała Garilda.

Nie wyglądała już jak zmęczona staruszka z kuchni. Jej oczy jarzyły się złotem.

Uśmiechnęła się powoli i uklękła przed nim.

— Nareszcie — wyszeptała. — Płomień się budzi, moje dziecko.