Rozdział 40 – Ostrze nocy i
ognia
Droga do starej kuźni
prowadziła przez najniższe tunele zamku. Powietrze było ciężkie od wilgoci,
popiołu i czegoś metalicznego, co przypominało zapach starej krwi. Im niżej
schodzili, tym mocniejsze robiło się gorąco, jakby pod fundamentami nadal
płonął ukryty ogień. Rafael szedł blisko Valmar'a, nadal wyraźnie osłabiony po
przemianie. Każdy krok wydawał się dziwny. Zbyt lekki. Zbyt cichy.
To było najgorsze.
Świat nagle stał się…
wyraźniejszy.
Słyszał za dużo.
Kroki strażników kilka
korytarzy dalej. Krople wody spadające gdzieś głęboko pod ziemią. Serce Lior'a
bijące szybko obok niego. Oddech Valmar'a. Szelest materiału ocierającego się o
skórę. Wszystko docierało do niego jednocześnie i jego ciało nadal nie potrafiło
tego uporządkować.
Zapachy też były inne.
Silniejsze.
Krew.
Wilgoć.
Dym.
Żywi ludzie pachnieli teraz
ciepłem i pulsem pod skórą tak wyraźnie, że Rafael momentami zaciskał dłonie do
bólu, próbując skupić się na czymkolwiek innym.
Nie pożywił się jeszcze ani
razu.
I wszyscy o tym wiedzieli.
Valmar obserwował go
praktycznie bez przerwy od momentu przebudzenia. Kilka razy próbował zatrzymać
ich choćby na chwilę, zmusić Rafael'a do odpoczynku, ale chłopak za każdym razem
odmawiał.
Nie teraz.
Nie kiedy cień nadal żył.
Rafael potknął się lekko na
nierównym kamieniu i natychmiast poczuł dłoń Valmar'a na swoim ramieniu.
— Zwolnij.
— Nic mi nie jest.
To było kłamstwo.
Nawet jego własny głos brzmiał
inaczej. Niżej. Ciszej. Jakby coś w nim nadal się zmieniało.
Lior spojrzał na niego
nerwowo.
— Od kilku minut nawet nie
mrugasz normalnie.
Rafael zmarszczył brwi lekko.
Dopiero po chwili zrozumiał,
że Lior ma rację.
Nie był zmęczony tak jak
wcześniej. Jego ciało nie potrzebowało oddechu równie często. Serce biło
wolniej. Zbyt wolno.
I chłopak coraz bardziej
zaczynał rozumieć, że już nigdy nie będzie do końca człowiekiem.
Kolejne drżenie przeszło przez
podziemia. Z sufitu posypał się pył, a gdzieś daleko rozległ się niski huk
przypominający bicie ogromnego serca.
Lior spojrzał nerwowo przed
siebie.
— Powiedzcie mi, że to miejsce się zaraz nie zawali.
— Gdyby miało się zawalić, już
dawno by to zrobiło — mruknął Gavriel.
— To wcale mnie nie uspokaja.
Rafael parsknął cicho pierwszy
raz od wielu dni, ale uśmiech zniknął z jego twarzy niemal natychmiast. Coś
było nie tak. Czuł to coraz wyraźniej z każdym krokiem. Nie głosy. Nie ogień.
Coś głębszego.
Valmar zauważył zmianę w jego
spojrzeniu.
— Rafael?
— Ono się budzi szybciej niż
wcześniej.
Cisza zrobiła się ciężka
niemal natychmiast.
— Skąd wiesz? — zapytał
Gavriel.
Rafael przełknął ślinę.
— Czuję serce płomienia. Jakby
odpowiadało na naszą obecność.
Valmar momentalnie przesunął
się bliżej niego.
— Jeśli będzie zbyt niebezpiecznie, zawracamy.
Rafael spojrzał na niego z
niedowierzaniem.
— Val—
— Nie negocjuję.
To zabrzmiało chłodno, ale
Rafael widział strach ukryty pod tym tonem aż za dobrze.
Tunel nagle otworzył się
gwałtownie. Przed nimi znajdowała się ogromna sala wykuta w czarnym kamieniu.
Pośrodku stało stare palenisko otoczone rytualnymi symbolami, a przy ścianach
leżały zardzewiałe narzędzia i resztki dawnych ostrzy. Powietrze było tutaj
gorące i ciężkie, niemal trudne do oddychania.
Rafael zatrzymał się
gwałtownie.
Nie przez symbole.
Przez zapach.
Krew.
Stara.
Wsiąknięta w kamień przez
setki lat.
Żołądek ścisnął mu się
boleśnie.
Valmar zauważył to
natychmiast.
— Rafael.
Chłopak odwrócił wzrok
gwałtownie.
— Nic mi nie jest.
Rafael słyszał wszystko zbyt wyraźnie. Serca wszystkich obecnych. Krew płynącą pod ich skórą. Puls. Życie. I nienawidził tego. Bo część jego instynktownie skupiała się właśnie na tym. Valmar podszedł bliżej bardzo powoli.
— Jeszcze się nie pożywiłeś.
Rafael zacisnął szczękę
mocniej.
— Nie teraz.
— Rafael—
— Powiedziałem nie teraz.
To zabrzmiało ostrzej, niż chciał. Cisza zrobiła się niezręczna niemal natychmiast. Lior spojrzał na niego ostrożnie.
— Raffy…
Rafael zamknął oczy na krótką
chwilę.
— Jeśli teraz się zatrzymamy,
cień odzyska siłę. Najpierw kończymy to. Potem będę miał kryzys egzystencjalny
związany z byciem martwym.
Lior parsknął nerwowym śmiechem. Nawet Gavriel uniósł brew lekko. Valmar jednak nadal wyglądał na spiętego. Bo widział więcej niż reszta. Widział, jak Rafael co chwilę zaciska dłonie. Jak unika patrzenia zbyt długo na kogokolwiek. Jak walczy z własnymi zmysłami. I jak bardzo jest głodny.
Pośrodku kamiennego stołu
leżał kawałek ciemnego metalu. Wyglądał niemal jak obsydian, ale kiedy Valmar
dotknął go dłonią, powierzchnia rozjarzyła się lekko czerwonym światłem.
Lior cofnął się odruchowo.
— Okej. To mi się zdecydowanie nie podoba.
Rafael podszedł bliżej powoli. W chwili, gdy jego palce musnęły metal, symbole na ścianach rozbłysły gwałtownie. Przez salę przeszedł niski dźwięk przypominający oddech czegoś ogromnego. Rafael zamknął oczy na moment. I zobaczył ich znowu. Nosicieli. Dziesiątki twarzy stojących pośród ognia. Chłopak gwałtownie otworzył oczy i odsunął rękę.
Valmar natychmiast znalazł się
obok niego.
— Co widziałeś?
— To właśnie z tego tworzyli
ostrza. Metal jest połączony z sercem płomienia.
Gavriel skrzyżował ręce.
— Czyli jeśli mamy stworzyć tę
broń, musimy zrobić to tutaj.
Rafael skinął głową.
— Krew nosiciela musi połączyć
metal z ogniem. A krew wampira aktywuje ostrze.
Lior spojrzał między nimi
wyraźnie spięty.
— I serio nie ma mniej
przeklętego sposobu na uratowanie świata?
Nikt mu nie odpowiedział. Bo wszyscy wiedzieli, że nie.
Valmar powoli zdjął rękawice i bez wahania przeciął własną dłoń ostrzem leżącym przy palenisku. Ciemna krew spłynęła po jego skórze na czarny metal. Symbole wokół nich rozbłysły mocniej. Rafael poczuł nagłe gorąco pod żebrami. Nie takie jak wcześniej. To nie był cień. To było serce płomienia reagujące na krew Valmar'a. Chłopak drgnął gwałtownie.
— Ono nas czuje.
Valmar spojrzał na niego
ostro.
— Rafael.
Ale chłopak już wyciągał
własną dłoń. Ostrze przecięło skórę szybko, a jasna krew spłynęła na metal obok
krwi Valmar'a.
I wtedy wszystko eksplodowało
światłem.