środa, 1 kwietnia 2026

Książę w Ramionach Mroku 14 part 1 i 2

 Trochę mnie nie było, wybaczcie. Ciekawe czy jeszcze ktoś tu zagląda. Mam cichą nadzieję, że tak. Jeśli ktoś obchodzi to Wesołych Świąt Wielkanocnych, a jeśli nie, to miłego długiego weekendu. <3 

Rozdział 14 –  Part 1 - "Tarcze i rany"

Rafael siedział przy biurku, palcami obracając niedokończony list. Kartka papieru miała na sobie zaledwie kilka słów, zbyt osobistych, by je skończyć, zbyt wrażliwych, by je spalić. Valmar jeszcze spał, jego ciało rozluźniono spoczywało w łożu, jednym ramieniem obejmując poduszkę, którą Rafael zostawił po swojej stronie.

Poranek był cichy. Ale niespokojny.

Od tygodnia życie na zamku toczyło się w dziwnej zawiesinie. Lordowie opuścili radę, znikając do swoich posiadłości. Nikt nie powiedział tego wprost, ale wszyscy wiedzieli: zbierają się czarne chmury.

Rafael zniżył wzrok do listu. Był adresowany do jego matki. Do kogoś, kogo nie miał już szansy zobaczyć. Ale czasami musiał mówić słowami, które nie miały trafić do adresata, tylko wyjść z niego samego.

Valmar obudził się dopiero, gdy Rafael przebrał się i ruszył do drzwi.

– Nie chcesz nawet powiedzieć "dzień dobry"? – zapytał król zaspanym głosem.

Rafael odwrócił się powoli. – Dzień dobry. – I wyszedł.

………………………….

Lior czekał na niego przy zbrojowni. Gavriel już był na miejscu, stojąc oparty o kamienną ścianę z rękami skrzyżowanymi na piersi. Patrzyli na siebie z odrobiną napięcia, które narastało przez dni.

– Coś się stało? – zapytał Lior, kiedy tylko Rafael zbliżył się na odległość szeptu.

– Nie wiem. Może wszystko.

Gavriel spojrzał na niego uważnie. – Valmar zaczyna planować kolejne posunięcia. Chce zebrać lojalnych lordów i zmusić neutralnych do deklaracji. Rafaelu... ty jesteś teraz kartą przetargową.

Chłopak spojrzał na niego ostro. – Kartą? Myślałem, że już przestałem być towarem.

Lior uniosł brew. – Valmar cię nie sprzedaje. Ale wszyscy myślą, że może. Dlatego to bardziej niebezpieczne.

………………………………………

Kłótnia wybuchła tego samego wieczoru.

Zaczęło się od drobiazgu. Od spotkania Valmara z jednym z zachodnich wysłanników, na którym Rafael miał być obecny, ale go nie zaproszono. Potem przeszło na ton głosu. Na niedopowiedzenia. Na gniew, który zbierał się tygodniami.

– Traktujesz mnie jak pionka! – rzucił Rafael, gdy drzwi komnaty zamknęły się za ostatnim doradcą.

– A ty myślisz, że rozumiesz, co znaczy rządzić?! – Valmar podszedł bliżej, oczy płonęły. – To nie bajka, Rafael’u. Tu nie chodzi o równość. Tu chodzi o przetrwanie.

– Mówiłeś, że nie jestem twoją zabawką. A teraz robię za ozdobę polityczną. Dlaczego mnie pocałowałeś, Valmar? Dla efektu?

Valmar zamarł. Jego twarz stwardniała.

– Bo wtedy cię pragnąłem. Bo wierzę, że jesteś czymś więcej niż środkiem do celu. Ale jeśli nie potrafisz zrozumieć, jak cienka jest granica między uczuciem a strategią, to może nie jesteś gotowy, by stać obok mnie.

Cisza. Ciężka. Duszna.

Rafael wyszedł, trzaskając drzwiami.

 

Wieczorem spotkał Liora. Nie musieli rozmawiać. Lior tylko podał mu kielich i usiadł obok.

– Też się kłóciłem z Gavrielem. Pierwszy raz, gdy powiedział, że powinienem przestać się wszystkiego bać.

Rafael spojrzał na niego.

– I co zrobiłeś?

– Zgodziłem się z nim. Ale dopiero po tygodniu milczenia.

Rafael uśmiechnął się smutno. – Nie wiem, czy Valmar umie milczeć.

– To ty naucz się pierwszego kroku.

Następnego dnia Rafael wrócił do oranżerii. Bez słowa. Znalazł Valmara przy fontannie, tej samej, przy której pierwszy raz się pocałowali.

Podszedł powoli.

– Jeśli mam stać obok ciebie... naucz mnie, jak przetrwać.

Valmar uniosł wzrok. Długo patrzyli sobie w oczy, zanim król odpowiedział:

– Wtedy i ja nauczę się, jak nie ranić tych, na których mi zależy.

Ich palce znów się splotły.

Nie na znak zgody. Na znak woli, by znów walczyć razem.

Part 2 - "Zbroje i Skóry"

Lior nie należał do ludzi, którzy wchodzili w życie innych bez ostrzeżenia. Ale Gavriel... Gavriel był burzą. Od początku.

Ich drugie spotkanie odbyło się na dziedzińcu zamku, gdy Gavriel – jeszcze nowy w zamku – trenował z dwoma młodymi rekrutami. Jego ruchy były ostre, precyzyjne, zupełnie inne niż pozory, które stwarzał. Mógłby być tancerzem, gdyby nie był dowódcą.

Lior zatrzymał się w cieniu kolumny i obserwował.

– Podobno masz być moim przełożonym – powiedział sucho, gdy w końcu do niego podszedł. Nie był zbyt zadowolony, gdy Valmar przekazał mu tą informację.

– A ty moim cieniem – odpowiedział Gavriel z lekkim uśmiechem. – Chodź, pokaż mi, czy umiesz więcej niż milczeć.

Ich pierwszy sparing trwał krótko. Lior był szybki, ale Gavriel – bezwzględny. Zakończyło się tym, że obaj wylądowali na ziemi, z ranami i śmiechem, który nie miał prawa pojawić się wśród zbroi.

Od tamtej chwili stali się nierozłączni. Ale nie było to proste.

Każda rozmowa między nimi była jak walka. Jak testowanie granic.

– Wiesz, że cię lubię? – powiedział kiedyś Gavriel podczas wspólnego patrolu.

– Nie – odparł Lior. – I lepiej, żebyś nie mówił tego głośno.

– Dlaczego?

– Bo nie wiem, co bym z tym zrobił.

Pierwszy pocałunek nie był romantyczny.

Była noc. Strażnicy wymieniali się zmianą. Lior i Gavriel zostali chwilowo sami w zbrojowni. Cienie ognia z paleniska tańczyły na ich twarzach. Gavriel patrzył długo na Liora, aż w końcu powiedział:

– Każdego dnia próbujesz mnie zniechęcić.

– Bo to działało na wszystkich wcześniej – wyszeptał Lior.

Gavriel podszedł bliżej. – Na mnie nie działa.

I wtedy go pocałował.

Twardo. Krótko. Ale wystarczająco mocno, by zburzyć wszystko, co Lior trzymał w ryzach przez lata.

Nie odpowiedział od razu.

Dopiero trzy dni później, kiedy patrolowali zachodni mur, Lior zatrzymał się nagle, chwycił Gavriela za kołnierz i pocałował go jak człowiek, który długo się tego bał.

– Teraz jesteśmy kwita – mruknął.

Gavriel tylko się uśmiechnął.

Miłość wśród kamieni zamku nie była prosta.

Była oparta na wspólnych misjach, ukradkowych spojrzeniach, dotyku dłoni pod stołem narad i niepewności, czy kolejny dzień przyniesie zdradę czy śmierć.

Ale była.

Lior bał się czułości. Gavriel – bał się tego, że ją straci.

Kiedy Valmar wysłał Gavriela na tygodniową ekspedycję do górskiej placówki, Lior nie spał przez kilka nocy. Kiedy Gavriel wrócił – poraniony, z krwią na hełmie i zmęczeniem w oczach – Lior przywitał go na murze.

– Wyglądasz jak śmierć.

– A ty jak ktoś, kto nie jadł od dni.

– Może nie jadłem. Może nie spałem. Ale teraz... jesteś tu.

I wtedy, bez słów, przytulili się. Tam, na murze. Bez świadków. Tylko oni.

Zamek miał wielu żołnierzy. Ale tylko jednego, który znał Lior’a tak, jak Gavriel. I tylko jednego, którego Lior nie próbował już odepchnąć.

Ciekawe czy ktoś przeczyta ? 

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Książę w Ramionach Mroku 13

 Mała przerwa, ale miałam trochę na głowie. 
Zapraszam do czytania, dzisiaj na spokojnie. 
Krótko ale potrzebowałam trochę uczuć.. 

Rozdział 13 – "Zbliżenia i Odłamki"

Oranżeria nocą pachniała jak wspomnienie letniego ogrodu – cytrusy, wilgoć i ślady niedawnego zagrożenia. Rafael siedział wśród zieleni, przy jednej z fontann, słuchając łagodnego plusku wody. Gdy Valmar wszedł cicho, jego cień odbił się w szkle, zanim sam pojawił się między roślinami.

Rafael nie musiał się odwracać.
– Przyszedłeś.

Valmar przysiadł obok. Ich ramiona się zetknęły, skóra o skórę.
– Myślisz o dzienniku?

– O tym... i o tym, co dalej. – Rafael uniósł wzrok. – O tym, co widziałem w snach. I o tobie.

Valmar zamilkł na moment, ale po chwili jego dłoń, ostrożna i nieśpieszna, odnalazła dłoń Rafaela.

– Nie jesteś sam, Rafael.

Ich palce splotły się jakby same.

– A jednak – szepnął Rafael – czasem czuję się, jakby nikt wcześniej nie chciał mnie widzieć. Naprawdę. A ty...

Valmar przesunął dłonią po jego karku, delikatnie, jakby upewniał się, że może. Rafael zadrżał, ale nie odsunął się. Odwrócił się do króla powoli i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć – usta Valmara dotknęły jego. Ostrożnie. Cicho. Jakby całował coś kruchego, co może się rozsypać.

Ale Rafael nie pękł.

Jego oddech przyspieszył, dłonie zacisnęły się na materiale przy piersi Valmara, ciało odpowiedziało szybciej, niż pozwalały na to wątpliwości. Pocałunek pogłębił się, przechodząc z ostrożności w głód – nie tylko fizyczny, ale też ten, który gromadzi się latami ciszy i głodu dotyku.

– Nie chcę być twoją zabawką polityczną – wyszeptał Rafael między pocałunkami.

– A ja nie chcę być twoim zbawcą. Chcę być tylko... z tobą.

Rafael wtulił się w niego. Cicho. Wreszcie pozwalając sobie na to, czego odmawiał przez całe życie.

Lior i Gavriel ~ First encounter <3 

Pierwszy raz spotkali się na dziedzińcu. Lior – wtedy jeszcze tylko strażnik na służbie przy pałacowej bibliotece, Gavriel – świeżo przybyły z południowej twierdzy, nowo mianowany dowódca wojsk Valmara.

– Jesteś zbyt młody jak na dowódcę – rzucił Lior, nie siląc się na uprzejmości.

Gavriel zmrużył oczy. – A ty zbyt butny jak na bibliotekarza z mieczem.

Lior uśmiechnął się krzywo. – Obserwuję ludzi.

– I co widzisz we mnie?

– Kogoś, kto będzie mnie wkurzał... ale raczej nie zdradzi.

Gavriel zaśmiał się. – Komplement?

– Jak na mnie, to tak.

Od tamtego dnia spotykali się coraz częściej. Przy raportach. Przy analizach. Potem – przy herbacie. A potem – późno, w zbrojowni, gdzie rozmawiali, nie zważając na czas.

Lior początkowo trzymał dystans. Zawsze zdystansowany, ostrożny. Ale Gavriel był jak kamień – niewzruszony, wytrwały. Wciąż pojawiał się w jego życiu, czasem z notatką, czasem tylko spojrzeniem.

Pierwszy raz dotknęli się w nocy patrolu, gdy Lior potknął się na schodach. Gavriel złapał go za ramię. Palce zostały zbyt długo.

– Dziękuję – burknął Lior, spuszczając wzrok.

– Za co?

– Że nie puściłeś.

– Nigdy nie puszczę.

I wtedy coś się zmieniło. Jeszcze nie uczucie. Jeszcze nie wyznanie. Ale coś jakby... napięcie. Oczekiwanie.


 Obecnie – Oranżeria ~`

Rafael oparł głowę na ramieniu Valmara.

– Czy to wszystko się skończy? Wojna. Kłamstwa. Maski?

– Nie wiem – odpowiedział Valmar. – Ale obiecuję, że jeśli zostaniemy razem... przetrwamy.

Ich dłonie wciąż były splecione. A noc – cicha, łaskawsza niż zwykle.

Za oknem cienie jeszcze trwały. Ale w oranżerii – był tylko blask.


niedziela, 23 listopada 2025

Książę w Ramionach Mroku 12

 Jestem ~ Miałam trochę rzeczy na głowie ( w sumie dalej mam xD), ale jestem i zapraszam na kolejny rozdział. Nowe opowiadanie musi chyba jeszcze trochę poczekać. Mam nadzieję jednak, że uda mi się pojawić z 1 rozdziałem jeszcze przed końcem roku. 

Miłego czytania <3



Rozdział 12 – Taniec pieczęci

Tego wieczora Rafael nie zszedł na kolację. Zamiast tego powrócił do Dolnego Skrzydła, gdzie światło było zawsze przytłumione, a powietrze pachniało kurzem i starym pergaminem. Lior towarzyszył mu jak cień, bez słów, ale z tą cichą, nieustępliwą obecnością, która dawała więcej niż rady czy zapewnienia.

– Dlaczego nic nie mówisz? – zapytał Rafael, obracając w palcach małą, metalową pieczęć z symbolem płomiennego skrzydła.

– Bo nie wiem, co chcesz usłyszeć.

– A gdybym powiedział, że się boję?

Lior spojrzał mu w oczy. – To znaczyłoby, że jesteś mądrzejszy od połowy tej rady.

Zapadła cisza. Potem Rafael zaśmiał się krótko, szorstko. – Nigdy nie sądziłem, że zostanę kimś, kto trzyma światło we krwi.

– A mimo to nim jesteś.

– A ty?

Lior uniósł brew.

– Wierzę, że światło wcale nie musi oślepiać. Jeśli pozwolisz mi być blisko... może uda się je okiełznać.

Rafael nie odpowiedział. Ale jego palce, przypadkowo – lub nie – dotknęły dłoni Liora. Nie cofnął się.

 

Gavriel tymczasem pracował w jednym z bocznych pomieszczeń, otoczony notatkami, tłumaczeniami i glinianymi tabliczkami ze Wschodu. Choć był dowódcą, jego palce lepiej czuły pismo niż stal. Nad jednym z rytuałów zatrzymał się dłużej niż nad innymi – był napisany w starożytnym języku, pełnym skomplikowanych znaków, ale powtarzających się słów: odrodzenie, krew, światło pod ziemią.

Kiedy Valmar wszedł do pomieszczenia, Gavriel nie podniósł wzroku.

– Coś znalazłeś?

– Tak. Ale nie spodoba ci się to, co oznacza.

– Spróbuj mnie zaskoczyć.

Gavriel wskazał na tabliczkę. – Jeśli to prawda... Rafael nie jest tylko ostatnim z rodu. On jest... kluczem. Nie symbolem. Mechanizmem. Ciałem, w którym spoczywa zaklęcie.

Valmar zamarł. – Do czego?

– Do przebudzenia czegoś, co zostało zapieczętowane. Setki lat temu. Magii, która została wygnana z naszej krwi.

Król zmrużył oczy. – I co się stanie, jeśli ten klucz zostanie... użyty?

– Wtedy nikt z nas nie będzie już sobą.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Tej nocy Valmar nie poszedł do swojej komnaty. Zamiast tego zatrzymał się przed drzwiami Rafaela. Wahał się tylko chwilę, zanim zapukał.

Rafael był już ubrany do snu – bez warstw, bez ozdób. W prostym szlafroku i rozpuszczonych włosach wyglądał... jak chłopak. Nie książę, nie klucz, nie spadkobierca.

– Nie spałeś – zauważył Valmar, wchodząc.

– Trudno zasnąć, kiedy każda pieczęć w zamku może zmienić cię w broń.

Król nie odpowiedział. Usiadł obok niego. Ich ramiona zetknęły się znów.

– Pamiętasz, jak się bałeś mnie na początku? – zapytał.

Rafael uśmiechnął się gorzko. – Nie na początku. Później. Kiedy zrozumiałem, że nie jestem tylko twoim więźniem.

– A teraz?

– Teraz boję się... że to nie wystarczy.

Valmar spojrzał na niego. – By przetrwać?

– By być sobą.

Cisza rozlała się między nimi jak ciemność. W końcu Valmar wyciągnął rękę. Dotknął ramienia Rafaela – delikatnie. Chłopak nie odsunął się. Zamiast tego wtulił się w jego bok, niespodziewanie. Tak po prostu.

– Nie chcę być sam – szepnął.

– I nie będziesz. 

<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3


W nocy straż odkryła znaki przy północnym murze. Ślady – wilgotne, głębokie. Jakby ktoś – lub coś – próbowało przebić się przez zabezpieczenia zamku. Jedna z pieczęci została naruszona.

Gavriel przebudził się jako pierwszy. Nie zareagował paniką. Tylko natychmiast wezwał Valmara i Rafaela.

Przy murze czekało ich coś jeszcze.

Znak – wyryty we krwi – tuż obok zniszczonej pieczęci.

Ten sam, który Rafael widział w swoich snach.

– To nie przypadek – powiedział Gavriel, dotykając plamy. – Ktoś wie, co się tu budzi. I chce to przyspieszyć.

– Albo zatrzymać – dodał Lior, zjawiając się z mieczem w dłoni. – Ale niezależnie od celu, to nie będzie ostatnia noc z takim widokiem.

Rafael stał w milczeniu.

Wiedział już, że sen się kończy.

A wojna dopiero się zaczyna.

czwartek, 23 października 2025

Książę w Ramionach Mroku 11

Jakoś tak trochę się rozpisałam. Jakoś żeby nie myśleć o tym, że leżę z gorączką i umieram jakoś zabrałam się za pisanie dalej. Jakoś mnie naszło, żeby wstawić dwa rozdziały dzisiaj. Cieszycie się? xD
Co do nowego opowiadania - na pewno się pojawi. 
Kiedy? Nie mam zielonego pojęcia xD ale jeszcze w tym roku :D 
Miłego czytania <3 

PS. Jeśli podobają wam się moje opowiadania - polećcie znajomym. 

Blog " Śnij o mnie" - https://marulove20.blogspot.com/   powstał z kilku powodów. Najważniejszym było jednak to, by uciec od problemów i zanurzyć się w świecie, gdzie moje zdanie się liczy. 
 Wiem, że moje początki nie były zbyt udane i robiłam i dalej robię wiele błędów - mam w planach poprawić stare opowiadania ale to gdy życie się odrobinę uspokoi. <3 

Ok koniec xD Przez tą chorobę zrobiłam się zbyt ckliwa xD
 

Wasza ~ Maru~


Rozdział 11 – "Płomień i Echo"

Zamek trwał w milczeniu, lecz nie było to już to samo milczenie, co przedtem. Po wydarzeniach w oranżerii, po krwi na marmurowej posadzce i pocałunku, którego nie dało się już cofnąć, każdy zakątek zamku zdawał się obserwować Rafaela i Valmara z zapartym tchem.

Rafael obudził się w łóżku Valmara. Nie w swoim, nie w komnacie, gdzie światło było zawsze zbyt zimne, a poduszki pachniały zbyt obco. Tu pachniało skórą, ziołami i czymś jeszcze. Czymś... ciepłym. Prawie bezpiecznym.

Valmar siedział przy ogniu, ubrany tylko w ciemne spodnie i lnianą koszulę. Jego plecy były napięte, a w rękach obracał kielich wina. Nie pił. Po prostu trzymał go, jakby wino mogło odpowiedzieć na pytania, których nie wypowiedział.

– Nie śpisz już? – zapytał Rafael cicho.

Król nie odwrócił się. – Ty też nie.

Rafael usiadł, przytrzymując koc na ramionach. – Myślisz o Malderze?

– Myślę o wszystkim. I o Tobie.

Rafael poczuł, że serce znów mu przyspiesza. Wczoraj… wszystko się zmieniło. Jego ciało pamiętało każdy dotyk, każde westchnienie, każdy moment, gdy przestał walczyć i po prostu był.

Ale dziś...

– Nie wiem, co to było – powiedział szczerze. – Ale nie żałuję.

Valmar spojrzał na niego przez ramię. W jego oczach nie było chęci dominacji. Tylko zmęczenie. I coś jeszcze. Coś, co można było nazwać uczuciem.

– To dopiero początek, Rafael. A każdy początek niesie ze sobą ogień.

Nazajutrz w zamku zapanowała atmosfera oczekiwania. Po ataku w oranżerii i egzekucji Maldera, wieść o prawdziwej tożsamości Rafaela rozniosła się szybko. Nikt już nie śmiał szeptać. Teraz patrzyli mu w twarz. Z ciekawością. Z niepokojem. Z kalkulacją.

Lior nie opuszczał go na krok, Rafael był nie tylko jego Panem, ale też przyjacielem, którego miał zamiar bronić za cenę nawet własnego życia. Jednak trudno było mu się skupić w towarzystwie Dowódcy Straży. Ich spojrzenia coraz częściej się krzyżowały. To było niebezpieczne ! I zdecydowanie nie potrzebne w tym momencie, dlatego traktował Gavriel’a chłodno i z dystansem starając nie patrzeć się na te napięte mięśnie i rozbrajający uśmiech. Miał ważniejsze rzeczy na głowie – bezpieczeństwo Rafael’a.

Rafael spędził większość dnia w bibliotece. Razem z Valmarem i Liorem badali dawne mapy, zapiski, dzienniki. Słowa jego matki, zapisane w pamiętniku, nie dawały spokoju.

– "Nie każda krew zasługuje na lojalność" – powtórzył cicho Rafael. – Myślisz, że miała na myśli kogoś konkretnego?

Valmar skinął głową. – Królową z Południa. Ale może kogoś jeszcze. Kogoś bliżej. Może nawet mojego ojca.

Rafael spojrzał na niego z zaskoczeniem. – Myślisz, że twój ojciec zdradził twoją matkę?

– Myślę, że nie ma żadnych świętych w tej historii.

Cisza, która zapadła, była ciężka. Każdy z nich wiedział, że to dopiero początek.

I że nie tylko przeszłość jest niebezpieczna.

Wieczorem odbyła się narada zamknięta. Tym razem tylko Valmar, Rafael, Lior i Gavriel.

– Zidentyfikowaliśmy listy łączników Maldera – powiedział Lior. – Trzech z nich nadal przebywa na terenie zamku. Dwóch uciekło. Jeden prawdopodobnie ukrywa się w Dolnym Skrzydle.

Gavriel rozwinął mapę zamku. – Dolne Skrzydło to stare korytarze. Dawno nieużywane, ale z sekretami. Mógłby się tam ukrywać przez tygodnie.

Valmar zmrużył oczy. – Wpuśćcie go tam. Ale tylko do jutra. Potem zamkniemy wszystkie przejścia.

Rafael, który dotychczas milczał, odezwał się nagle. – A jeśli w Dolnym Skrzydle jest coś więcej? Coś, czego Malder szukał? Coś, co było ważniejsze niż tylko zabicie mnie?

Valmar spojrzał na niego z uwagą. – Jak co?

– Nie wiem. Ale... moja matka wspomniała o "kluczu". Może to nie byłem ja. Może to coś, co zostawiła.

W nocy Rafael nie mógł spać. Znowu. Siedział w komnacie Valmara, owinięty w pled, z lampą obok siebie. Valmar przyszedł późno, ubrany jeszcze w zbroję, z twarzą zmęczoną.

Usiadł obok niego i zdjął rękawice.

– Myślisz, że znów będą próbować cię skrzywdzić? – spytał cicho.

Rafael nie odpowiedział od razu. Potem skinął głową. – Tak. Ale tym razem... jestem gotowy.

Valmar uśmiechnął się lekko. – I to mnie przeraża.

Chłopak spojrzał na niego pytająco.

Król nachylił się i dotknął jego ust palcami. – Bo jeśli jesteś gotowy, znaczy, że możesz odejść.

Rafael ucałował jego dłoń. – Ale na razie jestem tutaj.

I tej nocy znów nie byli sami.

O świcie ruszyli do Dolnego Skrzydła. Lior, Rafael, Gavriel i dwóch ludzi zaufanych przez króla. Mroczne korytarze pachniały kurzem i starym kamieniem. Pochodnie rzucały niepokojące cienie.

Na jednym z murów, ledwo widoczne, były wyryte symbole. Świece, miecze, kręgi. Magia? Ostrzeżenie? Rafael dotknął jednego palcem i poczuł lekkie mrowienie.

– Co to?

Lior zmarszczył brwi. – Znak starej Straży Kręgu. Twoja matka była jednym z ich ostatnich członków.

W głębi znaleźli drzwi. Ukryte. Zamknięte na zamek, którego nikt nie umiał otworzyć.

Dopiero gdy Rafael zbliżył dłoń, mechanizm zaskoczył.

Drzwi otwarły się z łoskotem.

Za nimi nie była pustka.

Była komnata.

Pełna ksiąg, map, pieczęci. I w samym jej centrum – krzesło. Tron. Ale nie taki jak w sali królewskiej.

Ten był starszy. Świetlisty. I czekał.

Valmar spojrzał na Rafaela.

– To nie jest tylko historia. To twoje dziedzictwo.

Rafael zrobił krok w przód.

I usiadł.

Gdy Rafael usiadł na tronie, nie było fanfar. Nie było wiwatów. Tylko cisza – ciężka, zawieszona w powietrzu niczym zapomniana modlitwa. Pochodnie migotały, rzucając na ściany długie, nierealne cienie. Lior i Gavriel stali w bezruchu, jakby zamarli w czasie. Nawet Valmar zamilkł, jakby sam nie wiedział, czy właśnie oddał władzę, czy otworzył drzwi do piekła.

Tron, choć pokryty kurzem i mchem, nie był zimny. Pod palcami Rafaela drewno pulsowało ciepłem – życiem. Zbyt starym, by było ludzkie.

– Czujesz to? – zapytał cicho Valmar, podchodząc bliżej.

– Jakby coś mnie... przyzywało – odpowiedział Rafael, nie odrywając wzroku od zagłębień w podłokietnikach. – Jakby to miejsce mnie znało.

Lior ukląkł przy jednym z regałów. – To nie tylko archiwum. To sanktuarium. Twoja matka musiała tu być. Zostawiła ślady.

Gavriel odsunął ciężką zasłonę z jednej ze ścian. Odsłonił fresk – zniszczony, ale nadal czytelny. Postać kobiety, otoczona przez płomienie i wilki. W jednej dłoni trzymała berło, w drugiej – małe dziecko.

– To ona – wyszeptał Rafael. – Moja matka.

Valmar skinął głową. – A to...

– To ja.

W tamtej chwili Rafael poczuł, jak coś pęka. Jakby linie jego ciała i historii, krwi i pamięci, w końcu się zeszły. Jakby mógł odetchnąć jako ktoś pełny – nie jako podrzutek, nie jako ofiara, nie jako maskarada. Ale jako Rafael. Dziedzic ognia.

– Musimy zabezpieczyć to miejsce – powiedział Valmar, podchodząc do drzwi. – Jeśli ktokolwiek jeszcze wie o jego istnieniu, będzie próbował je zniszczyć.

– Albo użyć – dodał Lior.

Gavriel spojrzał na Rafaela. – Ty musisz zdecydować, co zrobimy dalej. Już nie jesteś tylko dziedzicem. Jesteś spadkobiercą tajemnicy, której wielu się boi.

Rafael skinął głową. – Najpierw musimy wiedzieć, co dokładnie zostawiła. A potem... zadecydujemy, co stanie się z ogniem.

W ciągu następnych dni Dolne Skrzydło zostało odcięte od reszty zamku. Tylko Rafael, Valmar, Lior i wybrani badacze mogli tam wchodzić. Pod osłoną nocy przenoszono księgi, zabezpieczano pieczęcie i ukryte przejścia. Rafael spędzał godziny w samotności, przeglądając zapisy jego matki, szukając kluczy, wzorców, sekretów. Z każdą przeczytaną stroną, z każdym odkrytym symbolem, jego świadomość rosła. I odpowiedzialność również.

Jednej nocy, gdy zapalił świecę przy starym pulpicie, zauważył inny dziennik – nie matki, lecz... jego ojca. Tego nigdy wcześniej nie widział. Zadrżał, sięgając po oprawiony w skórę tom.

Pierwsze słowa były zapisane mocnym, ale starannie prowadzonym pismem:

„Jeśli to czytasz, Rafael, to znaczy, że jesteś już gotów. Że płomień nie tylko cię nie spalił – ale stał się twoim sojusznikiem.”

Chłopak wciągnął gwałtownie powietrze. To był list. Do niego. Od mężczyzny, który powinien go chronić – a jednak go nie znał. Z trudem przełykał słowa:

„Wiedziałem, że cię zabiorą. Wiedziałem, że moja krew nie wystarczy, by cię ochronić. Ale twoja matka... ona wierzyła w przyszłość, którą ja już uznałem za straconą. Jeśli przetrwałeś – to dzięki niej. A jeśli chcesz znać prawdę... musisz ją sobie wywalczyć. Bo ten świat nie odda niczego dobrowolnie.”

Rafael opuścił dziennik na kolana. Palce drżały. – Tata... – wyszeptał.

I po raz pierwszy nie czuł się całkowicie sam.

Nazajutrz Rafael obudził się przed świtem. Nie spał wiele – myśli wciąż krążyły wokół dziennika jego ojca. Słowa, które przeczytał, odżyły w nim jak nowa krew, ale z tą siłą przyszło także zwątpienie. Jak ufać pamięci mężczyzny, którego twarzy nie potrafił sobie przypomnieć?

Zamkowe korytarze były jeszcze puste, gdy wymknął się do oranżerii. Tam, gdzie niemal zginął, teraz znajdował ciszę. Wdychał chłodne powietrze nasycone wilgocią i zapachem cytrusów. W świetle poranka szklane ściany oranżerii odbijały jego sylwetkę wielokrotnie – jakby każde odbicie przedstawiało innego Rafaela. Przeszłość. Maskę. Chłopca, który wreszcie mówił własnym głosem.

Valmar znalazł go tam godzinę później. Nie powiedział nic od razu. Usiadł obok, na kamiennej ławie. Ich ramiona zetknęły się mimochodem.

– Nie spałeś – stwierdził.

– Nie chciałem – odpowiedział Rafael cicho. – Bałem się, że znowu zobaczę siebie... sprzed tego wszystkiego.

– A co widzisz teraz?

– Kogoś, kto nie wie, czy ma siłę zostać tym, kim go uczyniono.

Valmar przez chwilę milczał.

– Siłę nie mierzy się tym, ile uniesiesz. Ale tym, czego nie pozwolisz sobie odebrać – powiedział w końcu. – A ty... przetrwałeś próbę, której wielu nie przeżyło.

Rafael spojrzał na niego kątem oka. W świetle poranka król wydawał się mniej... potworem. Więcej mężczyzną. Wciąż potężny. Ale nie odległy.

– Gavriel zbadał pieczęcie z Dolnego Skrzydła – powiedział Valmar, zmieniając temat. – Jest jedna... która nie pochodzi z tego królestwa.

Rafael uniósł brwi. – Skąd?

– Ze Wschodu. Z kraju, którego symbolem był ogień z ludzkimi skrzydłami. Podobny pojawiał się w snach twojej matki.

– Sny?

– Miała dar. Pół-widzenie. Przyszłości niepewnej, ale możliwej. Widzisz... to dziedziczne.

Rafael zamarł. – Ty chcesz powiedzieć, że ja...

Valmar pokiwał głową. – Już ci się to śniło, prawda? Krwawy dziedziniec. Ogień, który nie pali. Dziecko z pustymi oczami.

Rafael przełknął ślinę. – Skąd wiesz?

– Bo to samo widziała twoja matka.

Cisza znów zapadła między nimi. Ale tym razem – pełna porozumienia.

Tego dnia Valmar zwołał kolejne tajne spotkanie. Bez straży. Bez rady. Tylko on, Rafael, Lior i Gavriel.

– Jeśli pieczęcie pochodzą ze Wschodu, to znaczy, że część naszej rady działała w porozumieniu z tamtym dworem – powiedział Gavriel. – I jeśli tak… to nie chodziło tylko o władzę.

– Chodziło o krew – dodał Rafael. – O mój ród.

– O moc, która mogła przebudzić coś większego – doprecyzował Valmar. – Twoja matka wiedziała, że jeśli zostaniesz, będą chcieli użyć cię jak broni.

– A więc uciekła – dodał Lior. – I ukryła wiedzę, której nie mogli dostać.

Rafael spojrzał na nich wszystkich po kolei.

– Ale teraz ją mamy. I oni też to wiedzą.

Valmar skinął głową. – Dlatego nie możemy już tylko bronić zamku. Musimy wyjść im naprzeciw.

Rafael pochylił się nad mapą rozłożoną na stole. Zaznaczono na niej trzy punkty – Zamek Wschodni, Wieżę Krwi i zatopione ruiny pod Lodową Przełęczą.

– Tam są pozostałości starych więzi – wyjaśnił Gavriel. – Rytuałów. Pieczęci, które mogą aktywować to, co zapisane w twojej krwi.

– Więc to nie tylko tajemnica – powiedział Rafael. – To broń.

– Albo wybawienie – szepnął Valmar. – Zależy, kto ją użyje.

Rafael spojrzał mu prosto w oczy.

– A jeśli to ja?

Król nie odpowiedział od razu. Dopiero po dłuższej chwili powiedział:

– Wtedy trzeba będzie cię chronić... przed wszystkimi.

Książę w Ramionach Mroku 10 część 3 i 4

 Hey, 

zapraszam do czytania dalszej części wielkich intryg i niebezpieczeństw, które czyhają za rogiem... 

Chodzi mi po głowie pomysł na nowe opowiadanie, a może nawet dwa? xD

Dzisiaj krótko ale wybaczcie - Maru się trochę pochorowała. 
|Miłego czytanie <3 


Rozdział 10 Część III – W pułapce szkła i cienia

Zamek spał, ale Rafael nie mógł.

Oranżeria znajdowała się na uboczu, za starymi murami wewnętrznymi, gdzie drzewa cytrusowe rosły pod szkłem i czuwającym ciepłem alchemicznych lamp. O tej porze roku pachniało tam tylko kurzem, zbutwiałą ziemią i rdzą.

Rafael szedł sam — przynajmniej na pozór. Lior i dwóch zaufanych ludzi Valmara szli kilka kroków w tyle, ukryci w cieniu. Taki był układ. Rafael miał wyglądać jak sam. Bezbronni są bardziej interesujący.

Przy wejściu do oranżerii nie było nikogo.

– Spokojnie – szepnął sam do siebie. – Wejść, wysłuchać, wyjść.

Pchnął drzwi.

Wnętrze oranżerii było duszne mimo chłodu na zewnątrz. Para unosiła się z wilgotnych szyb, a światło latarni rzucało złamane odbicia na białe kafelki podłogi.

Na środku stał on.

Lord Malder.

Sam.

– Przyszedłeś – odezwał się cicho. – Nie spodziewałem się, że Valmar pozwoli.

Rafael zacisnął dłonie.

– Jeśli masz coś do powiedzenia, mów. Nie lubię grać w kotka i myszkę.

Malder zaśmiał się bez humoru. – Ty? A przecież twoje życie to jedna wielka maskarada. Przebrana panna młoda. Książę, który nawet nie zna nazwisk tych, których podejrzewa o zdradę.

– Mimo to wiesz, że mnie się boisz.

– Nie ciebie. Tego, co możesz obudzić – powiedział Lord, stawiając krok w jego stronę. – Widziałem, jak na ciebie patrzy. Myśli, że jesteś inny. Czysty. Ale ty jesteś tylko pionkiem.

Rafael cofnął się o krok.

Wtedy za jego plecami drzwi trzasnęły. Zgasły lampy.

– Co… – Rafael odwrócił się, ale już było za późno.

Z cienia wybiegły dwie postacie. Zakapturzone, szybkie. Zbyt szybkie jak na ludzi.

Jeden z nich sięgnął po szmatę nasączoną czymś o drażniącym zapachu. Rafael próbował krzyknąć, ale dłoń zakryła mu usta.

I wtedy…

TRZASK.

Z hukiem rozpadło się jedno z okien oranżerii.

Do środka wpadł cień.

Nie cień. Król.

Valmar.

Jego oczy błyszczały czerwienią.

Jego ryk rozerwał noc.

I nikt, absolutnie nikt, nie miał już wątpliwości — kto tu jest bestią.

 

Rozdzial 10 Część IV – Smak krwi i milczenia

W oranżerii panowała cisza.

A potem – chaos.

Valmar nie upadł z nieba. On je rozdarł.

Wpadł przez szklany dach, jak cień o oczach płonących jak rubiny. Dwaj napastnicy nie mieli szans. Pierwszego powalił jednym ruchem – siła ciosu sprawiła, że mężczyzna uderzył głową o marmurowy stół i osunął się bez życia. Drugiego Valmar chwycił za gardło i rzucił o ścianę.

Rafael dyszał, skulony, z plamami krwi na szacie. Patrzył. Nie krzyczał.

Valmar się odwrócił. Zbliżył się do Maldera, który nie zdążył uciec. Krew z jego wargi mieszała się ze strachem w oczach.

– Chciałeś go zabrać? – syknął Valmar, a jego głos przypominał warkot. – Zniszczyć, zanim stanie się kimś?

Malder nie odpowiedział. Nie zdążył.

Zęby króla błysnęły tylko przez sekundę. Potem wszystko zniknęło w krwi.

……………………

Rafael siedział na krawędzi łóżka. Ramiona miał otulone ciemnym płaszczem Valmara. Ręce drżały. Nie od strachu. Od szoku.

Król kucał przed nim, bez zbroi, bez dystansu.

– Nie powinieneś tam iść sam – powiedział w końcu.

Rafael uniósł na niego wzrok. – Musiałem.

Valmar skinął głową. Po chwili dodał: – Gdybym się spóźnił...

– Ale się nie spóźniłeś.

Cisza. Tylko trzask ognia w kominku.

Rafael przesunął się bliżej. Jego dłonie opadły na uda króla. Szukał czegoś. Może kontaktu. Może odpowiedzi.

Valmar nie cofnął się. Jego palce dotknęły karku Rafaela. Skóra chłopaka zadrżała.

Pocałunek był niespodziewany. Nieplanowany.

Ale nie niechciany.

Usta Valmara znalazły się na ustach Rafaela jakby znały je od zawsze. Chłopak zamarł na moment, ale potem odwzajemnił ten gest – całym sobą. Ręce zsunęły się z ramion, palce zacisnęły się na koszuli króla.

Nie rozmawiali. Ciała powiedziały wszystko.

Kiedy oderwali się od siebie, Rafael opadł na pierś Valmara. Wreszcie spokojny.

– Jesteś zimny – szepnął.

– Jestem wampirem.

– Ale nie dzisiaj.

Valmar objął go ciasno.

Za oknem, w ciemności, kolejne cienie zbierały się na murach.

Ale tej nocy — nie miały dostępu do światła.


środa, 8 października 2025

Książę w Ramionach Mroku 10 część 1 i 2

 Hey Misie ! <3  Kolejny rozdział - zapraszam do czytania i mam małe pytanko. 
Czy ciężko trafić na mój blog? Moje pytanie wynika z tego, że moja koleżanka nie mogła go nawet znaleźć wpisując dokładną nazwę w Internecie :( Może dlatego nikt prawie nie czyta? 
Dajcie mi znać jak znaleźliście tego bloga. - będę wdzięczna <3 

Wasza Maru ~ 


Rozdzial 10 – Wilki wokół stołu


Wieczór był duszny mimo śniegu za oknem. W komnatach królewskich zapłonęły wysokie świece. Valmar siedział nad mapą, a Lior stał obok niego z wyraźnym napięciem w oczach.

– Zidentyfikowałeś wszystkich obecnych w zamku tamtej nocy? – zapytał król.

– Tak, mój panie. Lord Davent, Lady Ilvena, dowódca straży i... ktoś jeszcze. Ktoś, kogo nie powinno tu być. Nazwisko zostało wymazane z listy gości sprzed lat. Ale pergamin… nie kłamie.

Valmar zmrużył oczy. – Kto?

– Lord Malder z niższego rodu zachodniego pogranicza. Jego nazwisko wraca w korespondencji twojego ojca i… królowej. Często. Zbyt często.

Valmar spojrzał w pustkę komnaty. – Zwołaj zamkniętą radę. Tylko wybrani. Bez straży, bez skrybów. I sprowadź Rafaela.

……………………..

– Mam z nimi usiąść? – Rafael patrzył na Liora jakby usłyszał żart. – Z tymi, którzy chcieliby mnie widzieć martwego?

– Dokładnie z nimi – odpowiedział Valmar. – Bo jeśli spojrzą ci w oczy i dalej będą kłamać, będziesz wiedział, kogo się bać.

Rafael milczał przez dłuższą chwilę. W końcu kiwnął głową. – Więc chodźmy. Do wilczego stołu.

 Sala była mniejsza niż ta z oficjalnej rady. Skórzane krzesła, stół w kształcie półksiężyca, z kominkiem rozpalonym do czerwoności.

Valmar zasiadł na czele. Rafael – tuż obok.

Lord Davent już tam był. Obok niego Lady Ilvena, z wiecznie splecionymi palcami i maską świętej oburzonej. Lord Malder wszedł jako ostatni — z opóźnieniem i zbyt pewnym siebie krokiem.

– Zebraliśmy się, by omówić poważne zarzuty – powiedział Valmar spokojnie. – Ktoś na tej sali pomógł w zdradzie królowej z Południa. Ktoś z tej sali wiedział, że matka Rafaela została wystawiona na śmierć.

Malder uśmiechnął się, chłodno. – Król stawia poważne oskarżenia.

– A królewicz je potwierdza – odparł Valmar. – Rafael, powiedz, co czytałeś.

Rafael wyciągnął dziennik matki. Otwarł na zaznaczonej stronie. Zaczął czytać, głosem spokojnym, ale wyraźnym.

Gdy skończył, cisza była dusząca.

– I co to niby udowadnia? – zapytała Ilvena. – To tylko słowa martwej kobiety.

Rafael spojrzał na nią. – Czasem właśnie słowa zmarłych są jedynymi, które warto usłyszeć.

Wtedy Valmar wstał. – Dobrze. Skoro tak… każdemu z was zadam jedno pytanie. I jeśli skłamiecie – wiedźcie, że konsekwencje nie będą symboliczne.

Zaczął od Daventa.

– Gdzie byłeś w noc ucieczki królowej?

Davent spojrzał Valmarowi prosto w oczy. – W sypialni. Ze swoją żoną.

– Dwa piętra od wieży. A żona zmarła rok wcześniej. – Valmar rzucił pergamin na stół.

Davent zbladł.

Valmar odwrócił się do Rafaela. – I teraz wiesz, kogo masz się bać.

Późnym wieczorem, gdy sala opustoszała, a Lordowie wyszli jeden po drugim — Davent z ponurym milczeniem, Ilvena z cieniem gniewu, Malder bez słowa — Rafael został jeszcze chwilę przy stole. Dłoń wciąż ściskała dziennik.

Valmar podszedł do niego powoli.

– Nie musiałeś tam być – powiedział. – Ale byłeś.

– Nie chciałem dłużej uciekać.

– A mimo to… jesteś nadal sam?

Rafael spojrzał na niego. – Sam… ale nie bezbronny.

Valmar skinął głową. – To wystarczy na początek.

I wtedy ktoś zapukał do drzwi.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdzial 10 Część 2 – Cień poza murem~


Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. W progu stanął młody chłopak — posłaniec w barwach rodu Maldera. Jego tunika była przysypana śniegiem, a policzki zaróżowione od zimna.

– Książę Rafael? – odezwał się niepewnie.

Valmar spojrzał na niego jak drapieżnik, który nie ufa zającom przynoszącym listy.

– Czego chcesz?

– Mój pan… lord Malder… chciałby porozmawiać. Prywatnie. – Posłaniec wbił wzrok w podłogę. – Twierdzi, że to sprawa, której nie może wypowiedzieć publicznie.

Rafael uniósł brwi.

– Sam?

– Tak. Tylko on i ja.

– I bez straży – dodał Valmar, jakby już znał zakończenie tej bajki.

Rafael zacisnął dłonie.

– Gdzie?

– W oranżerii. O zachodzie. Jutro.

Zapadła cisza. Valmar odwrócił się do Rafaela.

– To pułapka.

– Wiem – odpowiedział chłopak. – Ale jeśli nie pójdę, stracimy trop.

– A jeśli pójdziesz, możesz stracić gardło – odburknął król.

Rafael spojrzał na niego z tą samą twardą determinacją, którą Valmar znał już aż za dobrze.

– Nie po to wróciłem z martwych, by teraz się cofać.

Valmar zacisnął szczękę.

– Idziesz. Ale nie sam.

Za drzwiami posłaniec uśmiechnął się sam do siebie. Zniknął za zakrętem korytarza, a jego postać zlała się z cieniem muru.

Nie był zwykłym posłańcem.

I nie mówił prawdy.