czwartek, 22 października 2026

Mine to Protect 1

 

Rozdział 1 - Wojna charakterów

Drzwi prowadzące na zaplecze klubu zatrzasnęły się za nimi z hukiem, który niemal zginął w odgłosach strzelaniny dobiegających z głównej sali. Raphael ledwo utrzymał równowagę, kiedy Dante pociągnął go w stronę wąskiego korytarza o ścianach pomalowanych na brudną szarość. Światło awaryjne migało nad ich głowami, nadając wszystkiemu nieprzyjemny, czerwony odcień. W powietrzu unosił się zapach detergentów, wilgoci i czegoś przypalonego. Zupełnie inny od drogich perfum, alkoholu i papierosowego dymu, którymi jeszcze kilka minut wcześniej przesiąknięta była prywatna loża. Raphael próbował obejrzeć się przez ramię, ale silna dłoń zaciskająca się na jego przedramieniu skutecznie mu to uniemożliwiła. Reyes poruszał się szybko, zdecydowanie, nie tracąc czasu na oglądanie się za siebie. Najwyraźniej zakładał, że młody Volkov będzie posłusznie dotrzymywał mu kroku. Był to pierwszy z wielu błędów, jakie mógł popełnić tego wieczoru. — Zwolnij, do cholery! — Raphael szarpnął ręką, kiedy niemal wpadł na stojący przy ścianie wózek z brudnymi naczyniami.
— Mam nogi, potrafię chodzić!
— To zacznij ich używać.
— Ty naprawdę masz jakiś problem! — Dante zatrzymał się tak niespodziewanie, że Raphael prawie na niego wpadł. Odwrócił głowę, spojrzał na niego przez ramię i przez krótką chwilę młody Volkov miał okazję przyjrzeć mu się z bliska. Ciemne włosy, lekko potargane po zamieszaniu w klubie, mocno zarysowana szczęka, kilkudniowy zarost i oczy tak ciemne, że w czerwonym świetle korytarza niemal czarne. Mężczyzna był absurdalnie przystojny. Raphael zauważył to już w loży, ale teraz, kiedy stali niemal twarzą w twarz, trudno było udawać, że nie robiło to żadnego wrażenia. Szkoda tylko, że ten przystojny idiota najwyraźniej pomylił ochronę osobistą z tresowaniem zwierząt.
— Posłuchaj mnie uważnie, Volkov. — Głos Dantego był niski, pozbawiony podniesionych emocji, co w obecnej sytuacji wydawało się wręcz nienaturalne. — Ktoś właśnie próbował odstrzelić ci głowę. Nie wiem, ilu napastników jest w budynku ani czy mają ludzi przy wyjściach. Dopóki nie znajdziemy się w samochodzie, będziesz robił dokładnie to, co ci powiem. Jasne?
Raphael zmrużył zielone oczy. — Nie lubię, kiedy ktoś mi rozkazuje.
 — Zauważyłem.
— I nie jestem głuchy. Nie musisz mówić do mnie jak do pięciolatka.
— W takim razie przestań się zachowywać, jakbyś miał pięć lat. — Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Raphael poczuł znajome ukłucie irytacji, które pojawiało się zawsze, gdy ktoś próbował postawić go do pionu. Zwykle wystarczało jedno spojrzenie, przypomnienie nazwiska albo odpowiednio wypowiedziana groźba, żeby rozmówca natychmiast zmienił ton. Dante Reyes najwyraźniej nie znał zasad obowiązujących w świecie Volkovów. Albo, co jeszcze bardziej irytowało Raphaela, znał je doskonale i świadomie postanowił je zignorować.
— Jeszcze zobaczymy, jak długo tu popracujesz — Syknął. Dante nie wyglądał na szczególnie przejętego.
— Możemy już iść? — Nie czekając na odpowiedź, ruszył dalej. Raphael przez sekundę rozważał, czy nie zostać na środku korytarza wyłącznie po to, żeby zrobić mu na złość. Kolejna seria strzałów, tym razem zdecydowanie bliższa, skutecznie wybiła mu ten pomysł z głowy. Zaklął pod nosem i podążył za ochroniarzem, starając się nie myśleć o tym, jak blisko jego głowy przeleciała wcześniej kula. Dopiero teraz zaczynało do niego docierać, że gdyby Reyes zareagował sekundę później, prawdopodobnie nie miałby już okazji kłócić się z kimkolwiek. Nie zamierzał jednak przyznawać tego na głos. Dante zatrzymał się przy metalowych drzwiach prowadzących na klatkę schodową. Wyjął broń spod marynarki, sprawdził korytarz przez niewielkie okienko i dopiero wtedy nacisnął klamkę. Raphael obserwował jego ruchy z mimowolnym zainteresowaniem. Nie było w nich nerwowości ani niepotrzebnego pośpiechu. Wszystko wyglądało na wyćwiczone, niemal automatyczne. Reyes poruszał się jak człowiek, który podobne sytuacje przeżywał wcześniej i nie zamierzał pozwolić, żeby ta zakończyła się inaczej, niż sobie zaplanował.
— Za mną. Blisko ściany — Polecił mężczyzna. Raphael spojrzał na pistolet w jego dłoni.
— Zawsze nosisz broń przy sobie?
— Tak.
— Nawet na randkach? — Dante zerknął na niego krótko.
— Szczególnie wtedy, kiedy ktoś dużo mówi. 
— Raphael mimowolnie parsknął. Nie spodziewał się odpowiedzi, a już na pewno nie takiej. Reyes najwyraźniej potrafił być złośliwy, choć jego twarz pozostawała przy tym kompletnie niewzruszona. Było w tym coś irytująco atrakcyjnego. Raphael natychmiast odsunął tę myśl, uznając, że prawdopodobnie dostał w głowę podczas zamieszania i jeszcze tego nie zauważył. Zeszli dwa piętra niżej. Na parterze Dante ponownie zatrzymał się przy drzwiach, tym razem dłużej nasłuchując. Z oddali dobiegały krzyki, odgłosy biegnących ludzi i stłumione syreny. Ktoś walił w metalowe drzwi po drugiej stronie korytarza, domagając się wypuszczenia. Raphael poczuł, jak nieprzyjemny chłód przesuwa mu się wzdłuż kręgosłupa. W klubie było kilkaset osób. Ludzie, których jeszcze chwilę wcześniej obserwował z loży, śmiejąc się z ich tańca i strojów, teraz próbowali wydostać się z budynku. Nie wiedział, ilu zostało rannych. Nie wiedział nawet, czy jego znajomy zdążył uciec.

— Dante. — Mężczyzna spojrzał na niego.
— Co?
— Ethan był ze mną w loży. Blondyn. Wyszedł tańczyć chwilę przed strzałami. — Reyes przez moment milczał, a potem sięgnął do słuchawki ukrytej przy uchu.
— Marco, sprawdź mi listę osób ewakuowanych z głównej sali. Szukamy Ethana, blondyn, około dwudziestu pięciu lat. Był z Volkovem. 
— Raphael zamrugał, wyraźnie zaskoczony. Spodziewał się kolejnego polecenia, żeby zamknął się i szedł dalej. Tymczasem Dante po prostu przekazał informację komuś ze swoich ludzi.

— Masz tam swoich ochroniarzy?
— Mam ludzi, którzy wiedzą, co robią.
— Czyli nie tych, których zatrudnia mój ojciec?
— Nie powiedziałem tego.
— Ale pomyślałeś. — Dante uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz.
— Sam to powiedziałeś. — Raphael otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale Reyes nagle uniósł dłoń, nakazując mu ciszę. Tym razem chłopak rzeczywiście zamilkł. Po drugiej stronie znajdował się podziemny parking, częściowo oświetlony jarzeniówkami. Kilka samochodów stało zaparkowanych pod ścianami, a przy jednym z filarów czekało dwóch mężczyzn w ciemnych ubraniach. Jeden z nich uniósł rękę na widok Dantego.
— Czysto — Powiedział krótko. Reyes schował broń i wskazał Raphaelowi czarnego SUV-a stojącego kilka metrów dalej.
— Wsiadaj.
— A moje auto?
— Zostaje.
 Raphael zatrzymał się w pół kroku.
— Słucham?
— Nie będziemy wracać po samochód.
— To Aston Martin.
— Gratuluję.
— Dante.
— Raphael.
Sposób, w jaki wypowiedział jego imię, sprawił, że chłopak zacisnął usta. Nie było w nim ani odrobiny szacunku, do którego przywykł. Żadnego „panie Volkov”, żadnego ostrożnego dobierania słów. Po prostu Raphael. Jakby byli dwoma zwyczajnymi ludźmi, a nie dziedzicem jednej z najpotężniejszych rodzin przestępczych w kraju i człowiekiem, któremu płacono za pilnowanie jego bezpieczeństwa.
— Jeśli ktoś zarysuje mi lakier, potrącę ci to z pensji.
— Wsiadaj do samochodu.
— Naprawdę zaczynasz działać mi na nerwy.
— Wzajemnie.
Raphael wsiadł, trzaskając drzwiami zdecydowanie mocniej, niż było to konieczne. Wnętrze samochodu pachniało skórą i czymś świeżym, prawdopodobnie drogimi perfumami kierowcy. Przyciemniane szyby odcinały go od parkingu, ale wciąż widział sylwetkę Dantego rozmawiającego z jednym z mężczyzn. Reyes był wysoki, prawdopodobnie miał ponad metr dziewięćdziesiąt, i dobrze zbudowany w sposób, którego nie dało się osiągnąć samym chodzeniem na siłownię. Szerokie barki, mocne ramiona i charakterystyczna pewność ruchów zdradzały lata treningu. Raphael wiedział, że jego ojciec nie zatrudnia przypadkowych ludzi, szczególnie do osobistej ochrony jedynego syna. Mimo to zastanawiał się, skąd właściwie wytrzasnął tego konkretnego człowieka. Dante otworzył drzwi po drugiej stronie i usiadł obok niego. Zanim samochód ruszył, wymienił kilka krótkich zdań z kierowcą, sprawdził telefon i dopiero wtedy spojrzał na Raphaela.
— Pasy. — Odezwał się spokojnie mężczyzna. Chłopak powoli odwrócił głowę patrząc na niego jak na idiotę.
— Żartujesz.
— Zapnij pas.
— Mam dwadzieścia pięć lat.
— To wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, jak działa pas bezpieczeństwa. 
— Raphael wpatrywał się w niego przez chwilę z niedowierzaniem. Potem demonstracyjnie sięgnął po pas i zapiął go tak gwałtownie, że metalowa klamra uderzyła o plastikowe mocowanie.

— Zadowolony?
— Bardzo.
SUV ruszył. Raphael odwrócił się do okna, uznając, że najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tym nieznośnym człowiekiem będzie chwilowe ignorowanie jego istnienia. Niestety Dante najwyraźniej nie zamierzał ułatwiać mu zadania. Wyjął telefon i rozpoczął rozmowę, podczas której padały nazwiska, adresy i krótkie polecenia. Raphael słuchał mimowolnie, wychwytując fragmenty dotyczące zamknięcia klubu, zabezpieczenia nagrań z monitoringu i sprawdzenia wszystkich osób zatrudnionych przy organizacji imprezy.
— Ktoś wiedział, że tam będę? — Zapytał nagle. Dante zakończył rozmowę i spojrzał na niego.
— Poza połową miasta, która widziała twoje relacje?
 Raphael skrzywił się.
— Nie wrzucałem lokalizacji.
— Wrzuciłeś zdjęcie wejścia, nazwę klubu na szklance i film z loży. Naprawdę uważasz, że ktoś potrzebował jeszcze adresu?
Chłopak milczał przez chwilę. Rzeczywiście opublikował kilka zdjęć. Nie widział w tym niczego szczególnego. Robił to od lat, a jego profil obserwowały setki tysięcy ludzi. Wśród nich znajdowali się znajomi, celebryci, influencerzy i mnóstwo przypadkowych osób, które interesowało życie bogatego dziedzica. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, że publikowane przez niego zdjęcia mogłyby komuś pomóc w zaplanowaniu zamachu.
— Nie wiadomo, czy strzelali do mnie — Zauważył cicho młody Volkov. Dante spojrzał na niego długo.
— Kula przeszła przez miejsce, w którym sekundę wcześniej miałeś głowę. 
— Może przypadek.
— Nie wierzę w takie przypadki.
Raphael odwrócił wzrok. Nie podobało mu się, że Reyes miał rację. Jeszcze bardziej nie podobało mu się, że mówił o tym bez emocji, jakby omawiał pogodę. Chłopak przez chwilę obserwował mijane ulice. Deszcz wciąż padał, rozbijając się o szyby samochodu. Miasto wyglądało zupełnie zwyczajnie. Samochody zatrzymywały się na światłach, ludzie chowali pod parasolami, a przy jednej z całodobowych restauracji grupka młodych osób śmiała się z czegoś, stojąc pod zadaszeniem. Raphael poczuł nagle absurdalną zazdrość. Jeszcze godzinę wcześniej był jednym z nich. Mógł robić, co chciał, i nie zastanawiać się nad konsekwencjami. Teraz siedział w samochodzie z uzbrojonym ochroniarzem, a jego ojciec prawdopodobnie planował już zamknięcie go w domu na następne dziesięć lat. Telefon zawibrował mu w kieszeni. Spojrzał na ekran i westchnął ciężko.
 — Ojciec.
— Odbierz.
Raphael uniósł brew.
— A jeśli nie?
— To zadzwoni do mnie.
— I co?
— I odbiorę.
Chłopak prychnął, ale przesunął palcem po ekranie.
— Cześć, tato.
— RAPHAEL! — Odsunął telefon od ucha.
— Okej, nadal żyję. Nie musisz krzyczeć.
— Czy ty kompletnie postradałeś rozum?! Dzwoniłem do ciebie przez dwie godziny! Twoja ochrona zgubiła cię w centrum miasta, a potem dowiaduję się, że ktoś urządził strzelaninę w klubie, w którym się bawisz!
— Technicznie rzecz biorąc, to nie ja urządziłem strzelaninę.
— Nie próbuj być zabawny! — Raphael skrzywił się i zerknął na Dantego. Reyes siedział nieruchomo, patrząc przed siebie, ale lekko uniesiona brew zdradzała, że doskonale słyszy każde słowo rozmowy.
— Jestem cały. Twój nowy człowiek mnie znalazł.
— Dante jest z tobą?
— Niestety.
— Daj mi go. — Raphael spojrzał na telefon z oburzeniem.
— Naprawdę? Dzwonisz do własnego syna i po trzydziestu sekundach chcesz rozmawiać z ochroniarzem?
— Raphael. — Chłodny głos ojca sprawił, że chłopak westchnął teatralnie i podał telefon Reyesowi.
— Jego wysokość życzy sobie audiencji. — Dante przyjął urządzenie bez komentarza.
— Reyes. Tak, jest cały. Nie, nie odniósł obrażeń. Wyprowadziliśmy go tylnym wyjściem. Jesteśmy w drodze do rezydencji. Tak. Rozumiem. 
— Raphael obserwował go spod przymrużonych powiek. Mężczyzna rozmawiał z jego ojcem dokładnie tak samo jak z nim. Oczywiście był bardziej formalny, ale nie brzmiał jak ktoś, kto boi się Aleksandra Volkova. To było interesujące. Większość ludzi, nawet tych zajmujących wysokie stanowiska w organizacji, ostrożnie dobierała słowa w obecności jego ojca. Dante odpowiadał rzeczowo, spokojnie, czasem nawet przerywając mu, żeby doprecyzować szczegóły. Po kilku minutach oddał telefon Raphaelowi.
— Twój ojciec czeka na nas w domu.

— Cudownie. Rodzinne spotkanie o trzeciej nad ranem. Moje ulubione. — Dante spojrzał na zegarek.

— Jest druga czterdzieści. — Raphael odwrócił się do niego powoli.

— Czy ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo?
— Nie.
— Świetnie.
— Tylko kiedy mam rację. — Powiedział spokojnie mężczyzna. Chłopak otworzył usta, po czym zamknął je z cichym prychnięciem. Nie zamierzał dawać temu człowiekowi satysfakcji z kolejnej kłótni. Przynajmniej przez następne pięć minut. Rezydencja Volkovów znajdowała się na obrzeżach miasta, za wysokim murem i bramą, której otwarcie wymagało kilku poziomów autoryzacji. Raphael znał ten widok na pamięć. Ogromny dom z jasnego kamienia, rozległe ogrody, fontanna przed głównym wejściem i szereg kamer ukrytych wśród dekoracyjnych elementów elewacji. Wszystko było perfekcyjne. Zbyt perfekcyjne. Czasami miał wrażenie, że mieszka w luksusowym muzeum, w którym przypadkiem pozwolono mu zajmować jedno ze skrzydeł. Samochód zatrzymał się przed wejściem. Raphael wysiadł, zanim kierowca zdążył otworzyć mu drzwi, i ruszył w stronę schodów. Dante podążył za nim, zachowując niewielki dystans. Chłopak słyszał jego kroki na mokrym kamieniu i z każdą sekundą coraz bardziej działało mu to na nerwy. Jeszcze nie weszli do domu, a on już miał dość nowego ochroniarza. W holu czekał Aleksander Volkov. Ojciec Raphaela był wysokim mężczyzną po pięćdziesiątce, z ciemnymi włosami przyprószonymi siwizną na skroniach i spojrzeniem, które potrafiło uciszyć całe pomieszczenie. Ubrany w elegancką koszulę i ciemne spodnie, stał przy schodach z telefonem w dłoni. Za nim znajdowało się dwóch ochroniarzy, a nieco dalej kręciła się jedna z pracownic domu, najwyraźniej niepewna, czy powinna przynieść kawę, czy raczej dyskretnie zniknąć.
— Raphael. — W głosie ojca słychać było wyraźną ulgę. Chłopak zatrzymał się kilka kroków od ojca.
— Cześć. — Aleksander przyjrzał mu się uważnie. Jego wzrok przesunął się po twarzy syna, ramionach, dłoniach i ubraniu, jakby chciał upewnić się, że rzeczywiście nie został ranny. Dopiero wtedy odłożył telefon na pobliską konsolę.
— Masz pojęcie, co się dzisiaj wydarzyło?
— Mniej więcej. Byłem tam.
— Nie żartuj sobie ze mnie. — Raphael westchnął i wsunął dłonie do kieszeni.
— Tato, naprawdę jestem zmęczony. Możemy przełożyć kazanie na rano? 
— Aleksander zrobił krok w jego stronę.

— Ktoś próbował cię zabić. — Te słowa zabrzmiały inaczej niż wcześniejsze pretensje. Ciszej. Ciężej. Raphael uniósł wzrok i przez krótką chwilę zobaczył w twarzy ojca coś, czego nie spodziewał się zobaczyć. Strach. Nie gniew, nie irytację, ale zwyczajny, ludzki strach, który Aleksander Volkov tak rzadko pozwalał sobie okazywać. Chłopak poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.
— Nic mi nie jest — Powiedział już spokojniej. Ojciec wyciągnął rękę i położył mu dłoń na karku, przyciągając go na krótką chwilę do siebie. Raphael zesztywniał z zaskoczenia, ale nie zaprotestował. Aleksander rzadko okazywał czułość w obecności innych ludzi. Tym razem najwyraźniej kompletnie go to nie obchodziło.
— Nie rób mi tego więcej — Mruknął. Raphael zamknął oczy na sekundę.
— Postaram się. 
— Ojciec odsunął się i spojrzał na niego surowo.

— Nie. Tym razem nie wystarczy, że się postarasz. — Chłopak natychmiast poczuł, jak wraca znajoma irytacja.
— Co to znaczy?
Aleksander przeniósł wzrok na Dantego.
— Reyes, do gabinetu.
 Raphael wyprostował się.
— Halo? A ja?
— Ty również.
— Och, fantastycznie.
Gabinet ojca znajdował się na parterze, za ciężkimi drewnianymi drzwiami. Raphael nienawidził tego pomieszczenia niemal tak samo jak rodzinnych kolacji organizowanych dla wspólników. Wszystko pachniało tu skórą, drogim alkoholem i cygarami. Na ścianach wisiały obrazy warte absurdalne pieniądze, a za ogromnym biurkiem znajdowało się okno wychodzące na ogród. Aleksander usiadł w fotelu, wskazując Dantego na jedno z krzeseł. Raphael oczywiście nie zamierzał siadać tam, gdzie mu kazano. Zamiast tego podszedł do barku i sięgnął po karafkę.

— Odstaw to — Powiedział ojciec. Chłopak zatrzymał rękę.
— Nawet nie nalałem.
— Wystarczy ci na dzisiaj. — Raphael odwrócił się z westchnieniem.
— Czy wszyscy zamierzacie teraz mówić mi, co mam robić?
— Jeśli będzie trzeba, tak.
Dante usiadł spokojnie, nie komentując wymiany zdań. Raphael rzucił mu krótkie spojrzenie, po czym opadł na kanapę przy ścianie, demonstracyjnie zakładając nogę na nogę. Aleksander przez chwilę przeglądał wiadomości na telefonie, a potem odłożył go ekranem do dołu.
— Zanim zaczniemy, chcę, żebyś zrozumiał jedną rzecz. To nie był przypadkowy atak. — Raphael uniósł głowę.
— Skąd wiesz?
— Ponieważ od kilku tygodni dostajemy informacje o ludziach, którzy próbują dotrzeć do naszej rodziny. Dzisiaj ktoś wykorzystał okazję.
— Jakich ludziach? — Ojciec spojrzał na Dantego, a ten odpowiedział spokojnie.
— Na razie nie mamy potwierdzonej tożsamości napastników. Wiemy, że byli uzbrojeni, działali w grupie i prawdopodobnie znali układ klubu. To nie wyglądało na przypadkową strzelaninę.
Raphael zmarszczył brwi.
— Czyli ktoś naprawdę chciał mnie zabić?
— Tego jeszcze nie wiemy — Odpowiedział Dante.
— Ale ktoś strzelał w twoim kierunku. To wystarczy, żeby potraktować sprawę poważnie.
Chłopak przez chwilę milczał. Nagle przypomniał sobie huk wystrzału, roztrzaskane szkło i ciężar ciała Dantego przyciskającego go do podłogi. Pamiętał też dziwny świst, który usłyszał tuż obok ucha. Wtedy nie miał czasu zastanawiać się, co oznaczał. Teraz zrozumiał, że prawdopodobnie była to kula. Aleksander obserwował go uważnie.
— Właśnie dlatego od dzisiaj wszystko się zmienia. — Raphael natychmiast uniósł wzrok.
— Nie podoba mi się początek tego zdania.
— Dante przejmuje pełną odpowiedzialność za twoją ochronę.
— Nie.
— Raphael.
— Powiedziałem nie.
Aleksander oparł się wygodniej w fotelu.
— To nie jest propozycja. — Chłopak zerwał się z kanapy.
— Nie możesz po prostu przydzielić mi jakiegoś faceta i oczekiwać, że będę za nim chodził jak pies na smyczy!
— Mogę. I właśnie to zrobiłem.
— Mam dwadzieścia pięć lat!
— W takim razie najwyższy czas zacząć zachowywać się odpowiedzialnie. 
— Raphael roześmiał się krótko, bez cienia rozbawienia.

— Niesamowite. Naprawdę niesamowite. Przez całe życie słyszę, że jestem dorosły, kiedy trzeba reprezentować rodzinę na jakiejś nudnej kolacji, ale kiedy chcę wyjść ze znajomymi, nagle okazuje się, że potrzebuję niańki. — Aleksander zacisnął szczękę.

— Nie chodzi o twoje imprezy.
— Zawsze chodzi o moje imprezy!
— Chodzi o to, że ktoś dzisiaj próbował cię zastrzelić! — Głos ojca rozległ się w gabinecie tak gwałtownie, że Raphael zamilkł. Aleksander rzadko krzyczał. Nie musiał. Kiedy jednak tracił cierpliwość, nawet ludzie pracujący dla niego od lat woleli zejść mu z drogi. Raphael znał ten ton doskonale. Zwykle oznaczał koniec dyskusji. Tyle że młody Volkov nigdy nie był szczególnie dobry w kończeniu dyskusji.
— Nie możesz zamknąć mnie w domu na zawsze — Powiedział ciszej.
— Nie zamierzam. — Raphael odetchnął z ulgą.
— Świetnie.
— Na razie zostajesz tutaj. Bez klubów, bez imprez i bez wychodzenia bez zgody Dantego.
Chłopak zamrugał.
— Słucham?
Aleksander wskazał głową na siedzącego obok mężczyznę.
— Reyes będzie decydował, kiedy i gdzie możesz się przemieszczać. Jeśli uzna, że sytuacja jest niebezpieczna, zostajesz w domu. Jeśli uzna, że potrzebujesz dodatkowej ochrony, dostaniesz dodatkową ochronę. Nie będę z tobą negocjował każdej decyzji. — Raphael powoli odwrócił głowę w stronę Dantego.
— Ty chyba sobie żartujesz.
Reyes spojrzał na niego spokojnie.
— Nie wygląda na to.
— Nikt nie będzie decydował o moim życiu.
— W takim razie zacznij podejmować lepsze decyzje. — Raphael poczuł, jak policzki zaczynają mu płonąć ze złości. Nie dlatego, że Dante podniósł głos. Właśnie dlatego, że tego nie zrobił. Siedział spokojnie, z jedną dłonią opartą na podłokietniku, i patrzył na niego tak, jakby cała ta awantura była czymś absolutnie przewidywalnym.
— Nie znasz mnie — Syknął Raphael.
— Zdążyłem zauważyć kilka rzeczy.
— Och, naprawdę? To może się podzielisz?
Dante przez moment przyglądał mu się w milczeniu.
— Jesteś przyzwyczajony, że ludzie ustępują ci dla świętego spokoju. Kiedy nie dostajesz tego, czego chcesz, podnosisz głos albo próbujesz sprowokować rozmówcę. I najwyraźniej uważasz, że konsekwencje dotyczą wszystkich poza tobą.
Raphael otworzył usta z niedowierzaniem.
— Ty bezczelny...
— Wystarczy — Przerwał Aleksander. Chłopak spojrzał na ojca.
— Słyszałeś, co on powiedział?!
— Słyszałem.
— I nic z tym nie zrobisz? — Aleksander westchnął ciężko.
— Raphael, właśnie dlatego go zatrudniłem. — Zapadła cisza. Młody Volkov patrzył na ojca, próbując zdecydować, czy powinien wybuchnąć, czy może po prostu wyjść i trzasnąć drzwiami. Ostatecznie wybrał drugą opcję. Odwrócił się gwałtownie i ruszył w stronę wyjścia.
— Mam dość tej rozmowy.
— Raphael.
— Dobranoc! — Drzwi zamknęły się za nim z hukiem, który poniósł się po całym korytarzu. Aleksandr przez chwilę patrzył w miejsce, gdzie przed sekundą stał jego syn. Potem powoli przetarł twarz dłonią.
— Widzisz, z czym mam do czynienia? — Dante spojrzał na zamknięte drzwi.
— Ma temperament.
— To bardzo delikatne określenie. — Reyes nie odpowiedział. Widział już ludzi znacznie trudniejszych niż Raphael Volkov. Żołnierzy, którzy nie wykonywali rozkazów, najemników przekonanych o własnej nieśmiertelności, bogatych klientów traktujących ochronę jak element dekoracji. Młody Volkov był jednak szczególnym przypadkiem. Nie chodziło wyłącznie o jego charakter. Chłopak był inteligentny, szybki w odpowiedziach i doskonale wiedział, jak wykorzystywać swoją pozycję. Pod warstwą bezczelności Dante dostrzegał jednak coś jeszcze. Niepokój, który Raphael próbował ukryć za żartami i złością. W samochodzie kilkakrotnie zerkał na telefon, ale nie dlatego, że szukał kolejnej okazji do ucieczki. Czekał na wiadomość od znajomego.
— Potrzebuję pełnego dostępu do harmonogramu Raphaela — Powiedział Dante.
— Listy jego najbliższych znajomych, kierowców, personelu i wszystkich miejsc, w których regularnie bywa. Chcę też wiedzieć, kto miał dostęp do informacji o jego dzisiejszych planach. — Aleksander skinął głową.
— Dostaniesz wszystko.
— I jeszcze jedno.
— Słucham?
Dante oparł przedramiona na kolanach.
— Jeśli mam odpowiadać za jego bezpieczeństwo, moje decyzje nie mogą być podważane za każdym razem, kiedy przyjdzie do pana z pretensjami. Aleksandr uśmiechnął się krótko, choć w jego oczach nie było rozbawienia.
— Właśnie dlatego wybrałem ciebie, Reyes. Poprzedni ochroniarze wytrzymywali z nim najwyżej kilka tygodni.
— Zauważyłem, że lubi sprawdzać granice.
— Raphael nie sprawdza granic. On traktuje je jak osobistą obrazę.
Dante skinął głową.
— W takim razie będzie musiał się przyzwyczaić do pewnych zmian.

Na piętrze Raphael właśnie przekonywał sam siebie, że absolutnie nie zamierza się do niczego przyzwyczajać. Wpadł do swojej sypialni, zrzucił marynarkę na fotel i kopnął buty w stronę garderoby. Jeden z nich odbił się od ściany, co zwykle zirytowałoby gosposię, ale tej nocy chłopak kompletnie się tym nie przejmował. Był wściekły. Na ojca, na sytuację, na strzelaninę i przede wszystkim na Dantego Reyesa, który w ciągu zaledwie kilku godzin zdołał stać się najbardziej irytującym człowiekiem w jego życiu. Podszedł do ogromnych okien wychodzących na ogród i rozsunął zasłony. Deszcz wciąż padał, choć znacznie słabiej. Oświetlone alejki lśniły w ciemności, a przy bramie wjazdowej stało dwóch uzbrojonych ochroniarzy. Raphael patrzył na nich przez chwilę, czując znajomy ucisk w klatce piersiowej. Znał to uczucie od dzieciństwa. Zawsze kiedy ojciec decydował, że świat stał się zbyt niebezpieczny, liczba ludzi pilnujących rezydencji rosła, a jego własna przestrzeń kurczyła się coraz bardziej. Nie był naiwny. Wiedział, kim jest Aleksander Volkov. Wiedział, skąd pochodzą rodzinne pieniądze i dlaczego nazwisko Volkov potrafiło otwierać drzwi, których inni nawet nie próbowali dotykać. Nie miał złudzeń, że jego ojciec prowadzi wyłącznie legalne interesy. Dorastał wśród ludzi noszących broń, rozmów urywanych w chwili, kiedy wchodził do pomieszczenia, i eleganckich kolacji, podczas których uśmiechnięci mężczyźni potrafili rozmawiać o rzeczach znacznie gorszych niż zwykłe interesy. Ale to nie znaczyło, że chciał spędzić całe życie zamknięty za murem. Telefon zawibrował. Raphael niemal natychmiast sięgnął po urządzenie, widząc wiadomość od Ethana. „Żyję. Jestem w domu. Co to, kurwa, było?” Chłopak wypuścił powietrze, którego nawet nie zdawał sobie sprawy, że wstrzymywał. Usiadł na brzegu łóżka i szybko odpisał. „Nie mam pojęcia. Ojciec dostał szału. Przydzielił mi nowego ochroniarza.” Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. „Tego wielkiego bruneta?” Raphael zmarszczył brwi. „Skąd wiesz?”, Ethan odpisał po kilku sekundach „Widziałem go wcześniej. Wyglądał, jakby miał zamiar kogoś zabić za samo oddychanie w twoim kierunku.” Raphael parsknął śmiechem. „Jest jeszcze gorszy, niż wygląda.” „Ale przystojny.” Dodał jego przyjaciel. Młody Volkov przewrócił oczami. „Nie zaczynaj.” „Raffy. Ten facet wygląda jak fantazja połowy klubu.” Raphael przez chwilę patrzył na ekran. Niestety Ethan miał rację. Dante był przystojny. Bardzo. W sposób, który Raphael zwykle doceniał bez najmniejszego problemu. Gdyby spotkał go w innych okolicznościach, prawdopodobnie już dawno próbowałby sprawdzić, czy ten chłodny wyraz twarzy można jakoś zmienić. Teraz jednak sama myśl o tym wydawała mu się absurdalna. Reyes był jego ochroniarzem. Człowiekiem, który właśnie dostał od jego ojca pozwolenie na kontrolowanie praktycznie każdego aspektu jego życia. „Jest aroganckim dupkiem” — odpisał. Ethan przesłał kilka śmiejących się emotikonów. „Czyli twój typ.” Raphael rzucił telefon na łóżko. — Idiota — Mruknął, choć nie był do końca pewien, czy mówi o Ethanie, czy o sobie. Poszedł do łazienki, wziął długi prysznic i przebrał się w luźne spodnie oraz miękką koszulkę. Dopiero kiedy stanął przed lustrem, zauważył niewielkie zaczerwienienie na szyi, dokładnie w miejscu, gdzie Dante złapał go podczas strzelaniny. Przesunął po nim palcami, marszcząc brwi. Nie bolało szczególnie mocno, ale przypominało mu o całym zamieszaniu. O tym, jak gwałtownie Reyes ściągnął go na podłogę. Jak osłonił go własnym ciałem. Jak przez krótką chwilę Raphael czuł jego ciężar i ciepło, słysząc tuż przy uchu niski głos wydający polecenia. Odwrócił się od lustra. Nie zamierzał o tym myśleć. Zdecydowanie nie. Kiedy wrócił do sypialni, ktoś zapukał do drzwi. Raphael westchnął.
— Czego?
— Reyes. 
— Jego ochroniarz powiedział spokojnie. Chłopak spojrzał w sufit, jakby błagał go o cierpliwość.

— Nie ma mnie.
— Słyszę cię.
— To masz problem.
Przez chwilę panowała cisza. Raphael uśmiechnął się pod nosem, przekonany, że właśnie wygrał tę małą potyczkę. Uśmiech zniknął mu jednak z twarzy, kiedy usłyszał spokojną odpowiedź:
— Masz pięć sekund, żeby otworzyć drzwi. — Chłopak usiadł na łóżku.
— A potem co? Wyważysz je?
— Nie muszę. Twój ojciec dał mi klucz. — Raphael zerwał się na nogi.
— ŻE CO?! — Podszedł do drzwi i otworzył je gwałtownie. Dante stał na korytarzu, nadal ubrany w ciemną koszulę, choć marynarkę zdążył już zdjąć. Rękawy miał podwinięte do łokci, odsłaniając mocne przedramiona. W jednej dłoni trzymał telefon, drugą swobodnie opierał na pasku spodni. Wyglądał absurdalnie spokojnie jak na człowieka, który właśnie oznajmił, że posiada klucz do prywatnej sypialni dziedzica mafijnego imperium.
— Nie będziesz wchodził do mojego pokoju bez pozwolenia — Oznajmił Raphael.
— Nie zamierzam.
— To po co ci klucz?
— Na wypadek sytuacji awaryjnej.
— Sytuacji awaryjnej?
— Na przykład gdybyś postanowił wyskoczyć przez okno. — Raphael otworzył usta, po czym zamknął je z oburzeniem.
— Nie jestem idiotą. — Dante spojrzał za jego plecy, na ogromne okna prowadzące na balkon.
— Dobrze wiedzieć. Chłopak zmrużył oczy.
— Czego chcesz?
— Ustalić kilka zasad. — Raphael roześmiał się krótko.
— O trzeciej nad ranem?
— Właśnie wróciliśmy ze strzelaniny. Uznałem, że to dobry moment.
— Jesteś niemożliwy.
— Słyszałem już gorsze rzeczy. — Dante wyjął z kieszeni niewielkie urządzenie i podał mu je. Raphael spojrzał na nie podejrzliwie.
— Co to?
— Nowy telefon.
— Mam telefon.
— Ten jest zabezpieczony i ma bezpośredni kontakt ze mną oraz zespołem ochrony. Twój prywatny zostaje u ciebie, ale jeśli będę próbował się z tobą skontaktować, masz odbierać. — Raphael przyjął urządzenie dwoma palcami, jakby ktoś wręczył mu coś wyjątkowo obrzydliwego.
— A jeśli nie odbiorę?
Dante spojrzał mu prosto w oczy.
— Przyjdę cię znaleźć.
— Brzmi jak groźba.
— Raczej obietnica.
Raphael poczuł nieprzyjemne ukłucie irytacji. Reyes nie podnosił głosu, nie próbował go zastraszać. Po prostu informował o faktach. I właśnie dlatego tak trudno było z nim dyskutować.
— Coś jeszcze? — Zapytał chłopak z przesadną słodyczą.
— Tak. Jutro o dziewiątej śniadanie. O dziesiątej spotkanie ze mną i szefem ochrony. Przejdziemy przez twoje codzienne plany.
Raphael zamrugał.
— O dziewiątej?
— Tak.
— Rano?
Dante przez moment patrzył na niego bez słowa.
— Zwykle o tej porze jada się śniadanie. Tak, rano.
— Ja o dziewiątej śpię.
— Jutro nie będziesz.
Raphael uśmiechnął się powoli. Ten uśmiech znało wielu ludzi. Zwykle oznaczał, że właśnie wpadł na pomysł, którego ktoś inny będzie później bardzo żałował.
— Wiesz co, Reyes?
— Słucham.
— Myślę, że bardzo szybko przestaniesz lubić tę pracę. — Dante spojrzał na niego uważnie. Przez krótką chwilę coś drgnęło w kąciku jego ust, ale zniknęło tak szybko, że Raphael nie był pewien, czy rzeczywiście to zobaczył.
— Dobranoc, Volkov. — Dante odwrócił się i ruszył korytarzem. Raphael patrzył za nim z niedowierzaniem.
— Jeszcze z tobą nie skończyłem!
— Wiem — Odpowiedział Dante, nawet się nie oglądając. Chłopak zatrzasnął drzwi. Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się w drewnianą powierzchnię. Potem powoli spojrzał na nowy telefon trzymany w dłoni. Był niewielki, czarny, pozbawiony jakichkolwiek ozdób. Wyglądał jak coś, czego używają ludzie z filmów szpiegowskich. Raphael obrócił go między palcami, po czym rzucił na łóżko obok swojego prywatnego telefonu.
— Jeszcze pożałujesz — Mruknął. Nie zamierzał wstawać o dziewiątej. Nie zamierzał omawiać swojego harmonogramu z obcym facetem. I zdecydowanie nie zamierzał pozwolić, żeby Dante Reyes decydował, kiedy może wychodzić z domu. Miał dwadzieścia pięć lat, własne pieniądze, własne samochody i wystarczająco dużo znajomych, żeby zniknąć na kilka dni bez większego problemu. Ojciec mógł zatrudnić nawet całą armię ochroniarzy, ale Raphael Volkov nie był człowiekiem, którego dało się zamknąć w złotej klatce. A jeśli Reyes uważał inaczej, bardzo szybko miał się przekonać, jak bardzo się mylił. Następnego ranka Dante siedział już w kuchni, kiedy zegar wskazał ósmą trzydzieści. Miał na sobie czarną koszulkę, ciemne spodnie i zegarek, którego tarcza była znacznie mniej efektowna niż ten noszony przez Raphaela. Przed nim stał kubek czarnej kawy oraz tablet z dokumentami dotyczącymi ochrony rezydencji. Przez ostatnie kilka godzin zdążył zapoznać się z planem budynku, listą pracowników i podstawowymi informacjami o człowieku, którego miał pilnować. Raphael Volkov. Dwadzieścia pięć lat. Jedyny syn Aleksandra Volkova. Dziedzic ogromnego majątku i człowiek, który w ciągu ostatnich trzech lat zdołał doprowadzić do zwolnienia siedmiu ochroniarzy. Dante przewinął ekran. Ucieczki z imprez. Samowolne wyjazdy. Ignorowanie poleceń ochrony. Kilka bójek w klubach. Dwa incydenty związane z nielegalnymi wyścigami samochodowymi. Jeden przypadek, kiedy Raphael postanowił polecieć prywatnym odrzutowcem do innego kraju bez poinformowania kogokolwiek, a jego ojciec dowiedział się o tym dopiero po lądowaniu. Reyes powoli odstawił kubek.
— Interesujące — Mruknął pod nosem.
— Co takiego? —  Podniósł wzrok. W drzwiach kuchni stała starsza kobieta w eleganckim uniformie, trzymając tacę ze świeżym pieczywem. Dante poznał ją poprzedniego wieczoru. Maria, gospodyni pracująca dla rodziny od ponad dwudziestu lat.
— Czytam o naszym młodym gospodarzu. — Kobieta uśmiechnęła się ciepło.
— Och, pan Raphael. — W jej głosie było tyle czułości, że Dante mimowolnie uniósł brew.
— Zawsze sprawia tyle problemów? — Maria odstawiła tacę na blat.
— Pan Raphael ma dobre serce. Tylko czasami zapomina, że świat nie zawsze będzie robił to, czego sobie życzy.
— Zauważyłem.
Kobieta spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Pan jest nowym ochroniarzem?
— Tak.
— W takim razie życzę dużo cierpliwości. — Dante parsknął cicho.
— Dziękuję. Maria przez chwilę układała pieczywo w koszyku, a potem dodała ciszej:
— Proszę tylko pamiętać, że on nie zawsze był taki. Kiedy był młodszy, potrafił całymi dniami siedzieć w bibliotece albo pomagać mi w kuchni. Potem dorósł, zaczął coraz częściej kłócić się z ojcem i... cóż. Teraz chyba najbardziej lubi udowadniać wszystkim, że nikt nie może mu niczego zabronić. — Dante spojrzał na ekran tabletu.
— A może rzeczywiście nikt nigdy nie potrafił mu niczego zabronić. — Maria uśmiechnęła się smutno.
— Być może.

Kiedy wybiła dziewiąta, Raphael oczywiście nie pojawił się na śniadaniu. Dante dopił kawę, odłożył tablet i spojrzał na zegarek. Nie wyglądał na zaskoczonego. Właściwie byłby bardziej zdziwiony, gdyby młody Volkov punktualnie zszedł do kuchni, uśmiechnął się grzecznie i zapytał, jakie mają plany na dzisiejszy dzień. O dziewiątej dziesięć Reyes wstał od stołu.
— Pani Mario, czy Raphael zwykle schodzi na śniadanie?
Kobieta, która właśnie nalewała świeżą kawę, spojrzała na niego z lekkim zakłopotaniem.
— Zwykle około jedenastej. Czasami później. — Dante skinął głową.
— Rozumiem. — Ruszył w stronę schodów. Na piętrze panowała cisza. Korytarz prowadzący do prywatnego skrzydła Raphaela był szeroki, wyłożony jasnym dywanem i ozdobiony obrazami, których wartości Dante wolał nawet nie zgadywać. Zatrzymał się przed drzwiami sypialni i zapukał. Cisza. Zapukał ponownie.
— Raphael. —  Żadnej odpowiedzi. Dante spojrzał na zegarek.
— Jest dziewiąta piętnaście. Śniadanie czeka. — Z wnętrza dobiegł niewyraźny pomruk.
— Spierdalaj. — Reyes przez chwilę patrzył na drzwi. Potem nacisnął klamkę. Zamknięte.
— Masz pięć minut.
— A ty masz problem ze słuchem! — Rozległo się zza drzwi. Dante oparł dłoń o framugę.
— O dziewiątej dwadzieścia schodzisz na dół.
— Nie.
— Raphael.
— Dante.
Reyes zamknął oczy na sekundę. Nie dlatego, że tracił cierpliwość. Raczej dlatego, że właśnie zaczynał rozumieć, dlaczego poprzedni ochroniarze nie wytrzymywali z młodym Volkovem zbyt długo.
— Nie będę się z tobą kłócił przez drzwi.
— To świetnie. Dobranoc.
Dante odsunął się od drzwi i ruszył korytarzem. Raphael, który leżał rozwalony na ogromnym łóżku, uśmiechnął się triumfalnie pod nosem. Słyszał oddalające się kroki i był przekonany, że właśnie odniósł pierwsze zwycięstwo.
— Amator — Mruknął z satysfakcją. Przewrócił się na drugi bok, naciągnął kołdrę na głowę i zamknął oczy, zadowolony z siebie. Reyes najwyraźniej zrozumiał, że nie ma sensu próbować zmuszać go do czegokolwiek. Raphael uśmiechnął się pod nosem i wtulił twarz w poduszkę. Zamierzał spać przynajmniej do południa, a potem, jeśli dopisze mu humor, zejść na śniadanie i łaskawie poinformować swojego nowego ochroniarza, że nie życzy sobie więcej podobnych pobudek. Miał dwadzieścia pięć lat, do cholery. Nie potrzebował nikogo, kto będzie ustalał mu godzinę wstawania.

Nie usłyszał, kiedy kilka minut później zamek w drzwiach cicho szczęknął. Dante wszedł do sypialni, zamknął za sobą drzwi i przez chwilę przyglądał się ogromnemu łóżku, na którym pod jedwabną pościelą ledwie było widać sylwetkę młodego Volkova. Pokój wyglądał jak apartament w pięciogwiazdkowym hotelu. Panoramiczne okna, drogie meble, rozrzucone niedbale ubrania i zegarek pozostawiony na szafce nocnej, którego wartość prawdopodobnie przekraczała roczne zarobki przeciętnego człowieka. Dante zerknął na godzinę. Dziewiąta dwadzieścia trzy. Dał chłopakowi wystarczająco dużo czasu, żeby wstał sam. Najwyraźniej Raphael uznał, że może go po prostu zignorować.

— Volkov. Pobudka — Odezwał się, podchodząc do łóżka.

Spod kołdry dobiegło niewyraźne mruknięcie.

— Powiedziałem ci, żebyś spierdalał.

Dante uniósł brew. Przez chwilę zastanawiał się, ile razy poprzedni ochroniarze słyszeli podobne słowa, zanim rezygnowali z pracy. Następnie złapał za brzeg kołdry i jednym zdecydowanym ruchem ściągnął ją z chłopaka.

— Koniec spania.

— Co jest, kurwa?!

Raphael poderwał głowę z poduszki, mrużąc oczy przed światłem wpadającym przez okna. Jasne włosy sterczały mu we wszystkie strony, policzek miał odciśnięty od poduszki, a wyraz jego twarzy zdradzał absolutne niedowierzanie. Przez kilka sekund patrzył na Dantego, jakby próbował ustalić, czy to rzeczywistość, czy wyjątkowo nieprzyjemny sen.

— Jakim prawem wszedłeś do mojego pokoju?!

— Uprzedzałem, że masz wstać.

— I co z tego?! Wynoś się!

Raphael sięgnął po poduszkę, zamierzając cisnąć nią w ochroniarza, ale Dante bez większego wysiłku przechwycił ją w powietrzu i odłożył na fotel. Następnie wskazał głową łazienkę.

— Masz dwie minuty, żeby znaleźć się pod prysznicem.

Chłopak roześmiał się z niedowierzaniem.

— Ty naprawdę myślisz, że będę robił to, co mi każesz? Posłuchaj, mięśniaku, nie wiem, jak to wyglądało w wojsku, ale tutaj nie jesteś żadnym pieprzonym generałem. A teraz oddaj mi kołdrę i wyjdź, zanim zadzwonię do ojca!

Dante spojrzał na niego przez chwilę, po czym spokojnie odłożył kołdrę na drugi koniec łóżka.

— Ostatnia szansa. Wstajesz sam?

— Nie.

— Dobrze.

Raphael zdążył jedynie zmarszczyć brwi, zanim Dante pochylił się, chwycił go pewnie i przerzucił sobie przez ramię. Chłopak pisnął z zaskoczenia, a sekundę później zaczął gwałtownie się szarpać.

— REYES! POSTAW MNIE! NATYCHMIAST!

— Przestań się wiercić.

— Ty pieprzony psychopato! Czy ty w ogóle wiesz, kogo niesiesz?!

— Niestety.

Raphael uderzył go otwartą dłonią w plecy, ale Dante nawet nie zwolnił kroku. Przeszedł przez sypialnię, wszedł do przestronnej łazienki i zatrzymał się przed ogromną kabiną prysznicową. Dopiero wtedy postawił chłopaka na nogach, choć nadal trzymał go za ramię, żeby ten nie stracił równowagi.

— Ostrzegałem.

— Ostrzegałeś?! — Raphael aż się zapowietrzył. — Ty mnie właśnie porwałeś z własnego łóżka!

Dante odsunął szklane drzwi kabiny i skierował go do środka. Raphael był tak oburzony, że przez moment nawet nie zauważył, jak ochroniarz sięga do baterii prysznicowej.

— Nie waż się...

Zimna woda lunęła z deszczownicy.

— AAAAA! KURWA MAĆ!

Raphael odskoczył pod ścianę kabiny, ale lodowate strumienie zdążyły już zmoczyć jego włosy, ramiona i cienką koszulkę, w której spał. Dante pozwolił wodzie lecieć zaledwie kilka sekund, po czym zakręcił kurek. Chłopak stał nieruchomo, ociekając wodą, z ustami rozchylonymi w niemym oburzeniu. Mokre blond kosmyki przykleiły mu się do czoła, a zielone oczy ciskały błyskawice.

— Dzień dobry, Raphaelu — Powiedział Dante z absolutnym spokojem.

Przez moment panowała cisza.

— JA CIĘ ZABIJĘ!

— Teraz przynajmniej jesteś obudzony.

— Ty... ty... — Raphael zacisnął pięści, wyraźnie nie mogąc znaleźć odpowiednio obraźliwego określenia.
— Jesteś skończonym dupkiem!

Dante sięgnął po duży ręcznik i położył go na półce przy kabinie.

— Śniadanie o dziewiątej czterdzieści pięć. Potem omówimy zasady bezpieczeństwa. Bez udziału twojego ojca, bo ma dzisiaj ważniejsze sprawy.

— Możesz sobie omawiać zasady ze ścianą! Nigdzie nie idę!

— Jak uważasz. Ale jeśli nie zejdziesz, przyjdę sprawdzić, co cię zatrzymało.

Raphael zmrużył oczy.

— Spróbuj jeszcze raz mnie dotknąć, a przysięgam, że...

— Ubierz coś suchego — przerwał mu Dante. — Nie chcę, żebyś się przeziębił.

Odwrócił się i ruszył do wyjścia, pozostawiając za sobą mokrego, wściekłego dziedzica mafijnego imperium.

— REYES!

Mężczyzna zatrzymał się w drzwiach łazienki.

— Tak?

Raphael wskazał go oskarżycielsko palcem.

— Jesteś martwy. Rozumiesz?! MARTWY!

Dante skinął głową z powagą.

— Przekażę to szefowi ochrony. — Raphael miał ochotę coś rozwalić. Przecież to ten dupek był szefem ochrony! Już miał powiedzieć co o nim myśli ale Dante wyszedł, zanim Raphael zdążył znaleźć coś ciężkiego do rzucenia.

Chłopak przez kilka sekund stał pod zakręconym prysznicem, nie wierząc w to, co właśnie się wydarzyło. Nikt. Absolutnie nikt w całym jego życiu nie odważył się zrobić mu czegoś podobnego. Nawet ojciec, który potrafił być surowy i bezwzględny, nigdy nie wpadł na pomysł, żeby wyciągnąć go z łóżka i oblać zimną wodą. Raphael spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Wyglądał tragicznie. Mokre włosy, przylegająca do ciała koszulka i policzki zaróżowione ze złości.

— Nienawidzę go — Oznajmił własnemu odbiciu. — Nienawidzę tego pieprzonego człowieka.

A najgorsze było to, że Dante nawet się nie zdenerwował. Nie krzyczał, nie groził, nie próbował udowadniać swojej przewagi. Po prostu przyszedł, zrobił swoje i wyszedł, jakby budzenie rozpieszczonych dziedziców mafii lodowatym prysznicem stanowiło zupełnie normalny element jego codziennych obowiązków.

Raphael odkręcił ciepłą wodę, tym razem już z własnej woli, i przez kilka minut próbował odzyskać godność. Następnie wytarł włosy, starannie ułożył ciemne kosmyki opadające na czoło i przez dłuższą chwilę wybierał ubranie. Ostatecznie zdecydował się na jasne spodnie, biały T-shirt i rozpiętą koszulę z cienkiego materiału. Do tego drogi zegarek, dwa pierścionki i delikatny łańcuszek. Spojrzał w lustro, poprawił fryzurę i uśmiechnął się do własnego odbicia.

Wyglądał doskonale. Przynajmniej ktoś w tym domu miał odrobinę gustu.

Nie zamierzał jednak zejść punktualnie. O nie. Dante Reyes mógł go obudzić, ale nie oznaczało to, że wygrał. Raphael specjalnie poświęcił dodatkowe kilkanaście minut na przeglądanie wiadomości, a potem zadzwonił do Ethana, żeby opowiedzieć mu o swoim nowym ochroniarzu. Przyjaciel śmiał się tak głośno, że chłopak musiał odsunąć telefon od ucha.

— To wcale nie jest zabawne! — Warknął młody Volkov.

— Raffy, on naprawdę wrzucił cię pod zimny prysznic?

— Tak!

— O Boże. Kocham tego faceta.

— Ethan!

— Przepraszam, ale chciałbym zobaczyć twoją minę.

Raphael zakończył połączenie, kiedy Ethan po raz kolejny wybuchnął śmiechem. Spojrzał na zegarek. Dziesiąta piętnaście. Uznał, że wystarczająco długo kazał na siebie czekać, po czym ruszył na dół, przygotowując w myślach wyjątkowo złośliwą przemowę.

Dante siedział w jadalni przy stole, przeglądając coś na tablecie. Obok niego stał kubek kawy i talerz z niedokończonym śniadaniem. Na widok Raphaela uniósł wzrok, ale nie powiedział ani słowa. To było podejrzane. Raphael zatrzymał się w progu, oczekując kolejnych pretensji. Nic takiego nie nastąpiło. Reyes po prostu wrócił do czytania.

— Dzień dobry — Powiedział chłopak z przesadną słodyczą.

— Dzień dobry.

Raphael podszedł do stołu i usiadł naprzeciwko niego.

— Nie masz mi nic do powiedzenia?

Dante przewinął ekran.

— Nie.

— Nic?

— Powinieneś zjeść śniadanie.

Chłopak przez chwilę patrzył na niego podejrzliwie. Spodziewał się wykładu, groźby, czegokolwiek. Tymczasem Dante wyglądał, jakby jego spóźnienie nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. To było znacznie bardziej irytujące niż krzyk.

— Spóźniłem się — Zauważył Raphael.

— Wiem.

— O pół godziny.

— Potrafię odczytać godzinę.

Raphael zacisnął usta.

— Nie denerwuje cię to?

Dante w końcu odłożył tablet i spojrzał na niego.

— Jesteś tutaj, prawda?

Chłopak zmarszczył brwi.

— No i?

— Więc możemy zaczynać.

Raphael przez chwilę analizował jego odpowiedź, po czym sięgnął po jedną z truskawek leżących w miseczce na środku stołu. Były świeże, duże i idealnie czerwone. Maria doskonale wiedziała, że młody Volkov miał do nich słabość, dlatego niemal codziennie pojawiały się na stole, niezależnie od pory roku.

— Jeszcze raz wejdziesz do mojego pokoju bez pozwolenia, a pożałujesz — Oznajmił Raphael, wkładając owoc do ust.

Dante spokojnie napił się kawy.

— Następnym razem wstań, kiedy cię o to poproszę.

— Nie będzie następnego razu.

— To zależy od ciebie.

Raphael zmrużył oczy. Przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał rozpocząć kolejną awanturę, ale ostatecznie sięgnął po następną truskawkę.

— Dobrze, panie wielki i groźny. To co dzisiaj robimy?

— Najpierw omówimy zasady.

Chłopak jęknął teatralnie.

— Znowu?

— Jeszcze ich nie omówiliśmy.

— Bo są nudne.

— Nie muszą być interesujące.

Raphael sięgnął po kolejną truskawkę.

— A potem?

— Zostajesz w domu.

Chłopak zatrzymał dłoń w połowie drogi do ust.

— Słucham?

Dante odstawił kubek.

— Dzisiaj nie wychodzisz poza teren rezydencji.

Raphael powoli odłożył truskawkę.

— Mam plany.

— Odwołaj.

— Nie.

— W takim razie ktoś zrobi to za ciebie.

Chłopak pochylił się nad stołem.

— Posłuchaj mnie, Reyes. Nie wiem, jakich ludzi pilnowałeś wcześniej, ale ja nie jestem twoim żołnierzem. Nie będę stał na baczność i wykonywał rozkazów tylko dlatego, że masz szerokie barki i groźną minę.

Dante spojrzał na niego spokojnie.

— Dobrze.

Raphael zamrugał.

— Dobrze?

— Nie musisz stać na baczność.

Chłopak zacisnął szczękę.

— Ty naprawdę robisz to specjalnie.

— Co takiego?

— Doprowadzasz mnie do szału!

Dante odstawił kubek.

— Raphael, masz dwadzieścia pięć lat. Nie zamierzam traktować cię jak dziecka. Ale jeśli będziesz zachowywał się nieodpowiedzialnie, będę reagował. To moja praca.

— Twoja praca polega na pilnowaniu, żeby nikt mnie nie zastrzelił.

— Dokładnie.

— A nie na decydowaniu, czy mogę wyjść na lunch!

— Jeśli wyjście na lunch może skończyć się kolejną strzelaniną, to właśnie na tym polega moja praca.

Raphael przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. Potem powoli sięgnął po truskawkę i włożył ją do ust, nie odrywając wzroku od Dantego.

— Nie lubię cię — Oznajmił.

— Zauważyłem.

— Bardzo.

— To również.

Chłopak przeżuł owoc, po czym uśmiechnął się słodko.

— Wiesz, że mogę sprawić, żeby ojciec cię zwolnił?

Dante pochylił się nieznacznie do przodu.

— Spróbuj.

Raphael znieruchomiał. Nie spodziewał się tej odpowiedzi. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Dante miał ciemne oczy, spokojne i uważne, a jego twarz pozostawała niemal nieruchoma. Raphael nie potrafił odczytać z niej niczego poza pewnością siebie. I właśnie to było najbardziej irytujące. Reyes nie próbował mu się przypodobać. Nie bał się go. Nie traktował jego nazwiska jak przepustki do wszystkiego. Był pierwszym człowiekiem od bardzo dawna, który patrzył na Raphaela Volkova i widział po prostu kłopotliwego dwudziestopięciolatka.

Chłopak powoli odchylił się na krześle.

— Jeszcze pożałujesz.

Dante sięgnął po tablet.

— Możliwe.

Raphael wstał od stołu, zabierając ze sobą całą miseczkę truskawek.

— Dokąd idziesz? — Zapytał Reyes.

Chłopak odwrócił się w progu i uśmiechnął szeroko.

— Do swojego pokoju. Chyba jeszcze wolno mi tam chodzić bez pozwolenia?

— Wolno.

— Jak miło.

Ruszył w stronę schodów, zadowolony z siebie. Dante obserwował go przez chwilę, a potem wrócił do dokumentów. Nie miał zamiaru biegać za nim po całym domu ani wdawać się w bezsensowne kłótnie. Raphael mógł się obrażać, trzaskać drzwiami i rzucać groźbami. Dopóki pozostawał na terenie rezydencji, Reyes nie widział powodu, żeby reagować.

Nie wiedział jednak, że młody Volkov właśnie podjął decyzję. Nie zamierzał spędzić całego dnia w domu. Ani następnego. Ani żadnego kolejnego. Jeśli Dante Reyes chciał zostać jego ochroniarzem, będzie musiał nauczyć się jednej bardzo ważnej rzeczy.

Raphael Volkov zawsze znajdował sposób, żeby dostać to, czego chciał.

A dzisiaj chciał wyjść.

I zamierzał to zrobić, choćby miał doprowadzić swojego nowego ochroniarza do absolutnej furii.

 

środa, 14 października 2026

PS. Małe wołanie o pomoc!


Hey Dobre Duszyczki ! 

Pomimo tego, że siedzę w blogowym świecie już od tylu lat, nadal nie potrafię do końca ogarnąć wyglądu i organizacji własnego bloga. Tak, wiem... trochę wstyd! 😂

Bardzo chciałabym wreszcie uporządkować wszystkie opowiadania tak, żeby można było wygodnie czytać je rozdział po rozdziale, od początku do końca, bez konieczności przekopywania się przez archiwum i zastanawiania, co publikowałam w którym roku.

Marzy mi się przejrzysty spis opowiadań, podział na historie zakończone i te w trakcie pisania oraz wygodna nawigacja między rozdziałami.

Jeśli ktoś zna się na blogach i chciałby mi pomóc, będę naprawdę wdzięczna! ❤️

I jeszcze jedna sprawa...

Coraz poważniej zastanawiam się nad przeniesieniem bloga na inną platformę. Czy możecie coś polecić? Gdzie najlepiej publikować takie opowiadania, żeby były łatwo dostępne i wygodne do czytania?

Najbardziej absurdalne jest to, że kiedy próbuję wyszukać własnego bloga w Google, wyszukiwarka nawet go nie pokazuje! Serio?! Tyle lat pisania, a mój blog chyba postanowił zostać tajnym archiwum. 😂😭

Czy ktoś miał podobny problem? Co mogę zrobić, żeby blog był widoczny w Google?

Każda rada, wskazówka czy propozycja będzie mile widziana!

A tymczasem zapraszam Was do mojego świata pełnego miłości, namiętności, dramatów, niegrzecznych bohaterów i historii, od których czasami trudno się oderwać.

Miłego czytania! 🖤

Wasza ~ Maru ~

 

wtorek, 13 października 2026

Mine To Protect - Prolog

Zapraszam do czytania kolejnego opowiadania. Tym razem towarzyszyć nam będzie Raphael Volkov - rozpuszczony dziedzic mafii, który nienawidzi kontroli i mówienia mu co ma robić. Buntowniczy i porywczy, którego pazurki ukróci nie kto inny jak jego ochroniarz Dante Reyes. Czy nowy ochroniarz i nadopiekuńczy ojciec poradzą sobie z upartym łobuzem? Co będzie dalej? Sami się dowiedzcie czytając <3 

~ Prolog ~

Deszcz spływał po ciemnych szybach klubu cienkimi strużkami, rozmazując światła miasta w kolorowe plamy. Muzyka dudniła tak głośno, że praktycznie czuć ją było pod skórą, ale Raphael Volkov zdawał się kompletnie tym nie przejmować. Siedział rozwalony na skórzanej kanapie w prywatnej loży, z kieliszkiem drogiego alkoholu w dłoni i tym charakterystycznym, lekko znudzonym wyrazem twarzy, który ludzie z jego otoczenia nauczyli się rozpoznawać lata temu. Zielone oczy przesuwały się leniwie po tłumie tańczących ludzi poniżej, jakby oceniał ich wszystkich jednocześnie i żaden nie był wystarczająco interesujący, żeby zatrzymać na nim uwagę na dłużej.

Wyglądał perfekcyjnie. Zawsze wyglądał. Czarna koszula rozpięta odrobinę za nisko, drogi zegarek błyszczący na nadgarstku i włosy opadające lekko na czoło sprawiały, że nawet siedząc nieruchomo przyciągał spojrzenia praktycznie całego pomieszczenia. Raphael był dokładnie tym typem człowieka, którego ludzie chcieli dotknąć tylko po to, żeby sprawdzić, czy naprawdę istnieje. I cholernie dobrze o tym wiedział.

— Gapisz się — mruknął rozbawiony do blondyna siedzącego obok.

— Trudno się nie gapić, kiedy wyglądasz jak problem.

Raphael uśmiechnął się powoli.

— Och, kochanie. Ja jestem problemem.

Wyciągnął telefon z kieszeni marynarki. Siedem nieodebranych połączeń od ochrony. Kolejne trzy od ojca. Przewrócił oczami i bez zawahania wyłączył ekran.

— Twój stary znowu panikuje? — zapytał blondyn.

— Mój stary panikuje odkąd się urodziłem.

I może właśnie dlatego Raphael tak bardzo uwielbiał robić wszystko, czego mu zabraniano. Imprezy, kluby, znikanie bez słowa, ludzie, których nie powinien wpuszczać do swojego życia. Kontrola dusiła go praktycznie od dzieciństwa. Kamery. Ochroniarze. Kierowcy. Asystenci. Ludzie pilnujący każdego jego kroku, odkąd nazwisko Volkov zaczęło znaczyć więcej pieniędzy, niż większość krajów widziała na oczy.

Raphael miał tego serdecznie dość.

Blondyn westchnął teatralnie i dopił resztkę alkoholu.

— Jeśli dalej będziesz ignorował telefon, twój ochroniarz dostanie zawału.

Raphael parsknął cicho.

— Wspaniale. Może wtedy w końcu dadzą mi spokój.

— Jesteś okropny.

— Wiem.

Chłopak pokręcił głową z rozbawieniem i podniósł się z kanapy.

— Idę zatańczyć, zanim umrę tu z nudów.

Raphael machnął dłonią bez większego zainteresowania i ponownie spojrzał na tłum ludzi poniżej. Dopiero kilka sekund później ktoś usiadł obok niego.

— Szukają cię.

Męski głos był niski, spokojny i zdecydowanie zbyt opanowany jak na takie miejsce. Raphael powoli odwrócił głowę i na chwilę naprawdę zamarł. Mężczyzna siedzący obok wyglądał bardziej jak zagrożenie niż człowiek. Wysoki, szeroki w barkach, ubrany całkowicie na czarno, z ciemnymi włosami i spojrzeniem, które wydawało się kompletnie niewzruszone hałasem, światłami i półnagimi ludźmi wokół nich. Nie wyglądał jak ktoś, kto powinien znajdować się w takim miejscu. Wyglądał jak ktoś, kto przyszedł w konkretnym celu.

Raphael uniósł brew lekko.

— Gratulacje. Właśnie mnie znalazłeś.

Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Jego wzrok przesunął się po twarzy chłopaka powoli, jakby oceniał zagrożenie albo próbował zdecydować, jak bardzo irytujący jest człowiek siedzący przed nim.

— Dante Reyes — powiedział w końcu. — Od dziś jestem twoim ochroniarzem.

Młody Volkov spojrzał na niego przez sekundę, a potem wybuchnął śmiechem.

— Nie, nie jesteś.

Dante nawet nie drgnął.

— Jestem.

— Och, to słodkie. Myślisz, że masz tu coś do powiedzenia.

— Mam powtórzyć, żebyś zrozumiał?

Raphael uśmiechnął się szerzej, odstawił kieliszek na stolik i nachylił się bliżej, celowo naruszając przestrzeń Dantego.

— Posłuchaj mnie uważnie, Reyes. Nie obchodzi mnie, ile płaci ci mój ojciec. Nie będziesz za mną chodził. Nie będziesz mnie kontrolował. I zdecydowanie nie będziesz mi rozkazywał.

Dante spojrzał mu prosto w oczy spokojnie, wręcz irytująco spokojnie.

— Skończyłeś?

Chłopak zmrużył oczy lekko. Większość ludzi reagowała na niego natychmiast. Denerwowali się, flirtowali, próbowali zrobić wrażenie. Ten facet wyglądał, jakby kompletnie nic go nie ruszało. I z jakiegoś powodu zaczynało go to coraz bardziej irytować.

— Nie jesteś zbyt rozmowny, co?

— A ty zdecydowanie mówisz za dużo.

Raphael parsknął śmiechem cicho. Okej. To mogło być interesujące. W tym samym momencie światła klubu zamigotały gwałtownie, a muzyka urwała się całkowicie. Dante zesztywniał tylko odrobinę, ale młody Volkov natychmiast to zauważył.

— Co …

— Wstawaj — powiedział Dante natychmiast.

Ton jego głosu zmienił się całkowicie. Już nie spokojny. Nie chłodny. Rozkazujący.

Chłopak nawet nie zdążył odpowiedzieć, bo pierwszy strzał padł sekundę później. Klub eksplodował chaosem. Ludzie zaczęli krzyczeć i rzucać się do wyjść, szkło roztrzaskało się gdzieś po lewej stronie sali, a młody Volkov odruchowo poderwał się z kanapy. Dante był jednak szybszy. Jednym ruchem złapał go za kark i brutalnie ściągnął na podłogę dokładnie w momencie, gdy kolejny strzał przeszył miejsce, gdzie jeszcze sekundę wcześniej znajdowała się głowa dzieciaka.

— Do cholery!

— Zamknij się i trzymaj przy mnie — warknął Dante.

Raphael powinien być przerażony. Naprawdę powinien. Ale zamiast tego jego serce biło gwałtownie głównie dlatego, że Dante praktycznie przyciskał go teraz własnym ciałem do podłogi, osłaniając go przed tłumem spanikowanych ludzi.

Kolejny huk rozległ się gdzieś bliżej wejścia. Raphael odruchowo rozejrzał się po sali, próbując znaleźć wzrokiem blondyna sprzed kilku minut, ale tłum spanikowanych ludzi praktycznie uniemożliwiał cokolwiek dostrzec.

— Mój znajomy !

— Teraz nie obchodzi mnie twój znajomy.

Chłopak spojrzał na niego oburzony.

— Ty arogancki….

— Rusz się.

Dante poderwał go brutalnie na nogi i popchnął w stronę prywatnego wyjścia za lożą. Volkov prawie się potknął.

— Nie musisz mną rzucać!

— A ty nie musisz zachowywać się jak rozpieszczony dzieciak podczas strzelaniny.

Raph aż otworzył usta z oburzenia.

— O mój Boże. Nienawidzę cię.

— Świetnie. Możesz mi to powiedzieć jeszcze raz gdy stąd wyjdziemy i uratuje twój tyłek.


PS: Poprosiłam chat o wygenerowania postaci na podstawie mojego opisu i jestem zachwycona @_@ 
Co myślicie? <3 






poniedziałek, 5 października 2026

Książę w Ramionach Mroku - Epilog

Taki smuteczek... Historia dobiegła końca, ale nie martwcie się ^^ Od przyszłego tygodnia wracam z nowym opowiadaniem. Będzie mafia, ochroniarz i rozwydrzony dziedzic mafii. Będzie dużo akcji, kłótni i .... dowiecie się czytając nowe opowiadanie już niedługo  ;) 

Dziękuje za wszystkie komentarze do tego opowiadania, dziękuje za to, że zaglądaliście, niektórzy nawet przeczytali <3 See you next week ! 

Wasza ~ Maru ;*

Epilog – I tak wygląda spokój

Minęły trzy miesiące. Zima powoli ustępowała miejsca wiośnie, choć Północ wciąż trzymała się chłodu. Śnieg topniał na kamiennych dziedzińcach zamku, spływając cienkimi strużkami pomiędzy płytami, a czarne mury po raz pierwszy od dawna nie sprawiały wrażenia martwych. Symbole kultu zniknęły. Podziemia zamknięto na zawsze, a tunele prowadzące do miejsca, w którym kiedyś znajdowało się serce płomienia, zasypano tonami kamienia i zalano stopionym żelazem. Nikt nie chciał już tam schodzić i nikt nie zamierzał sprawdzać, czy cokolwiek pozostało głębiej pod ziemią.

Rafael stał przy wysokim oknie jednej z zamkowych bibliotek i obserwował płatki mokrego śniegu mieszające się z deszczem. Nadal nie przywykł do nowych zmysłów. Czasami budził się w środku nocy, bo słyszał czyjeś kroki kilka pięter niżej. Innym razem wychwytywał bicie serc ludzi spacerujących po dziedzińcu albo rozmowy prowadzone za grubymi murami, których wcześniej nigdy nie byłby w stanie usłyszeć. Powoli jednak uczył się odcinać od nadmiaru dźwięków. Najważniejsze było jedno. Głosy zniknęły. Nie było już szeptów obcych ludzi w jego głowie ani cienia, który próbował wedrzeć się do jego myśli. Cisza w końcu przestała go przerażać.

Za jego plecami rozległo się ciche skrzypnięcie drzwi.

- Wiedziałem, że cię tu znajdę - mruknął Valmar.

Rafael odwrócił głowę. Król wyglądał inaczej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Nadal wystarczyło, żeby wszedł do pomieszczenia, a ludzie automatycznie prostowali plecy, ale coś w jego spojrzeniu wyraźnie złagodniało. Było w nim mniej chłodu i mniej tej samotności, którą Rafael zauważył już pierwszego dnia. Jakby razem ze zniszczeniem serca płomienia z Valmara również opadło coś ciężkiego.

Rafael parsknął cicho.

- Zaczyna być to trochę przerażające.

Valmar podszedł bliżej.

- To, że potrafię cię znaleźć?

- To, że zawsze wiesz, gdzie jestem.

- Jesteś moim mężem. Mam prawo wiedzieć.

Rafael przewrócił oczami, ale uśmiech pojawił się na jego twarzy mimo wszystko. Mężem. Nadal brzmiało to absurdalnie, zwłaszcza kiedy przypominał sobie, że wszystko zaczęło się od gorsetu, ślubnej sukni i rodziców, którzy postanowili oddać go wampirowi, nie pytając go nawet o zdanie. Trudno było uwierzyć, że z całej tej katastrofy mogło powstać coś, czego nie chciałby już stracić.

Valmar zatrzymał się obok niego.

- Gavriel cię szuka.

- Niech zgadnę. Znowu pokłócił się z Liorem?

- Tym razem o miecze treningowe.

Rafael uniósł brew.

- Brzmi niebezpiecznie.

- Z Liorem wszystko brzmi niebezpiecznie, jeśli Gavriel jest w pobliżu.

Rafael zaśmiał się cicho. To również było nowe. Normalność. Nie idealna i nie taka, w której wszystko nagle przestało boleć. Nadal zdarzały się koszmary. Czasami budził się gwałtownie, przekonany, że gdzieś pod zamkiem ponownie słyszy szepty cienia. Bywały też dni, kiedy głód stawał się trudniejszy do kontrolowania, a jego nowe ciało przypominało mu o przemianie bólem mięśni, nadwrażliwością na zapachy albo dźwiękami, których zwyczajnie było za dużo. Uczył się jednak. Powoli, czasami z frustracją, ale każdego dnia trochę bardziej.

I żył.

Naprawdę żył.

Po raz pierwszy od bardzo dawna przyszłość nie kończyła się w jego wyobraźni śmiercią.

Valmar przesunął dłonią po jego karku.

- O czym myślisz?

Rafael ponownie spojrzał przez okno.

- Że to wszystko jest dziwne.

- Co dokładnie?

- Jeszcze kilka miesięcy temu byłem przekonany, że umrę w tym zamku.

Valmar przez chwilę milczał.

- Byłeś bardzo blisko.

Rafael spojrzał na niego kątem oka.

- To miało zabrzmieć pocieszająco?

Kącik ust Valmara drgnął.

- Nie jestem najlepszy w pocieszaniu.

- Zauważyłem.

- Ale zostałeś.

Rafael spoważniał. Tak. Został. Nie jako więzień, nie jako ofiara rytuału i nie jako ktoś, komu inni wybrali przyszłość. Tym razem dlatego, że sam tego chciał.

Cisza, która zapadła pomiędzy nimi, nie była już ciężka. Nie wymagała słów ani tłumaczeń. Rafael spojrzał na własne dłonie. Blizny po ogniu prawie całkowicie zniknęły, a złote symbole nie pojawiły się na jego skórze od chwili zniszczenia serca płomienia. Cień odszedł razem z nim.

- Myślisz, że te dusze naprawdę są wolne? - zapytał cicho.

Valmar spojrzał na niego uważnie.

- Tak.

- Skąd ta pewność?

- Bo gdyby nadal były uwięzione, ty pierwszy byś je usłyszał.

Rafael znieruchomiał na moment, po czym powoli skinął głową. Ta odpowiedź miała sens. Po raz pierwszy nie musiał zmuszać się, żeby w nią uwierzyć.

Za drzwiami rozległ się nagle huk, a chwilę później ktoś zaklął głośno na korytarzu. Drzwi biblioteki otworzyły się z rozmachem i do środka wpadł Lior.

- Powiedz temu idiocie, że nie można rzucać nożami w portrety przodków!

Z korytarza natychmiast dobiegł oburzony głos Gavriela.

- To był wypadek!

- Wypadek?! Nóż tkwi w czole twojego pradziadka!

- Nigdy go nie lubiłem!

Rafael zamrugał kilka razy, patrząc najpierw na Liora, potem na drzwi, za którymi najwyraźniej ukrywał się Gavriel.

I wybuchnął śmiechem.

Prawdziwym, głośnym i zupełnie niekontrolowanym. Takim, którego sam u siebie nie słyszał od bardzo dawna. Lior przez chwilę patrzył na niego obrażony, ale po sekundzie również zaczął się uśmiechać.

Valmar nie powiedział nic. Po prostu obserwował Rafaela z tym samym spokojem, który ostatnio coraz częściej pojawiał się w jego spojrzeniu. Jakby nadal czasami potrzebował upewnić się, że chłopak naprawdę stoi obok niego. Żywy. Bezpieczny. Wolny od wszystkiego, co przez tyle lat próbowało zdecydować za niego, kim ma być.

Rafael otarł oczy, nadal śmiejąc się cicho.

- Nie wierzę, że z wami mieszkam.

- Za późno - rzucił Lior. - Jesteś jednym z nas.

Valmar objął Rafaela w pasie i przyciągnął odrobinę bliżej.

- Teraz już zdecydowanie nie uciekniesz.

Rafael spojrzał na niego z udawaną podejrzliwością.

- Brzmi trochę jak groźba.

- Obietnica.

Za oknami ostatni śnieg powoli zamieniał się w deszcz, a spod białej warstwy na dziedzińcu zaczynał przebijać się ciemny kamień. Wiosna przychodziła na Północ powoli i niepewnie, ale tym razem nic nie próbowało jej zatrzymać.

Rafael oparł głowę o ramię Valmara i słuchał kłótni Liora z Gavrielem dobiegającej z korytarza. Jeszcze niedawno oddałby wszystko za chwilę zwyczajnej ciszy. Teraz zrozumiał, że spokój wcale nie musiał oznaczać ciszy.

Czasami wyglądał właśnie tak.

Jak śmiech przyjaciół, czyjaś dłoń zaciśnięta na jego własnej i świadomość, że jutro naprawdę nadejdzie.

A Północ po raz pierwszy od setek lat była wolna.