Rozdział 1 - Wojna charakterów
Drzwi prowadzące na zaplecze klubu zatrzasnęły się za nimi z
hukiem, który niemal zginął w odgłosach strzelaniny dobiegających z głównej
sali. Raphael ledwo utrzymał równowagę, kiedy Dante pociągnął go w stronę
wąskiego korytarza o ścianach pomalowanych na brudną szarość. Światło awaryjne
migało nad ich głowami, nadając wszystkiemu nieprzyjemny, czerwony odcień. W
powietrzu unosił się zapach detergentów, wilgoci i czegoś przypalonego.
Zupełnie inny od drogich perfum, alkoholu i papierosowego dymu, którymi jeszcze
kilka minut wcześniej przesiąknięta była prywatna loża. Raphael próbował
obejrzeć się przez ramię, ale silna dłoń zaciskająca się na jego przedramieniu
skutecznie mu to uniemożliwiła. Reyes poruszał się szybko, zdecydowanie, nie
tracąc czasu na oglądanie się za siebie. Najwyraźniej zakładał, że młody Volkov
będzie posłusznie dotrzymywał mu kroku. Był to pierwszy z wielu błędów, jakie
mógł popełnić tego wieczoru. — Zwolnij, do cholery! — Raphael szarpnął ręką,
kiedy niemal wpadł na stojący przy ścianie wózek z brudnymi naczyniami.
— Mam nogi, potrafię chodzić!
— To zacznij ich używać.
— Ty naprawdę masz jakiś problem! — Dante zatrzymał się tak niespodziewanie, że
Raphael prawie na niego wpadł. Odwrócił głowę, spojrzał na niego przez ramię i
przez krótką chwilę młody Volkov miał okazję przyjrzeć mu się z bliska. Ciemne
włosy, lekko potargane po zamieszaniu w klubie, mocno zarysowana szczęka,
kilkudniowy zarost i oczy tak ciemne, że w czerwonym świetle korytarza niemal
czarne. Mężczyzna był absurdalnie przystojny. Raphael zauważył to już w loży,
ale teraz, kiedy stali niemal twarzą w twarz, trudno było udawać, że nie robiło
to żadnego wrażenia. Szkoda tylko, że ten przystojny idiota najwyraźniej
pomylił ochronę osobistą z tresowaniem zwierząt.
— Posłuchaj mnie uważnie, Volkov. — Głos Dantego był niski, pozbawiony
podniesionych emocji, co w obecnej sytuacji wydawało się wręcz nienaturalne. —
Ktoś właśnie próbował odstrzelić ci głowę. Nie wiem, ilu napastników jest w
budynku ani czy mają ludzi przy wyjściach. Dopóki nie znajdziemy się w
samochodzie, będziesz robił dokładnie to, co ci powiem. Jasne?
Raphael zmrużył zielone oczy. — Nie lubię, kiedy ktoś mi rozkazuje.
— Zauważyłem.
— I nie jestem głuchy. Nie musisz mówić do mnie jak do pięciolatka.
— W takim razie przestań się zachowywać, jakbyś miał pięć lat. — Przez moment
patrzyli na siebie w milczeniu. Raphael poczuł znajome ukłucie irytacji, które
pojawiało się zawsze, gdy ktoś próbował postawić go do pionu. Zwykle
wystarczało jedno spojrzenie, przypomnienie nazwiska albo odpowiednio
wypowiedziana groźba, żeby rozmówca natychmiast zmienił ton. Dante Reyes
najwyraźniej nie znał zasad obowiązujących w świecie Volkovów. Albo, co jeszcze
bardziej irytowało Raphaela, znał je doskonale i świadomie postanowił je
zignorować.
— Jeszcze zobaczymy, jak długo tu popracujesz — Syknął. Dante nie
wyglądał na szczególnie przejętego.
— Możemy już iść? — Nie czekając na odpowiedź, ruszył dalej. Raphael przez
sekundę rozważał, czy nie zostać na środku korytarza wyłącznie po to, żeby
zrobić mu na złość. Kolejna seria strzałów, tym razem zdecydowanie bliższa,
skutecznie wybiła mu ten pomysł z głowy. Zaklął pod nosem i podążył za
ochroniarzem, starając się nie myśleć o tym, jak blisko jego głowy przeleciała
wcześniej kula. Dopiero teraz zaczynało do niego docierać, że gdyby Reyes
zareagował sekundę później, prawdopodobnie nie miałby już okazji kłócić się z kimkolwiek.
Nie zamierzał jednak przyznawać tego na głos. Dante zatrzymał się przy
metalowych drzwiach prowadzących na klatkę schodową. Wyjął broń spod marynarki,
sprawdził korytarz przez niewielkie okienko i dopiero wtedy nacisnął klamkę.
Raphael obserwował jego ruchy z mimowolnym zainteresowaniem. Nie było w nich
nerwowości ani niepotrzebnego pośpiechu. Wszystko wyglądało na wyćwiczone,
niemal automatyczne. Reyes poruszał się jak człowiek, który podobne sytuacje
przeżywał wcześniej i nie zamierzał pozwolić, żeby ta zakończyła się inaczej,
niż sobie zaplanował.
— Za mną. Blisko ściany — Polecił mężczyzna. Raphael spojrzał na pistolet w jego dłoni.
— Zawsze nosisz broń przy sobie?
— Tak.
— Nawet na randkach? — Dante zerknął na niego krótko.
— Szczególnie wtedy, kiedy ktoś dużo mówi. — Raphael mimowolnie parsknął. Nie
spodziewał się odpowiedzi, a już na pewno nie takiej. Reyes najwyraźniej
potrafił być złośliwy, choć jego twarz pozostawała przy tym kompletnie
niewzruszona. Było w tym coś irytująco atrakcyjnego. Raphael natychmiast odsunął
tę myśl, uznając, że prawdopodobnie dostał w głowę podczas zamieszania i
jeszcze tego nie zauważył. Zeszli dwa piętra niżej. Na parterze Dante ponownie
zatrzymał się przy drzwiach, tym razem dłużej nasłuchując. Z oddali dobiegały
krzyki, odgłosy biegnących ludzi i stłumione syreny. Ktoś walił w metalowe
drzwi po drugiej stronie korytarza, domagając się wypuszczenia. Raphael poczuł,
jak nieprzyjemny chłód przesuwa mu się wzdłuż kręgosłupa. W klubie było
kilkaset osób. Ludzie, których jeszcze chwilę wcześniej obserwował z loży,
śmiejąc się z ich tańca i strojów, teraz próbowali wydostać się z budynku. Nie
wiedział, ilu zostało rannych. Nie wiedział nawet, czy jego znajomy zdążył
uciec.
— Dante. — Mężczyzna spojrzał na niego.
— Co?
— Ethan był ze mną w loży. Blondyn. Wyszedł tańczyć chwilę przed strzałami. — Reyes
przez moment milczał, a potem sięgnął do słuchawki ukrytej przy uchu.
— Marco, sprawdź mi listę osób ewakuowanych z głównej sali. Szukamy Ethana,
blondyn, około dwudziestu pięciu lat. Był z Volkovem. — Raphael zamrugał,
wyraźnie zaskoczony. Spodziewał się kolejnego polecenia, żeby zamknął się i
szedł dalej. Tymczasem Dante po prostu przekazał informację komuś ze swoich
ludzi.
— Masz tam swoich ochroniarzy?
— Mam ludzi, którzy wiedzą, co robią.
— Czyli nie tych, których zatrudnia mój ojciec?
— Nie powiedziałem tego.
— Ale pomyślałeś. — Dante uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz.
— Sam to powiedziałeś. — Raphael otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale Reyes
nagle uniósł dłoń, nakazując mu ciszę. Tym razem chłopak rzeczywiście zamilkł.
Po drugiej stronie znajdował się podziemny parking, częściowo oświetlony
jarzeniówkami. Kilka samochodów stało zaparkowanych pod ścianami, a przy jednym
z filarów czekało dwóch mężczyzn w ciemnych ubraniach. Jeden z nich uniósł rękę
na widok Dantego.
— Czysto — Powiedział krótko. Reyes schował broń i wskazał Raphaelowi czarnego
SUV-a stojącego kilka metrów dalej.
— Wsiadaj.
— A moje auto?
— Zostaje.
Raphael zatrzymał się w pół kroku.
—
Słucham?
— Nie będziemy wracać po samochód.
— To Aston Martin.
— Gratuluję.
— Dante.
— Raphael.
Sposób, w jaki wypowiedział jego imię, sprawił, że chłopak zacisnął usta. Nie
było w nim ani odrobiny szacunku, do którego przywykł. Żadnego „panie Volkov”,
żadnego ostrożnego dobierania słów. Po prostu Raphael. Jakby byli dwoma
zwyczajnymi ludźmi, a nie dziedzicem jednej z najpotężniejszych rodzin
przestępczych w kraju i człowiekiem, któremu płacono za pilnowanie jego
bezpieczeństwa.
— Jeśli ktoś zarysuje mi lakier, potrącę ci to z pensji.
— Wsiadaj do samochodu.
— Naprawdę zaczynasz działać mi na nerwy.
— Wzajemnie.
Raphael wsiadł, trzaskając drzwiami zdecydowanie mocniej, niż było to
konieczne. Wnętrze samochodu pachniało skórą i czymś świeżym, prawdopodobnie
drogimi perfumami kierowcy. Przyciemniane szyby odcinały go od parkingu, ale
wciąż widział sylwetkę Dantego rozmawiającego z jednym z mężczyzn. Reyes był
wysoki, prawdopodobnie miał ponad metr dziewięćdziesiąt, i dobrze zbudowany w
sposób, którego nie dało się osiągnąć samym chodzeniem na siłownię. Szerokie
barki, mocne ramiona i charakterystyczna pewność ruchów zdradzały lata
treningu. Raphael wiedział, że jego ojciec nie zatrudnia przypadkowych ludzi,
szczególnie do osobistej ochrony jedynego syna. Mimo to zastanawiał się, skąd
właściwie wytrzasnął tego konkretnego człowieka. Dante otworzył drzwi po
drugiej stronie i usiadł obok niego. Zanim samochód ruszył, wymienił kilka
krótkich zdań z kierowcą, sprawdził telefon i dopiero wtedy spojrzał na
Raphaela.
— Pasy. — Odezwał się spokojnie mężczyzna. Chłopak powoli odwrócił głowę
patrząc na niego jak na idiotę.
— Żartujesz.
— Zapnij pas.
— Mam dwadzieścia pięć lat.
— To wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, jak działa pas bezpieczeństwa. — Raphael
wpatrywał się w niego przez chwilę z niedowierzaniem. Potem demonstracyjnie
sięgnął po pas i zapiął go tak gwałtownie, że metalowa klamra uderzyła o
plastikowe mocowanie.
— Zadowolony?
— Bardzo.
SUV ruszył. Raphael odwrócił się do okna, uznając, że najlepszym sposobem na
poradzenie sobie z tym nieznośnym człowiekiem będzie chwilowe ignorowanie jego
istnienia. Niestety Dante najwyraźniej nie zamierzał ułatwiać mu zadania. Wyjął
telefon i rozpoczął rozmowę, podczas której padały nazwiska, adresy i krótkie
polecenia. Raphael słuchał mimowolnie, wychwytując fragmenty dotyczące
zamknięcia klubu, zabezpieczenia nagrań z monitoringu i sprawdzenia wszystkich
osób zatrudnionych przy organizacji imprezy.
— Ktoś wiedział, że tam będę? — Zapytał nagle. Dante zakończył rozmowę i
spojrzał na niego.
— Poza połową miasta, która widziała twoje relacje?
Raphael skrzywił się.
— Nie wrzucałem lokalizacji.
— Wrzuciłeś zdjęcie wejścia, nazwę klubu na szklance i film z loży. Naprawdę
uważasz, że ktoś potrzebował jeszcze adresu?
Chłopak milczał przez chwilę. Rzeczywiście opublikował kilka zdjęć. Nie widział
w tym niczego szczególnego. Robił to od lat, a jego profil obserwowały setki
tysięcy ludzi. Wśród nich znajdowali się znajomi, celebryci, influencerzy i
mnóstwo przypadkowych osób, które interesowało życie bogatego dziedzica. Nigdy
wcześniej nie zastanawiał się nad tym, że publikowane przez niego zdjęcia
mogłyby komuś pomóc w zaplanowaniu zamachu.
— Nie wiadomo, czy strzelali do mnie — Zauważył cicho młody Volkov. Dante
spojrzał na niego długo.
— Kula przeszła przez miejsce, w którym sekundę wcześniej miałeś głowę.
— Może
przypadek.
— Nie wierzę w takie przypadki.
Raphael odwrócił wzrok. Nie podobało mu się, że Reyes miał rację. Jeszcze
bardziej nie podobało mu się, że mówił o tym bez emocji, jakby omawiał pogodę.
Chłopak przez chwilę obserwował mijane ulice. Deszcz wciąż padał, rozbijając
się o szyby samochodu. Miasto wyglądało zupełnie zwyczajnie. Samochody
zatrzymywały się na światłach, ludzie chowali pod parasolami, a przy jednej z
całodobowych restauracji grupka młodych osób śmiała się z czegoś, stojąc pod
zadaszeniem. Raphael poczuł nagle absurdalną zazdrość. Jeszcze godzinę
wcześniej był jednym z nich. Mógł robić, co chciał, i nie zastanawiać się nad
konsekwencjami. Teraz siedział w samochodzie z uzbrojonym ochroniarzem, a jego
ojciec prawdopodobnie planował już zamknięcie go w domu na następne dziesięć
lat. Telefon zawibrował mu w kieszeni. Spojrzał na ekran i westchnął ciężko.
— Ojciec.
— Odbierz.
Raphael uniósł brew.
— A jeśli nie?
— To zadzwoni do mnie.
— I co?
— I odbiorę.
Chłopak prychnął, ale przesunął palcem po ekranie.
— Cześć, tato.
— RAPHAEL! — Odsunął telefon od ucha.
— Okej, nadal żyję. Nie musisz krzyczeć.
— Czy ty kompletnie postradałeś rozum?! Dzwoniłem do ciebie przez dwie godziny!
Twoja ochrona zgubiła cię w centrum miasta, a potem dowiaduję się, że ktoś
urządził strzelaninę w klubie, w którym się bawisz!
— Technicznie rzecz biorąc, to nie ja urządziłem strzelaninę.
— Nie próbuj być zabawny! — Raphael skrzywił się i zerknął na Dantego. Reyes
siedział nieruchomo, patrząc przed siebie, ale lekko uniesiona brew zdradzała,
że doskonale słyszy każde słowo rozmowy.
— Jestem cały. Twój nowy człowiek mnie znalazł.
— Dante jest z tobą?
— Niestety.
— Daj mi go. — Raphael spojrzał na telefon z oburzeniem.
— Naprawdę? Dzwonisz do własnego syna i po trzydziestu sekundach chcesz
rozmawiać z ochroniarzem?
— Raphael. — Chłodny głos ojca sprawił, że chłopak westchnął teatralnie i podał
telefon Reyesowi.
— Jego wysokość życzy sobie audiencji. — Dante przyjął urządzenie bez
komentarza.
— Reyes. Tak, jest cały. Nie, nie odniósł obrażeń. Wyprowadziliśmy go tylnym
wyjściem. Jesteśmy w drodze do rezydencji. Tak. Rozumiem. — Raphael obserwował go
spod przymrużonych powiek. Mężczyzna rozmawiał z jego ojcem dokładnie tak samo
jak z nim. Oczywiście był bardziej formalny, ale nie brzmiał jak ktoś, kto boi
się Aleksandra Volkova. To było interesujące. Większość ludzi, nawet tych zajmujących
wysokie stanowiska w organizacji, ostrożnie dobierała słowa w obecności jego
ojca. Dante odpowiadał rzeczowo, spokojnie, czasem nawet przerywając mu, żeby
doprecyzować szczegóły. Po kilku minutach oddał telefon Raphaelowi.
— Twój
ojciec czeka na nas w domu.
— Cudownie. Rodzinne spotkanie o trzeciej nad ranem. Moje ulubione. — Dante spojrzał na zegarek.
— Jest druga czterdzieści. — Raphael odwrócił się do niego powoli.
— Czy ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo?
— Nie.
— Świetnie.
— Tylko kiedy mam rację. — Powiedział spokojnie mężczyzna. Chłopak otworzył
usta, po czym zamknął je z cichym prychnięciem. Nie zamierzał dawać temu
człowiekowi satysfakcji z kolejnej kłótni. Przynajmniej przez następne pięć
minut. Rezydencja Volkovów znajdowała się na obrzeżach miasta, za wysokim murem
i bramą, której otwarcie wymagało kilku poziomów autoryzacji. Raphael znał ten
widok na pamięć. Ogromny dom z jasnego kamienia, rozległe ogrody, fontanna
przed głównym wejściem i szereg kamer ukrytych wśród dekoracyjnych elementów
elewacji. Wszystko było perfekcyjne. Zbyt perfekcyjne. Czasami miał wrażenie,
że mieszka w luksusowym muzeum, w którym przypadkiem pozwolono mu zajmować
jedno ze skrzydeł. Samochód zatrzymał się przed wejściem. Raphael wysiadł,
zanim kierowca zdążył otworzyć mu drzwi, i ruszył w stronę schodów. Dante
podążył za nim, zachowując niewielki dystans. Chłopak słyszał jego kroki na
mokrym kamieniu i z każdą sekundą coraz bardziej działało mu to na nerwy.
Jeszcze nie weszli do domu, a on już miał dość nowego ochroniarza. W holu
czekał Aleksander Volkov. Ojciec Raphaela był wysokim mężczyzną po
pięćdziesiątce, z ciemnymi włosami przyprószonymi siwizną na skroniach i
spojrzeniem, które potrafiło uciszyć całe pomieszczenie. Ubrany w elegancką
koszulę i ciemne spodnie, stał przy schodach z telefonem w dłoni. Za nim
znajdowało się dwóch ochroniarzy, a nieco dalej kręciła się jedna z pracownic
domu, najwyraźniej niepewna, czy powinna przynieść kawę, czy raczej dyskretnie
zniknąć.
— Raphael. — W głosie ojca słychać było wyraźną ulgę. Chłopak zatrzymał się
kilka kroków od ojca.
— Cześć. — Aleksander przyjrzał mu się uważnie. Jego wzrok przesunął się po
twarzy syna, ramionach, dłoniach i ubraniu, jakby chciał upewnić się, że
rzeczywiście nie został ranny. Dopiero wtedy odłożył telefon na pobliską
konsolę.
— Masz pojęcie, co się dzisiaj wydarzyło?
— Mniej więcej. Byłem tam.
— Nie żartuj sobie ze mnie. — Raphael westchnął i wsunął dłonie do kieszeni.
— Tato, naprawdę jestem zmęczony. Możemy przełożyć kazanie na rano? — Aleksander
zrobił krok w jego stronę.
— Ktoś próbował cię zabić. — Te słowa zabrzmiały inaczej niż wcześniejsze
pretensje. Ciszej. Ciężej. Raphael uniósł wzrok i przez krótką chwilę zobaczył
w twarzy ojca coś, czego nie spodziewał się zobaczyć. Strach. Nie gniew, nie
irytację, ale zwyczajny, ludzki strach, który Aleksander Volkov tak rzadko
pozwalał sobie okazywać. Chłopak poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.
— Nic mi nie jest — Powiedział już spokojniej. Ojciec wyciągnął rękę i położył
mu dłoń na karku, przyciągając go na krótką chwilę do siebie. Raphael
zesztywniał z zaskoczenia, ale nie zaprotestował. Aleksander rzadko okazywał
czułość w obecności innych ludzi. Tym razem najwyraźniej kompletnie go to nie
obchodziło.
— Nie rób mi tego więcej — Mruknął. Raphael zamknął oczy na sekundę.
— Postaram się. — Ojciec odsunął się i spojrzał na niego surowo.
— Nie. Tym razem nie wystarczy, że się postarasz. — Chłopak natychmiast poczuł,
jak wraca znajoma irytacja.
— Co to znaczy?
Aleksander przeniósł wzrok na Dantego.
— Reyes, do gabinetu.
Raphael wyprostował się.
— Halo? A ja?
— Ty również.
— Och, fantastycznie.
Gabinet ojca znajdował się na parterze, za ciężkimi drewnianymi drzwiami.
Raphael nienawidził tego pomieszczenia niemal tak samo jak rodzinnych kolacji
organizowanych dla wspólników. Wszystko pachniało tu skórą, drogim alkoholem i
cygarami. Na ścianach wisiały obrazy warte absurdalne pieniądze, a za ogromnym
biurkiem znajdowało się okno wychodzące na ogród. Aleksander usiadł w fotelu,
wskazując Dantego na jedno z krzeseł. Raphael oczywiście nie zamierzał siadać
tam, gdzie mu kazano. Zamiast tego podszedł do barku i sięgnął po karafkę.
— Odstaw to — Powiedział ojciec. Chłopak zatrzymał rękę.
— Nawet nie nalałem.
— Wystarczy ci na dzisiaj. — Raphael odwrócił się z westchnieniem.
— Czy wszyscy zamierzacie teraz mówić mi, co mam robić?
— Jeśli będzie trzeba, tak.
Dante usiadł spokojnie, nie komentując wymiany zdań. Raphael rzucił mu krótkie
spojrzenie, po czym opadł na kanapę przy ścianie, demonstracyjnie zakładając
nogę na nogę. Aleksander przez chwilę przeglądał wiadomości na telefonie, a
potem odłożył go ekranem do dołu.
— Zanim zaczniemy, chcę, żebyś zrozumiał jedną rzecz. To nie był przypadkowy
atak. — Raphael uniósł głowę.
— Skąd wiesz?
— Ponieważ od kilku tygodni dostajemy informacje o ludziach, którzy próbują
dotrzeć do naszej rodziny. Dzisiaj ktoś wykorzystał okazję.
— Jakich ludziach? — Ojciec spojrzał na Dantego, a ten odpowiedział spokojnie.
— Na razie nie mamy potwierdzonej tożsamości napastników. Wiemy, że byli
uzbrojeni, działali w grupie i prawdopodobnie znali układ klubu. To nie
wyglądało na przypadkową strzelaninę.
Raphael zmarszczył brwi.
— Czyli ktoś naprawdę chciał mnie zabić?
— Tego jeszcze nie wiemy — Odpowiedział Dante.
— Ale ktoś strzelał w twoim kierunku. To wystarczy, żeby potraktować sprawę
poważnie.
Chłopak przez chwilę milczał. Nagle przypomniał sobie huk wystrzału,
roztrzaskane szkło i ciężar ciała Dantego przyciskającego go do podłogi.
Pamiętał też dziwny świst, który usłyszał tuż obok ucha. Wtedy nie miał czasu
zastanawiać się, co oznaczał. Teraz zrozumiał, że prawdopodobnie była to kula. Aleksander
obserwował go uważnie.
— Właśnie dlatego od dzisiaj wszystko się zmienia. — Raphael natychmiast uniósł
wzrok.
— Nie podoba mi się początek tego zdania.
— Dante przejmuje pełną odpowiedzialność za twoją ochronę.
— Nie.
— Raphael.
— Powiedziałem nie.
Aleksander oparł się wygodniej w fotelu.
— To nie jest propozycja. — Chłopak zerwał się z kanapy.
— Nie możesz po prostu przydzielić mi jakiegoś faceta i oczekiwać, że będę za
nim chodził jak pies na smyczy!
— Mogę. I właśnie to zrobiłem.
— Mam dwadzieścia pięć lat!
— W takim razie najwyższy czas zacząć zachowywać się odpowiedzialnie. — Raphael
roześmiał się krótko, bez cienia rozbawienia.
— Niesamowite. Naprawdę niesamowite. Przez całe życie słyszę, że jestem dorosły, kiedy trzeba reprezentować rodzinę na jakiejś nudnej kolacji, ale kiedy chcę wyjść ze znajomymi, nagle okazuje się, że potrzebuję niańki. — Aleksander zacisnął szczękę.
— Nie chodzi o twoje imprezy.
— Zawsze chodzi o moje imprezy!
— Chodzi o to, że ktoś dzisiaj próbował cię zastrzelić! — Głos ojca rozległ się
w gabinecie tak gwałtownie, że Raphael zamilkł. Aleksander rzadko krzyczał. Nie
musiał. Kiedy jednak tracił cierpliwość, nawet ludzie pracujący dla niego od
lat woleli zejść mu z drogi. Raphael znał ten ton doskonale. Zwykle oznaczał
koniec dyskusji. Tyle że młody Volkov nigdy nie był szczególnie dobry w kończeniu
dyskusji.
— Nie możesz zamknąć mnie w domu na zawsze — Powiedział ciszej.
— Nie zamierzam. — Raphael odetchnął z ulgą.
— Świetnie.
— Na razie zostajesz tutaj. Bez klubów, bez imprez i bez wychodzenia bez zgody
Dantego.
Chłopak zamrugał.
— Słucham?
Aleksander wskazał głową na siedzącego obok mężczyznę.
— Reyes będzie decydował, kiedy i gdzie możesz się przemieszczać. Jeśli uzna,
że sytuacja jest niebezpieczna, zostajesz w domu. Jeśli uzna, że potrzebujesz
dodatkowej ochrony, dostaniesz dodatkową ochronę. Nie będę z tobą negocjował
każdej decyzji. — Raphael powoli odwrócił głowę w stronę Dantego.
— Ty chyba sobie żartujesz.
Reyes spojrzał na niego spokojnie.
— Nie wygląda na to.
— Nikt nie będzie decydował o moim życiu.
— W takim razie zacznij podejmować lepsze decyzje. — Raphael poczuł, jak
policzki zaczynają mu płonąć ze złości. Nie dlatego, że Dante podniósł głos.
Właśnie dlatego, że tego nie zrobił. Siedział spokojnie, z jedną dłonią opartą
na podłokietniku, i patrzył na niego tak, jakby cała ta awantura była czymś absolutnie
przewidywalnym.
— Nie znasz mnie — Syknął Raphael.
— Zdążyłem zauważyć kilka rzeczy.
— Och, naprawdę? To może się podzielisz?
Dante przez moment przyglądał mu się w milczeniu.
— Jesteś przyzwyczajony, że ludzie ustępują ci dla świętego spokoju. Kiedy nie
dostajesz tego, czego chcesz, podnosisz głos albo próbujesz sprowokować
rozmówcę. I najwyraźniej uważasz, że konsekwencje dotyczą wszystkich poza tobą.
Raphael otworzył usta z niedowierzaniem.
— Ty bezczelny...
— Wystarczy — Przerwał Aleksander. Chłopak spojrzał na ojca.
— Słyszałeś, co on powiedział?!
— Słyszałem.
— I nic z tym nie zrobisz? — Aleksander westchnął ciężko.
— Raphael, właśnie dlatego go zatrudniłem. — Zapadła cisza. Młody Volkov
patrzył na ojca, próbując zdecydować, czy powinien wybuchnąć, czy może po
prostu wyjść i trzasnąć drzwiami. Ostatecznie wybrał drugą opcję. Odwrócił się
gwałtownie i ruszył w stronę wyjścia.
— Mam dość tej rozmowy.
— Raphael.
— Dobranoc! — Drzwi zamknęły się za nim z hukiem, który poniósł się po całym
korytarzu. Aleksandr przez chwilę patrzył w miejsce, gdzie przed sekundą stał
jego syn. Potem powoli przetarł twarz dłonią.
— Widzisz, z czym mam do czynienia? — Dante spojrzał na zamknięte drzwi.
— Ma temperament.
— To bardzo delikatne określenie. — Reyes nie odpowiedział. Widział już ludzi
znacznie trudniejszych niż Raphael Volkov. Żołnierzy, którzy nie wykonywali
rozkazów, najemników przekonanych o własnej nieśmiertelności, bogatych klientów
traktujących ochronę jak element dekoracji. Młody Volkov był jednak szczególnym
przypadkiem. Nie chodziło wyłącznie o jego charakter. Chłopak był inteligentny,
szybki w odpowiedziach i doskonale wiedział, jak wykorzystywać swoją pozycję.
Pod warstwą bezczelności Dante dostrzegał jednak coś jeszcze. Niepokój, który
Raphael próbował ukryć za żartami i złością. W samochodzie kilkakrotnie zerkał
na telefon, ale nie dlatego, że szukał kolejnej okazji do ucieczki. Czekał na
wiadomość od znajomego.
— Potrzebuję pełnego dostępu do harmonogramu Raphaela — Powiedział Dante.
— Listy jego najbliższych znajomych, kierowców, personelu i wszystkich miejsc,
w których regularnie bywa. Chcę też wiedzieć, kto miał dostęp do informacji o
jego dzisiejszych planach. — Aleksander skinął głową.
— Dostaniesz wszystko.
— I jeszcze jedno.
— Słucham?
Dante oparł przedramiona na kolanach.
— Jeśli mam odpowiadać za jego bezpieczeństwo, moje decyzje nie mogą być
podważane za każdym razem, kiedy przyjdzie do pana z pretensjami. Aleksandr
uśmiechnął się krótko, choć w jego oczach nie było rozbawienia.
— Właśnie
dlatego wybrałem ciebie, Reyes. Poprzedni ochroniarze wytrzymywali z nim
najwyżej kilka tygodni.
— Zauważyłem, że lubi sprawdzać granice.
— Raphael nie sprawdza granic. On traktuje je jak osobistą obrazę.
Dante skinął głową.
— W takim razie będzie musiał się przyzwyczaić do pewnych zmian.
Na piętrze Raphael właśnie przekonywał sam siebie, że absolutnie nie zamierza
się do niczego przyzwyczajać. Wpadł do swojej sypialni, zrzucił marynarkę na
fotel i kopnął buty w stronę garderoby. Jeden z nich odbił się od ściany, co
zwykle zirytowałoby gosposię, ale tej nocy chłopak kompletnie się tym nie
przejmował. Był wściekły. Na ojca, na sytuację, na strzelaninę i przede
wszystkim na Dantego Reyesa, który w ciągu zaledwie kilku godzin zdołał stać
się najbardziej irytującym człowiekiem w jego życiu. Podszedł do ogromnych
okien wychodzących na ogród i rozsunął zasłony. Deszcz wciąż padał, choć
znacznie słabiej. Oświetlone alejki lśniły w ciemności, a przy bramie wjazdowej
stało dwóch uzbrojonych ochroniarzy. Raphael patrzył na nich przez chwilę, czując
znajomy ucisk w klatce piersiowej. Znał to uczucie od dzieciństwa. Zawsze kiedy
ojciec decydował, że świat stał się zbyt niebezpieczny, liczba ludzi
pilnujących rezydencji rosła, a jego własna przestrzeń kurczyła się coraz
bardziej. Nie był naiwny. Wiedział, kim jest Aleksander Volkov. Wiedział, skąd
pochodzą rodzinne pieniądze i dlaczego nazwisko Volkov potrafiło otwierać
drzwi, których inni nawet nie próbowali dotykać. Nie miał złudzeń, że jego
ojciec prowadzi wyłącznie legalne interesy. Dorastał wśród ludzi noszących
broń, rozmów urywanych w chwili, kiedy wchodził do pomieszczenia, i eleganckich
kolacji, podczas których uśmiechnięci mężczyźni potrafili rozmawiać o rzeczach
znacznie gorszych niż zwykłe interesy. Ale to nie znaczyło, że chciał spędzić
całe życie zamknięty za murem. Telefon zawibrował. Raphael niemal natychmiast
sięgnął po urządzenie, widząc wiadomość od Ethana. „Żyję. Jestem w domu. Co
to, kurwa, było?” Chłopak wypuścił powietrze, którego nawet nie zdawał
sobie sprawy, że wstrzymywał. Usiadł na brzegu łóżka i szybko odpisał. „Nie
mam pojęcia. Ojciec dostał szału. Przydzielił mi nowego ochroniarza.” Odpowiedź
przyszła niemal natychmiast. „Tego wielkiego bruneta?” Raphael
zmarszczył brwi. „Skąd wiesz?”, Ethan odpisał po kilku sekundach „Widziałem go wcześniej. Wyglądał,
jakby miał zamiar kogoś zabić za samo oddychanie w twoim kierunku.” Raphael
parsknął śmiechem. „Jest jeszcze gorszy, niż wygląda.” „Ale przystojny.” Dodał jego przyjaciel. Młody Volkov przewrócił oczami. „Nie zaczynaj.” „Raffy. Ten facet wygląda jak
fantazja połowy klubu.” Raphael przez chwilę patrzył na ekran. Niestety
Ethan miał rację. Dante był przystojny. Bardzo. W sposób, który Raphael zwykle
doceniał bez najmniejszego problemu. Gdyby spotkał go w innych okolicznościach,
prawdopodobnie już dawno próbowałby sprawdzić, czy ten chłodny wyraz twarzy
można jakoś zmienić. Teraz jednak sama myśl o tym wydawała mu się absurdalna.
Reyes był jego ochroniarzem. Człowiekiem, który właśnie dostał od jego ojca
pozwolenie na kontrolowanie praktycznie każdego aspektu jego życia. „Jest
aroganckim dupkiem” — odpisał. Ethan przesłał kilka śmiejących się
emotikonów. „Czyli twój typ.” Raphael rzucił telefon na łóżko. — Idiota
— Mruknął, choć nie był do końca pewien, czy mówi o Ethanie, czy o sobie. Poszedł
do łazienki, wziął długi prysznic i przebrał się w luźne spodnie oraz miękką
koszulkę. Dopiero kiedy stanął przed lustrem, zauważył niewielkie
zaczerwienienie na szyi, dokładnie w miejscu, gdzie Dante złapał go podczas
strzelaniny. Przesunął po nim palcami, marszcząc brwi. Nie bolało szczególnie
mocno, ale przypominało mu o całym zamieszaniu. O tym, jak gwałtownie Reyes
ściągnął go na podłogę. Jak osłonił go własnym ciałem. Jak przez krótką chwilę
Raphael czuł jego ciężar i ciepło, słysząc tuż przy uchu niski głos wydający
polecenia. Odwrócił się od lustra. Nie zamierzał o tym myśleć. Zdecydowanie
nie. Kiedy wrócił do sypialni, ktoś zapukał do drzwi. Raphael westchnął.
— Czego?
— Reyes. — Jego ochroniarz powiedział spokojnie. Chłopak spojrzał w sufit, jakby błagał go o cierpliwość.
—
Nie ma mnie.
— Słyszę cię.
— To masz problem.
Przez chwilę panowała cisza. Raphael uśmiechnął się pod nosem, przekonany, że
właśnie wygrał tę małą potyczkę. Uśmiech zniknął mu jednak z twarzy, kiedy
usłyszał spokojną odpowiedź:
— Masz pięć sekund, żeby otworzyć drzwi. — Chłopak usiadł na łóżku.
— A potem co? Wyważysz je?
— Nie muszę. Twój ojciec dał mi klucz. — Raphael zerwał się na nogi.
— ŻE CO?! — Podszedł do drzwi i otworzył je gwałtownie. Dante stał na
korytarzu, nadal ubrany w ciemną koszulę, choć marynarkę zdążył już zdjąć.
Rękawy miał podwinięte do łokci, odsłaniając mocne przedramiona. W jednej dłoni
trzymał telefon, drugą swobodnie opierał na pasku spodni. Wyglądał absurdalnie
spokojnie jak na człowieka, który właśnie oznajmił, że posiada klucz do
prywatnej sypialni dziedzica mafijnego imperium.
— Nie będziesz wchodził do mojego pokoju bez pozwolenia — Oznajmił Raphael.
— Nie zamierzam.
— To po co ci klucz?
— Na wypadek sytuacji awaryjnej.
— Sytuacji awaryjnej?
— Na przykład gdybyś postanowił wyskoczyć przez okno. — Raphael otworzył usta,
po czym zamknął je z oburzeniem.
— Nie jestem idiotą. — Dante spojrzał za jego plecy, na ogromne okna prowadzące
na balkon.
— Dobrze wiedzieć. Chłopak zmrużył oczy.
— Czego chcesz?
— Ustalić kilka zasad. — Raphael roześmiał się krótko.
— O trzeciej nad ranem?
— Właśnie wróciliśmy ze strzelaniny. Uznałem, że to dobry moment.
— Jesteś niemożliwy.
— Słyszałem już gorsze rzeczy. — Dante wyjął z kieszeni niewielkie urządzenie i
podał mu je. Raphael spojrzał na nie podejrzliwie.
— Co to?
— Nowy telefon.
— Mam telefon.
— Ten jest zabezpieczony i ma bezpośredni kontakt ze mną oraz zespołem ochrony.
Twój prywatny zostaje u ciebie, ale jeśli będę próbował się z tobą
skontaktować, masz odbierać. — Raphael przyjął urządzenie dwoma palcami, jakby
ktoś wręczył mu coś wyjątkowo obrzydliwego.
— A jeśli nie odbiorę?
Dante spojrzał mu prosto w oczy.
— Przyjdę cię znaleźć.
— Brzmi jak groźba.
— Raczej obietnica.
Raphael poczuł nieprzyjemne ukłucie irytacji. Reyes nie podnosił głosu, nie
próbował go zastraszać. Po prostu informował o faktach. I właśnie dlatego tak
trudno było z nim dyskutować.
— Coś jeszcze? — Zapytał chłopak z przesadną słodyczą.
— Tak. Jutro o dziewiątej śniadanie. O dziesiątej spotkanie ze mną i szefem
ochrony. Przejdziemy przez twoje codzienne plany.
Raphael zamrugał.
— O dziewiątej?
— Tak.
— Rano?
Dante przez moment patrzył na niego bez słowa.
— Zwykle o tej porze jada się śniadanie. Tak, rano.
— Ja o dziewiątej śpię.
— Jutro nie będziesz.
Raphael uśmiechnął się powoli. Ten uśmiech znało wielu ludzi. Zwykle oznaczał,
że właśnie wpadł na pomysł, którego ktoś inny będzie później bardzo żałował.
— Wiesz co, Reyes?
— Słucham.
— Myślę, że bardzo szybko przestaniesz lubić tę pracę. — Dante spojrzał na niego uważnie. Przez krótką
chwilę coś drgnęło w kąciku jego ust, ale zniknęło tak szybko, że Raphael nie
był pewien, czy rzeczywiście to zobaczył.
— Dobranoc, Volkov. — Dante odwrócił się i ruszył korytarzem. Raphael patrzył
za nim z niedowierzaniem.
— Jeszcze z tobą nie skończyłem!
— Wiem — Odpowiedział Dante, nawet się nie oglądając. Chłopak zatrzasnął drzwi.
Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się w drewnianą powierzchnię. Potem
powoli spojrzał na nowy telefon trzymany w dłoni. Był niewielki, czarny,
pozbawiony jakichkolwiek ozdób. Wyglądał jak coś, czego używają ludzie z filmów
szpiegowskich. Raphael obrócił go między palcami, po czym rzucił na łóżko obok
swojego prywatnego telefonu.
— Jeszcze pożałujesz — Mruknął. Nie zamierzał wstawać o dziewiątej. Nie
zamierzał omawiać swojego harmonogramu z obcym facetem. I zdecydowanie nie
zamierzał pozwolić, żeby Dante Reyes decydował, kiedy może wychodzić z domu.
Miał dwadzieścia pięć lat, własne pieniądze, własne samochody i wystarczająco
dużo znajomych, żeby zniknąć na kilka dni bez większego problemu. Ojciec mógł
zatrudnić nawet całą armię ochroniarzy, ale Raphael Volkov nie był człowiekiem,
którego dało się zamknąć w złotej klatce. A jeśli Reyes uważał inaczej, bardzo
szybko miał się przekonać, jak bardzo się mylił. Następnego ranka Dante
siedział już w kuchni, kiedy zegar wskazał ósmą trzydzieści. Miał na sobie
czarną koszulkę, ciemne spodnie i zegarek, którego tarcza była znacznie mniej
efektowna niż ten noszony przez Raphaela. Przed nim stał kubek czarnej kawy oraz
tablet z dokumentami dotyczącymi ochrony rezydencji. Przez ostatnie kilka
godzin zdążył zapoznać się z planem budynku, listą pracowników i podstawowymi
informacjami o człowieku, którego miał pilnować. Raphael Volkov. Dwadzieścia
pięć lat. Jedyny syn Aleksandra Volkova. Dziedzic ogromnego majątku i człowiek,
który w ciągu ostatnich trzech lat zdołał doprowadzić do zwolnienia siedmiu
ochroniarzy. Dante przewinął ekran. Ucieczki z imprez. Samowolne wyjazdy.
Ignorowanie poleceń ochrony. Kilka bójek w klubach. Dwa incydenty związane z
nielegalnymi wyścigami samochodowymi. Jeden przypadek, kiedy Raphael postanowił
polecieć prywatnym odrzutowcem do innego kraju bez poinformowania kogokolwiek,
a jego ojciec dowiedział się o tym dopiero po lądowaniu. Reyes powoli odstawił
kubek.
— Interesujące — Mruknął pod nosem.
— Co takiego? — Podniósł wzrok. W
drzwiach kuchni stała starsza kobieta w eleganckim uniformie, trzymając tacę ze
świeżym pieczywem. Dante poznał ją poprzedniego wieczoru. Maria, gospodyni
pracująca dla rodziny od ponad dwudziestu lat.
— Czytam o naszym młodym gospodarzu. — Kobieta uśmiechnęła się ciepło.
— Och, pan Raphael. — W jej głosie było tyle czułości, że Dante mimowolnie
uniósł brew.
— Zawsze sprawia tyle problemów? — Maria odstawiła tacę na blat.
— Pan Raphael ma dobre serce. Tylko czasami zapomina, że świat nie zawsze
będzie robił to, czego sobie życzy.
— Zauważyłem.
Kobieta spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Pan jest nowym ochroniarzem?
— Tak.
— W takim razie życzę dużo cierpliwości. — Dante parsknął cicho.
— Dziękuję. Maria przez chwilę układała pieczywo w koszyku, a potem dodała
ciszej:
— Proszę tylko pamiętać, że on nie zawsze był taki. Kiedy był młodszy, potrafił
całymi dniami siedzieć w bibliotece albo pomagać mi w kuchni. Potem dorósł,
zaczął coraz częściej kłócić się z ojcem i... cóż. Teraz chyba najbardziej lubi
udowadniać wszystkim, że nikt nie może mu niczego zabronić. — Dante spojrzał na
ekran tabletu.
— A może rzeczywiście nikt nigdy nie potrafił mu niczego zabronić. — Maria
uśmiechnęła się smutno.
— Być może.
Kiedy wybiła dziewiąta, Raphael oczywiście nie pojawił się na
śniadaniu. Dante dopił kawę, odłożył tablet i spojrzał na zegarek. Nie wyglądał
na zaskoczonego. Właściwie byłby bardziej zdziwiony, gdyby młody Volkov
punktualnie zszedł do kuchni, uśmiechnął się grzecznie i zapytał, jakie mają
plany na dzisiejszy dzień. O dziewiątej dziesięć Reyes wstał od stołu.
— Pani Mario, czy Raphael zwykle schodzi na śniadanie?
Kobieta, która właśnie nalewała świeżą kawę, spojrzała na niego z lekkim
zakłopotaniem.
— Zwykle około jedenastej. Czasami później. — Dante skinął głową.
— Rozumiem. — Ruszył w stronę schodów. Na piętrze panowała cisza. Korytarz
prowadzący do prywatnego skrzydła Raphaela był szeroki, wyłożony jasnym dywanem
i ozdobiony obrazami, których wartości Dante wolał nawet nie zgadywać.
Zatrzymał się przed drzwiami sypialni i zapukał. Cisza. Zapukał ponownie.
— Raphael. — Żadnej odpowiedzi. Dante
spojrzał na zegarek.
— Jest dziewiąta piętnaście. Śniadanie czeka. — Z wnętrza dobiegł niewyraźny
pomruk.
— Spierdalaj. — Reyes przez chwilę patrzył na drzwi. Potem nacisnął klamkę.
Zamknięte.
— Masz pięć minut.
— A ty masz problem ze słuchem! — Rozległo się zza drzwi. Dante oparł dłoń o
framugę.
— O dziewiątej dwadzieścia schodzisz na dół.
— Nie.
— Raphael.
— Dante.
Reyes zamknął oczy na sekundę. Nie dlatego, że tracił cierpliwość. Raczej
dlatego, że właśnie zaczynał rozumieć, dlaczego poprzedni ochroniarze nie
wytrzymywali z młodym Volkovem zbyt długo.
— Nie będę się z tobą kłócił przez drzwi.
— To świetnie. Dobranoc.
Dante odsunął się od drzwi i ruszył korytarzem. Raphael, który leżał rozwalony
na ogromnym łóżku, uśmiechnął się triumfalnie pod nosem. Słyszał oddalające się
kroki i był przekonany, że właśnie odniósł pierwsze zwycięstwo.
— Amator — Mruknął z satysfakcją. Przewrócił się na drugi bok, naciągnął kołdrę
na głowę i zamknął oczy, zadowolony z siebie. Reyes najwyraźniej zrozumiał, że
nie ma sensu próbować zmuszać go do czegokolwiek. Raphael uśmiechnął się pod
nosem i wtulił twarz w poduszkę. Zamierzał spać przynajmniej do południa, a
potem, jeśli dopisze mu humor, zejść na śniadanie i łaskawie poinformować
swojego nowego ochroniarza, że nie życzy sobie więcej podobnych pobudek. Miał
dwadzieścia pięć lat, do cholery. Nie potrzebował nikogo, kto będzie ustalał mu
godzinę wstawania.
Nie usłyszał, kiedy kilka minut później zamek w drzwiach
cicho szczęknął. Dante wszedł do sypialni, zamknął za sobą drzwi i przez chwilę
przyglądał się ogromnemu łóżku, na którym pod jedwabną pościelą ledwie było
widać sylwetkę młodego Volkova. Pokój wyglądał jak apartament w
pięciogwiazdkowym hotelu. Panoramiczne okna, drogie meble, rozrzucone niedbale
ubrania i zegarek pozostawiony na szafce nocnej, którego wartość prawdopodobnie
przekraczała roczne zarobki przeciętnego człowieka. Dante zerknął na godzinę.
Dziewiąta dwadzieścia trzy. Dał chłopakowi wystarczająco dużo czasu, żeby wstał
sam. Najwyraźniej Raphael uznał, że może go po prostu zignorować.
— Volkov. Pobudka — Odezwał się, podchodząc do łóżka.
Spod kołdry dobiegło niewyraźne mruknięcie.
— Powiedziałem ci, żebyś spierdalał.
Dante uniósł brew. Przez chwilę zastanawiał się, ile razy
poprzedni ochroniarze słyszeli podobne słowa, zanim rezygnowali z pracy.
Następnie złapał za brzeg kołdry i jednym zdecydowanym ruchem ściągnął ją z chłopaka.
— Koniec spania.
— Co jest, kurwa?!
Raphael poderwał głowę z poduszki, mrużąc oczy przed światłem
wpadającym przez okna. Jasne włosy sterczały mu we wszystkie strony, policzek
miał odciśnięty od poduszki, a wyraz jego twarzy zdradzał absolutne
niedowierzanie. Przez kilka sekund patrzył na Dantego, jakby próbował ustalić,
czy to rzeczywistość, czy wyjątkowo nieprzyjemny sen.
— Jakim prawem wszedłeś do mojego pokoju?!
— Uprzedzałem, że masz wstać.
— I co z tego?! Wynoś się!
Raphael sięgnął po poduszkę, zamierzając cisnąć nią w
ochroniarza, ale Dante bez większego wysiłku przechwycił ją w powietrzu i
odłożył na fotel. Następnie wskazał głową łazienkę.
— Masz dwie minuty, żeby znaleźć się pod prysznicem.
Chłopak roześmiał się z niedowierzaniem.
— Ty naprawdę myślisz, że będę robił to, co mi każesz?
Posłuchaj, mięśniaku, nie wiem, jak to wyglądało w wojsku, ale tutaj nie jesteś
żadnym pieprzonym generałem. A teraz oddaj mi kołdrę i wyjdź, zanim zadzwonię
do ojca!
Dante spojrzał na niego przez chwilę, po czym spokojnie
odłożył kołdrę na drugi koniec łóżka.
— Ostatnia szansa. Wstajesz sam?
— Nie.
— Dobrze.
Raphael zdążył jedynie zmarszczyć brwi, zanim Dante pochylił
się, chwycił go pewnie i przerzucił sobie przez ramię. Chłopak pisnął z
zaskoczenia, a sekundę później zaczął gwałtownie się szarpać.
— REYES! POSTAW MNIE! NATYCHMIAST!
— Przestań się wiercić.
— Ty pieprzony psychopato! Czy ty w ogóle wiesz, kogo
niesiesz?!
— Niestety.
Raphael uderzył go otwartą dłonią w plecy, ale Dante nawet
nie zwolnił kroku. Przeszedł przez sypialnię, wszedł do przestronnej łazienki i
zatrzymał się przed ogromną kabiną prysznicową. Dopiero wtedy postawił chłopaka
na nogach, choć nadal trzymał go za ramię, żeby ten nie stracił równowagi.
— Ostrzegałem.
— Ostrzegałeś?! — Raphael aż się zapowietrzył. — Ty mnie
właśnie porwałeś z własnego łóżka!
Dante odsunął szklane drzwi kabiny i skierował go do środka.
Raphael był tak oburzony, że przez moment nawet nie zauważył, jak ochroniarz
sięga do baterii prysznicowej.
— Nie waż się...
Zimna woda lunęła z deszczownicy.
— AAAAA! KURWA MAĆ!
Raphael odskoczył pod ścianę kabiny, ale lodowate strumienie
zdążyły już zmoczyć jego włosy, ramiona i cienką koszulkę, w której spał. Dante
pozwolił wodzie lecieć zaledwie kilka sekund, po czym zakręcił kurek. Chłopak
stał nieruchomo, ociekając wodą, z ustami rozchylonymi w niemym oburzeniu.
Mokre blond kosmyki przykleiły mu się do czoła, a zielone oczy ciskały
błyskawice.
— Dzień dobry, Raphaelu — Powiedział Dante z absolutnym
spokojem.
Przez moment panowała cisza.
— JA CIĘ ZABIJĘ!
— Teraz przynajmniej jesteś obudzony.
— Ty... ty... — Raphael zacisnął pięści, wyraźnie nie mogąc
znaleźć odpowiednio obraźliwego określenia.
— Jesteś skończonym dupkiem!
Dante sięgnął po duży ręcznik i położył go na półce przy
kabinie.
— Śniadanie o dziewiątej czterdzieści pięć. Potem omówimy
zasady bezpieczeństwa. Bez udziału twojego ojca, bo ma dzisiaj ważniejsze
sprawy.
— Możesz sobie omawiać zasady ze ścianą! Nigdzie nie idę!
— Jak uważasz. Ale jeśli nie zejdziesz, przyjdę sprawdzić, co
cię zatrzymało.
Raphael zmrużył oczy.
— Spróbuj jeszcze raz mnie dotknąć, a przysięgam, że...
— Ubierz coś suchego — przerwał mu Dante. — Nie chcę, żebyś
się przeziębił.
Odwrócił się i ruszył do wyjścia, pozostawiając za sobą
mokrego, wściekłego dziedzica mafijnego imperium.
— REYES!
Mężczyzna zatrzymał się w drzwiach łazienki.
— Tak?
Raphael wskazał go oskarżycielsko palcem.
— Jesteś martwy. Rozumiesz?! MARTWY!
Dante skinął głową z powagą.
— Przekażę to szefowi ochrony. — Raphael miał ochotę coś
rozwalić. Przecież to ten dupek był szefem ochrony! Już miał powiedzieć co o
nim myśli ale Dante wyszedł, zanim Raphael zdążył znaleźć coś ciężkiego do
rzucenia.
Chłopak przez kilka sekund stał pod zakręconym prysznicem,
nie wierząc w to, co właśnie się wydarzyło. Nikt. Absolutnie nikt w całym jego
życiu nie odważył się zrobić mu czegoś podobnego. Nawet ojciec, który potrafił
być surowy i bezwzględny, nigdy nie wpadł na pomysł, żeby wyciągnąć go z łóżka
i oblać zimną wodą. Raphael spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Wyglądał
tragicznie. Mokre włosy, przylegająca do ciała koszulka i policzki zaróżowione
ze złości.
— Nienawidzę go — Oznajmił własnemu odbiciu. — Nienawidzę
tego pieprzonego człowieka.
A najgorsze było to, że Dante nawet się nie zdenerwował. Nie
krzyczał, nie groził, nie próbował udowadniać swojej przewagi. Po prostu
przyszedł, zrobił swoje i wyszedł, jakby budzenie rozpieszczonych dziedziców
mafii lodowatym prysznicem stanowiło zupełnie normalny element jego codziennych
obowiązków.
Raphael odkręcił ciepłą wodę, tym razem już z własnej woli, i
przez kilka minut próbował odzyskać godność. Następnie wytarł włosy, starannie
ułożył ciemne kosmyki opadające na czoło i przez dłuższą chwilę wybierał
ubranie. Ostatecznie zdecydował się na jasne spodnie, biały T-shirt i rozpiętą
koszulę z cienkiego materiału. Do tego drogi zegarek, dwa pierścionki i
delikatny łańcuszek. Spojrzał w lustro, poprawił fryzurę i uśmiechnął się do
własnego odbicia.
Wyglądał doskonale. Przynajmniej ktoś w tym domu miał
odrobinę gustu.
Nie zamierzał jednak zejść punktualnie. O nie. Dante Reyes
mógł go obudzić, ale nie oznaczało to, że wygrał. Raphael specjalnie poświęcił
dodatkowe kilkanaście minut na przeglądanie wiadomości, a potem zadzwonił do
Ethana, żeby opowiedzieć mu o swoim nowym ochroniarzu. Przyjaciel śmiał się tak
głośno, że chłopak musiał odsunąć telefon od ucha.
— To wcale nie jest zabawne! — Warknął młody Volkov.
— Raffy, on naprawdę wrzucił cię pod zimny prysznic?
— Tak!
— O Boże. Kocham tego faceta.
— Ethan!
— Przepraszam, ale chciałbym zobaczyć twoją minę.
Raphael zakończył połączenie, kiedy Ethan po raz kolejny
wybuchnął śmiechem. Spojrzał na zegarek. Dziesiąta piętnaście. Uznał, że
wystarczająco długo kazał na siebie czekać, po czym ruszył na dół,
przygotowując w myślach wyjątkowo złośliwą przemowę.
Dante siedział w jadalni przy stole, przeglądając coś na
tablecie. Obok niego stał kubek kawy i talerz z niedokończonym śniadaniem. Na
widok Raphaela uniósł wzrok, ale nie powiedział ani słowa. To było podejrzane.
Raphael zatrzymał się w progu, oczekując kolejnych pretensji. Nic takiego nie
nastąpiło. Reyes po prostu wrócił do czytania.
— Dzień dobry — Powiedział chłopak z przesadną słodyczą.
— Dzień dobry.
Raphael podszedł do stołu i usiadł naprzeciwko niego.
— Nie masz mi nic do powiedzenia?
Dante przewinął ekran.
— Nie.
— Nic?
— Powinieneś zjeść śniadanie.
Chłopak przez chwilę patrzył na niego podejrzliwie.
Spodziewał się wykładu, groźby, czegokolwiek. Tymczasem Dante wyglądał, jakby
jego spóźnienie nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. To było znacznie
bardziej irytujące niż krzyk.
— Spóźniłem się — Zauważył Raphael.
— Wiem.
— O pół godziny.
— Potrafię odczytać godzinę.
Raphael zacisnął usta.
— Nie denerwuje cię to?
Dante w końcu odłożył tablet i spojrzał na niego.
— Jesteś tutaj, prawda?
Chłopak zmarszczył brwi.
— No i?
— Więc możemy zaczynać.
Raphael przez chwilę analizował jego odpowiedź, po czym
sięgnął po jedną z truskawek leżących w miseczce na środku stołu. Były świeże,
duże i idealnie czerwone. Maria doskonale wiedziała, że młody Volkov miał do
nich słabość, dlatego niemal codziennie pojawiały się na stole, niezależnie od
pory roku.
— Jeszcze raz wejdziesz do mojego pokoju bez pozwolenia, a
pożałujesz — Oznajmił Raphael, wkładając owoc do ust.
Dante spokojnie napił się kawy.
— Następnym razem wstań, kiedy cię o to poproszę.
— Nie będzie następnego razu.
— To zależy od ciebie.
Raphael zmrużył oczy. Przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał
rozpocząć kolejną awanturę, ale ostatecznie sięgnął po następną truskawkę.
— Dobrze, panie wielki i groźny. To co dzisiaj robimy?
— Najpierw omówimy zasady.
Chłopak jęknął teatralnie.
— Znowu?
— Jeszcze ich nie omówiliśmy.
— Bo są nudne.
— Nie muszą być interesujące.
Raphael sięgnął po kolejną truskawkę.
— A potem?
— Zostajesz w domu.
Chłopak zatrzymał dłoń w połowie drogi do ust.
— Słucham?
Dante odstawił kubek.
— Dzisiaj nie wychodzisz poza teren rezydencji.
Raphael powoli odłożył truskawkę.
— Mam plany.
— Odwołaj.
— Nie.
— W takim razie ktoś zrobi to za ciebie.
Chłopak pochylił się nad stołem.
— Posłuchaj mnie, Reyes. Nie wiem, jakich ludzi pilnowałeś
wcześniej, ale ja nie jestem twoim żołnierzem. Nie będę stał na baczność i
wykonywał rozkazów tylko dlatego, że masz szerokie barki i groźną minę.
Dante spojrzał na niego spokojnie.
— Dobrze.
Raphael zamrugał.
— Dobrze?
— Nie musisz stać na baczność.
Chłopak zacisnął szczękę.
— Ty naprawdę robisz to specjalnie.
— Co takiego?
— Doprowadzasz mnie do szału!
Dante odstawił kubek.
— Raphael, masz dwadzieścia pięć lat. Nie zamierzam traktować
cię jak dziecka. Ale jeśli będziesz zachowywał się nieodpowiedzialnie, będę
reagował. To moja praca.
— Twoja praca polega na pilnowaniu, żeby nikt mnie nie
zastrzelił.
— Dokładnie.
— A nie na decydowaniu, czy mogę wyjść na lunch!
— Jeśli wyjście na lunch może skończyć się kolejną
strzelaniną, to właśnie na tym polega moja praca.
Raphael przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. Potem
powoli sięgnął po truskawkę i włożył ją do ust, nie odrywając wzroku od
Dantego.
— Nie lubię cię — Oznajmił.
— Zauważyłem.
— Bardzo.
— To również.
Chłopak przeżuł owoc, po czym uśmiechnął się słodko.
— Wiesz, że mogę sprawić, żeby ojciec cię zwolnił?
Dante pochylił się nieznacznie do przodu.
— Spróbuj.
Raphael znieruchomiał. Nie spodziewał się tej odpowiedzi.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Dante miał ciemne oczy, spokojne i
uważne, a jego twarz pozostawała niemal nieruchoma. Raphael nie potrafił
odczytać z niej niczego poza pewnością siebie. I właśnie to było najbardziej
irytujące. Reyes nie próbował mu się przypodobać. Nie bał się go. Nie traktował
jego nazwiska jak przepustki do wszystkiego. Był pierwszym człowiekiem od
bardzo dawna, który patrzył na Raphaela Volkova i widział po prostu kłopotliwego
dwudziestopięciolatka.
Chłopak powoli odchylił się na krześle.
— Jeszcze pożałujesz.
Dante sięgnął po tablet.
— Możliwe.
Raphael wstał od stołu, zabierając ze sobą całą miseczkę
truskawek.
— Dokąd idziesz? — Zapytał Reyes.
Chłopak odwrócił się w progu i uśmiechnął szeroko.
— Do swojego pokoju. Chyba jeszcze wolno mi tam chodzić bez
pozwolenia?
— Wolno.
— Jak miło.
Ruszył w stronę schodów, zadowolony z siebie. Dante
obserwował go przez chwilę, a potem wrócił do dokumentów. Nie miał zamiaru
biegać za nim po całym domu ani wdawać się w bezsensowne kłótnie. Raphael mógł
się obrażać, trzaskać drzwiami i rzucać groźbami. Dopóki pozostawał na terenie
rezydencji, Reyes nie widział powodu, żeby reagować.
Nie wiedział jednak, że młody Volkov właśnie podjął decyzję.
Nie zamierzał spędzić całego dnia w domu. Ani następnego. Ani żadnego
kolejnego. Jeśli Dante Reyes chciał zostać jego ochroniarzem, będzie musiał
nauczyć się jednej bardzo ważnej rzeczy.
Raphael Volkov zawsze znajdował sposób, żeby dostać to, czego
chciał.
A dzisiaj chciał wyjść.
I zamierzał to zrobić, choćby miał doprowadzić swojego nowego
ochroniarza do absolutnej furii.

