Rozdział 31 – Cena
przebudzenia
Noc była niespokojna.
Zamek drżał jeszcze kilka razy
po zejściu z podziemi, jakby coś ogromnego nadal uderzało w pieczęć ukrytą
głęboko pod kamieniem. Strażnicy zmieniali się przy wejściach co godzinę, ale
napięcie nie malało. Plotki rozchodziły się szybciej niż ogień. Niektórzy
słyszeli huk spod ziemi. Inni twierdzili, że widzieli światło wydobywające się
spod szczelin w posadzce.
A Rafael nie spał wcale.
Siedział na łóżku owinięty
kocem, z szeroko otwartymi oczami utkwionymi gdzieś w pustce. Lior drzemał obok
niego niespokojnie, oparty o zagłówek, ale budził się za każdym razem, gdy
Rafael drgał gwałtownie albo zaciskał dłonie na własnych ramionach.
Valmar stał przy oknie od
dłuższego czasu.
Milczący.
Napięty.
Bezradny bardziej, niż
chciałby przyznać.
Wracaj.
Szept wrócił nagle tak
wyraźnie, że Rafael syknął i przycisnął dłonie do uszu.
— Nie…
Lior obudził się natychmiast.
— Raffy?
— Ono jest coraz bliżej…
Valmar odwrócił się
gwałtownie.
— Co masz na myśli?
Rafael spojrzał na niego
zmęczonym wzrokiem.
— Już nie słyszę go tylko w
głowie. Czuję je. Jakby było pod moją skórą.
Te słowa wystarczyły, żeby Valmarowi zesztywniała szczęka. I właśnie wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Gavriel wszedł pierwszy, ale zaraz za nim pojawiła się jeszcze jedna postać.
Garilda.
Lior momentalnie wstał
gwałtownie.
— Co ona tutaj robi?
Staruszka wyglądała inaczej niż wcześniej. Już nie jak zmęczona kobieta z kuchni. W półmroku komnaty jej oczy wydawały się niemal złote. Garilda spojrzała prosto na Rafaela. I pobladła.
— Za szybko… — wyszeptała.
Valmar ruszył w jej stronę
natychmiast.
— Powiedz mi wreszcie
wszystko.
Kobieta spojrzała na niego
długo.
— Nie da się już zatrzymać
przebudzenia.
Cisza, która zapadła po tych
słowach, była niemal dusząca.
Lior od razu pokręcił głową.
— Nie. Nie ma mowy.
Garilda jednak nie patrzyła na niego. Patrzyła wyłącznie na Rafaela.
— Płomień nie jest mocą. Nigdy nią nie był. To żywa rzecz. Coś, co potrzebuje gospodarza, żeby istnieć.
Rafael poczuł lodowaty ciężar pod żebrami.
— Więc oni mieli rację…
— Częściowo.
Valmar zrobił krok bliżej.
— Wyjaśnij.
Garilda zacisnęła dłonie
mocniej na lasce.
— Dawni nosiciele nie umierali
dlatego, że byli słabi. Umierali, bo płomień stopniowo pochłaniał ich
całkowicie. Niszczył umysł. Wspomnienia. Tożsamość. Na końcu zostawało już
tylko… naczynie.
Lior pobladł gwałtownie. Rafael zamarł. Bo dokładnie to zaczynało się z nim dziać.
Zapominanie.
Obce myśli.
Głosy.
Garilda spojrzała na niego ze
smutkiem.
— Twoja matka próbowała
znaleźć inny sposób.
— I znalazła? — spytał Rafael
łamliwie.
Kobieta milczała chwilę zbyt
długo.
— Nie.
Valmar zacisnął dłonie.
— Musi istnieć jakieś
rozwiązanie.
— Istnieje tylko jedno.
Wszyscy spojrzeli na nią jednocześnie. Garilda wyglądała, jakby każde kolejne słowo kosztowało ją coraz więcej.
— Płomień jest związany z
krwią nosiciela. Dopóki jego serce bije… płomień żyje razem z nim.
Lior momentalnie zesztywniał.
— Nie.
Garilda zamknęła oczy na
krótką chwilę.
— Żeby oddzielić płomień od
gospodarza… serce nosiciela musi się zatrzymać.... on musi...
W komnacie zapadła martwa cisza. Rafael przestał oddychać na sekundę. Valmar patrzył na kobietę nieruchomo. A potem odezwał się tak chłodno, że nawet Gavriel drgnął.
— Nie dokończysz tego zdania.
— Valmar—
— Nie.
Garilda jednak nie odwróciła
wzroku.
— Jeśli tego nie zrobicie,
chłopak przestanie być sobą.
Lior gwałtownie stanął między
Rafaelem a resztą.
— Nie pozwolę wam nawet o tym
mówić.
Rafael nadal milczał. Za bardzo. Valmar zauważył to od razu.
— Rafael.
Chłopak spojrzał na niego powoli. I pierwszy raz od wielu rozdziałów wyglądał naprawdę na przerażonego.
Nie ogniem.
Sobą.
— A jeśli ona ma rację…? —
wyszeptał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz