Rozdział 26 - Ci, którzy byli
przed tobą
Powietrze pod ziemią stawało
się coraz cięższe z każdym kolejnym krokiem. Kamienne schody ciągnęły się w dół
znacznie głębiej, niż ktokolwiek z nich przypuszczał. Nawet strażnicy zaczynali
wyglądać niespokojnie. Ciszę przerywał jedynie odgłos kroków i to powolne,
niskie dudnienie dochodzące gdzieś spod murów zamku.
Rafael szedł pierwszy. Sam nie
wiedział dlaczego, ale czuł drogę instynktownie. Jakby coś prowadziło go przez
ciemność. Symbole na ścianach jarzyły się słabym złotem, kiedy przechodził obok
nich. Reszta widziała to coraz wyraźniej.
Ogień reagował właśnie na
niego.
Gavriel długo milczał, zanim
odpowiedział.
— Nigdy nie przestałem.
To zabolało Lior'a bardziej,
niż powinno. Spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— To nadal Rafael.
— Wiem.
— Nie brzmisz, jakbyś był tego
pewien.
Lior odwrócił wzrok
gwałtownie. To była prawda. I właśnie dlatego bolała.
Kilka kroków przed nimi Rafael
nagle się zatrzymał. Wszyscy niemal wpadli na siebie odruchowo. Przed nimi
otworzyła się ogromna kamienna sala, znacznie starsza niż wszystko, co widzieli
wcześniej.
Ściany pokrywały freski.
Setki postaci.
Ludzie stojący w ogniu. Ludzie klęczący przed płomieniami. Korony. Wojny. Płonące miasta. A pośrodku każdej sceny znajdowała się jedna osoba.
Nosiciel.
Rafael podszedł bliżej powoli.
Czuł coraz silniejsze mdłości. Na pierwszym fresku młody chłopak stał pośród
ognia z wyciągniętymi dłońmi. Na drugim ta sama postać była już starsza, a
wokół niej leżały ciała. Na kolejnym płonęło całe miasto.
I każdy z nich miał identyczne
symbole na skórze.
— Bogowie… — wyszeptał Lior.
Rafael przesunął dłonią po
jednym z malowideł. Farba była popękana od wieku.
— To oni… poprzedni nosiciele.
Valmar stanął obok niego. Jego
twarz była całkowicie nieruchoma, ale Rafael znał go już wystarczająco dobrze,
żeby zauważyć napięcie w jego oczach.
— Kult wierzył, że płomień
jest darem bogów — odezwał się król cicho. — Ale prawda wygląda inaczej.
Rafael spojrzał na kolejny fresk. Tym razem przedstawiał kobietę.
Jej dłonie płonęły złotem, a
wokół niej klęczeli ludzie w ciemnych szatach.
I wtedy Rafael zamarł. Bo znał tę twarz.
— Matka…?
Ale to była ona. Młodsza.
Ubrana inaczej. Ze złotymi symbolami biegnącymi po szyi.
Rafael poczuł, jak robi mu się
słabo.
Valmar odwrócił wzrok
pierwszy.
I właśnie to wystarczyło.
— Wiedziałeś — wyszeptał
Rafael.
Król milczał.
— Wiedziałeś od początku…
— Nie wszystko.
— Ale wiedziałeś!
Głos Rafaela odbił się od
ścian gwałtowniej, niż planował. Ogień w pochodniach buchnął mocniej.
— Rafael—
— Dlaczego nic mi nie
powiedziałeś?!
— Przed prawdą?!
— Przed nimi.
To jedno słowo zawisło ciężko
w powietrzu.
Rafael oddychał coraz
szybciej. Czuł, jak temperatura jego ciała znowu rośnie.
— Ona wiedziała, co mi zrobi…
— wyszeptał drżąco. — Wychowywała mnie do tego.
Nikt nie odpowiedział. Bo wszyscy już to rozumieli.
Rafael cofnął się gwałtownie
od fresku, jakby nagle zaczął go parzyć.
— Całe moje życie było tylko
rytuałem…
— To prawda!
Ogień eksplodował gwałtownie
wzdłuż ścian. Strażnicy poderwali broń odruchowo. Gavriel momentalnie stanął
przed Lior'em instynktownie, zasłaniając go własnym ciałem.
I Rafael to zauważył. To krótkie zawahanie. Ten strach. Coś w nim pękło jeszcze bardziej.
— Widzisz? — zaśmiał się
gorzko. — Wszyscy już się mnie boicie.
— Rafael, przestań —
powiedział Valmar ostrzej.
— A powinienem? — wyszeptał
chłopak. — Powinienem udawać, że wszystko jest normalne?!
Gorąco w sali stało się niemal
nie do zniesienia. Powietrze drżało od magii i emocji, a symbole na ścianach
zaczęły świecić coraz mocniej.
I wtedy z ciemności po drugiej
stronie sali rozległ się spokojny głos.
— Nie jesteś pierwszy, który
tak reaguje.
Wszyscy odwrócili się gwałtownie. W cieniu pomiędzy kolumnami stał mężczyzna w ciemnym płaszczu. I uśmiechał się, patrząc prosto na Rafaela.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz