Rozdział 33 – Plan
— Co znaczy „coś wyszło”? —
warknął Gavriel natychmiast.
Strażnik stojący w drzwiach
oddychał ciężko, wyraźnie blady. Na jego policzku widniały świeże smugi krwi,
jakby próbował wynieść kogoś spod zawalonych korytarzy.
— Dolne przejście zostało
rozerwane od środka. Dwóch ludzi nie żyje. Reszta twierdzi, że coś porusza się
po korytarzach.
Rafael poczuł lodowaty ucisk
pod żebrami. Głos w jego głowie wrócił natychmiast, bliższy niż wcześniej,
niemal pulsujący pod skórą.
Wracaj.
Valmar momentalnie sięgnął po
miecz.
— Zamknąć zachodnie skrzydło.
Nikogo nie zostawiać samego. Wszystkie przejścia do podziemi mają zostać
odcięte.
Strażnik wybiegł niemal
natychmiast. W tej samej chwili kolejny wstrząs przeszedł przez zamek, a gdzieś
daleko rozległ się urwany krzyk.
Lior pobladł.
— To było blisko…
Rafael zesztywniał gwałtownie.
Czuł to wyraźnie. Nie tylko obecność. Ruch. Jakby coś naprawdę przemieszczało
się przez zamek i z każdą chwilą było coraz bliżej niego.
— Ono idzie tutaj… —
wyszeptał.
Valmar odwrócił się do niego
natychmiast.
— Skąd wiesz?
— Po prostu wiem…
Złote światło przesunęło się
pod skórą Rafaela gwałtowniej niż wcześniej. Płomienie w kominku buchnęły
wyżej, a szyby zatrzęsły się niebezpiecznie.
Gavriel spojrzał krótko na
Valmara.
— Zabieram ludzi i sprawdzam
korytarze.
Król skinął głową.
— Nie oddalaj się sam.
Gavriel ruszył do wyjścia, ale
Lior złapał go jeszcze za rękę.
— Uważaj.
Dowódca zatrzymał się
gwałtownie. Przez krótką chwilę po prostu patrzył na Lior'a, jakby próbował
zapamiętać jego twarz. A potem nagle przyciągnął go do siebie i pocałował
szybko, desperacko, mocniej niż zwykle. Jak człowiek, który naprawdę bał się,
że może to być ostatni raz.
— Wrócę — wyszeptał nisko.
Kilka minut później zachodnie
korytarze zamku wyglądały jak koszmar. Strażnicy poruszali się z pochodniami
ostrożnie pomiędzy kamiennymi filarami, podczas gdy gdzieś w ciemności rozlegał
się mokry, nienaturalny dźwięk przypominający przeciąganie czegoś ciężkiego po
podłodze. Powietrze śmierdziało spalenizną i krwią.
Gavriel szedł pierwszy z
mieczem w dłoni. Ściany wokół nich pokrywały ciemne smugi. Niektóre wyglądały
jak przypalenia, inne jak ślady dłoni zostawione przez kogoś próbującego
czołgać się po kamieniach.
Kilka metrów dalej leżało ciało strażnika. A raczej to, co z niego zostało.
Mężczyzna miał rozerwaną
klatkę piersiową, jakby coś przebiło go od środka. Krew rozlała się szeroko po
posadzce, a jedna ręka nadal drgała lekko w pośmiertnym skurczu. Tkanki wokół
ran były dziwnie przypalone, jakby coś jednocześnie paliło i rozrywało ciało.
Jeden ze strażników
zwymiotował natychmiast.
— Dowódco… co mogło coś
takiego zrobić…?
I wtedy światło pochodni zadrżało gwałtownie. Cień przesunął się po suficie. Za szybko. Nienaturalnie.
Jeden ze strażników nawet nie
zdążył krzyknąć. Coś ciemnego spadło na niego z góry, przewracając go brutalnie
na ziemię. Rozległ się mokry trzask łamanych kości i wrzask bólu, od którego
wszystkim zamarła krew w żyłach. Krew rozbryznęła się po ścianach i twarzach
stojących obok ludzi.
— ATAK! — ryknął Gavriel.
Pochodnie zatańczyły
chaotycznie. Przez krótką chwilę wszyscy zobaczyli długie, czarne kończyny
przypominające spalone ludzkie ręce i rozżarzone oczy błyszczące w środku
ciemności.
Strażnik wrzeszczał jeszcze kilka sekund. A potem nagle ucichł.
Coś odciągnęło jego ciało w
mrok korytarza tak szybko, że po kamieniach została tylko szeroka smuga krwi i
kawałki rozerwanego mięsa.
Ludzie cofnęli się
natychmiast.
— Do światła! Nie rozdzielać
się! — krzyknął Gavriel.
Ale było już za późno. Cienie wokół nich zaczęły się poruszać.
W komnacie Rafaela płomienie
drżały coraz mocniej. Chłopak siedział nieruchomo, ale nagle poderwał głowę
gwałtownie.
— Gavriel…
Valmar zesztywniał.
— Co?
Rafael pobladł.
— Ono ich zabija…
Kolejny huk przeszedł przez
zamek, a chwilę później Rafael usłyszał krzyk tak wyraźny, jakby sam stał tam,
w ciemnym korytarzu pośród krwi.
Chłopak złapał się za głowę z
sykiem bólu.
— Rafael! — Lior natychmiast
znalazł się przy nim.
— Ono… ono widzi ich przeze
mnie…
Valmar poczuł lodowaty ciężar
pod żebrami, bo właśnie to oznaczało, że połączenie robi się coraz silniejsze.
Gdzieś głęboko pod zamkiem coś zaryczało ponownie. A wszystkie świece w komnacie zgasły jednocześnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz