Rozdział 27 - Wszystko było przygotowaniem
Mężczyzna stojący pośród
kolumn nie wyglądał jak ktoś zagubiony w ruinach pod zamkiem. Stał spokojnie,
wyprostowany, jakby należał do tego miejsca bardziej niż oni wszyscy razem.
Ciemny płaszcz opadał ciężko na kamienną posadzkę, a jego twarz częściowo ukrywał
cień. Ale Rafael znał tę twarz. Nawet po tylu latach. Nawet mimo nienawiści.
Serce zatrzymało mu się na
krótką chwilę.
— …ojciec?
Lior zesztywniał natychmiast.
Gavriel uniósł miecz odruchowo, a strażnicy momentalnie otoczyli wejście do
sali. Valmar zrobił krok przed Rafaela instynktownie, jakby samym ruchem chciał
oddzielić go od przeszłości.
Mężczyzna uśmiechnął się
lekko. Dokładnie tym samym chłodnym uśmiechem, który Rafael pamiętał z sali
tronowej Aerandoru.
— Minęło trochę czasu —
powiedział spokojnie Aldemar.
Rafael patrzył na niego
oszołomiony. W głowie dudniły mu wspomnienia. „Powtórz to.” „Chcecie, żebym
udawał moją siostrę?” „Valmar dostanie, co chce.” „Sprzedajecie mnie za czas.”
Wszystko wróciło naraz tak mocno, że aż zabrakło mu powietrza. Przed oczami
znowu widział ojca siedzącego niewzruszenie na tronie i matkę milczącą obok
niego. Ani jednego słowa współczucia.
— Ty nie żyjesz… — wyszeptał.
— To rozczarowujące powitanie
po tak długim czasie synu.
Valmar nie odrywał od niego
wzroku.
— Straż.
— Nie radziłbym — przerwał
spokojnie Aldemar. — Jeśli mnie zabijecie, nigdy nie dowiecie się prawdy.
Cisza momentalnie zgęstniała.
Rafael zrobił krok do przodu mimo dłoni Valmar'a na swoim ramieniu.
— Jakiej prawdy?
Ojciec spojrzał prosto na
niego. I pierwszy raz od dzieciństwa Rafael zobaczył w jego oczach coś więcej
niż chłód.
Dumę.
— Że nic z tego nie było
przypadkiem.
Żołądek Rafaela ścisnął się
boleśnie.
— Nie…
— Od dnia twoich narodzin
wiedzieliśmy, kim jesteś.
Lior pobladł gwałtownie.
Gavriel przeklął cicho pod nosem.
— Kłamiesz.
— Naprawdę tak bardzo chcesz w
to wierzyć?
Aldemar ruszył powoli w stronę
fresków.
— Twoja matka należała do kultu płomienia na długo przed tym, zanim została
królową Aerandoru. Ja również. Wszystko, co wydarzyło się później… było
przygotowaniem.
Rafael cofnął się o krok.
Przed oczami stanęło mu wspomnienie matki siedzącej nieruchomo na tronie. Jej
zimne spojrzenie. Milczenie, gdy błagał ich, żeby tego nie robili.
„Wysyłacie mnie na śmierć.”
A ona nawet wtedy nie drgnęła.
— Myślisz, że naprawdę
oddalibyśmy przypadkowe dziecko królowi Północy? — spytał Aldemar spokojnie. —
Valmar był częścią rytuału od samego początku.
Valmar zesztywniał.
— Uważaj na słowa.
— Och, ty naprawdę nic nie
wiedziałeś — mruknął Aldemar. — To wręcz ironiczne.
Rafael spojrzał gwałtownie na
Valmara.
— Powiedz mu — odezwał się
Aldemar ciszej. — Powiedz, dlaczego właśnie jego ród od setek lat zawierał
pakty z nosicielami.
Valmar milczał. I właśnie to było najgorsze.
— Valmar…? — wyszeptał Rafael.
Król zamknął oczy tylko na
moment.
— Dawne kroniki wspominały, że krew władców Północy potrafiła stabilizować
płomień.
Rafael patrzył na niego
szeroko otwartymi oczami. Nagle wszystko zaczynało układać się w całość.
Dlaczego kult chciał wysłać go właśnie tutaj. Dlaczego matka zgodziła się oddać
go Valmar'owi. Dlaczego sny i symbole zaczęły pojawiać się dopiero po jej śmierci.
— Wiedziałeś… — wyszeptał. —
Wiedziałeś, że twoja krew może pomóc mi nad tym zapanować?
— Rafael—
— Odpowiedz.
Valmar milczał zbyt długo. I to wystarczyło. Rafael cofnął się, jakby dostał cios.
— Cały czas mówiłeś, że
zrobisz wszystko, żeby mnie chronić… że znajdziesz sposób… a ty już miałeś
odpowiedź!?
— To nie była odpowiedź. To
była legenda. Nie wiedziałem, czy—
— Ale wiedziałeś wystarczająco
dużo!
Ogień buchnął gwałtownie
wzdłuż ścian. Strażnicy cofnęli się odruchowo, ale Rafael nie spojrzał na
nikogo poza Valmar'em.
— Mogłeś mi powiedzieć. Mogłeś
spróbować. Mogłeś pomóc mi zrozumieć, co się ze mną dzieje, zanim zacząłem bać
się własnego cienia!
— Próbowałem cię chronić.
Rafael zaśmiał się krótko,
pusto.
— Nie. Chroniłeś mnie tak samo
jak oni. Decydowałeś za mnie. Ukrywałeś prawdę. Mówiłeś mi tylko tyle, ile
chciałeś, żebym wiedział.
Valmar zrobił krok w jego
stronę.
— Bałem się, że to cię złamie.
— A co myślisz, że teraz
robi?!
Słowa odbiły się od ścian jak
uderzenie. Nawet Aldemar patrzył na nich z cieniem satysfakcji.
Rafael oddychał nierówno.
Złote symbole na jego skórze rozbłysły mocniej.
— Ufałem ci — powiedział
ciszej. — Po wszystkim, co mi zrobili… uwierzyłem, że przynajmniej ty nie
będziesz mnie okłamywał.
Valmar wyglądał, jakby te
słowa naprawdę go zraniły.
— Nigdy nie chciałem cię
skrzywdzić.
— Ale skrzywdziłeś.
Rafael odwrócił wzrok, jakby
nie mógł już patrzeć mu w oczy.
Wtedy Aldemar odezwał się
spokojnie:
— Widzisz, synu? Władcy zawsze wybierają tajemnice. Nawet ci, którzy mówią o
miłości.
— Milcz — warknął Valmar.
Ale Rafael już prawie go nie
słyszał. Wspomnienia wracały falami. Karoca. Welon. Gorset zaciskający żebra.
Ojciec mówiący spokojnie o złocie i pakcie. Matka siedząca nieruchomo obok
niego.
„Posłuszeństwo, Rafael'u.”
To nigdy nie było zwykłe poświęcenie polityczne. To był rytuał.
Od samego początku.
— Matka… — wyszeptał drżąco. —
Ona wiedziała, że umrze.
Aldemar spojrzał na niego
spokojnie.
— To ona rozpoczęła rytuał. Jej śmierć była kluczem. Ofiara z krwi matki budzi
pierwszy płomień w naczyniu. Sny, znaki, głosy… wszystko zaczęło się wtedy, gdy
jej krew została oddana ogniowi.
Rafael zachwiał się
gwałtownie. Valmar złapał go natychmiast, ale chłopak odepchnął go odruchowo.
— Nie dotykaj mnie.
Valmar zamarł.
— Nie teraz — wyszeptał Rafael
łamliwie.
Lior zrobił krok do przodu,
ale Gavriel zatrzymał go gestem. Nawet on widział już, że coś w Rafaelu pęka
zbyt głęboko.
— Celene… moja siostra… ona
wiedziała?
— Nie — odpowiedział Aldemar.
— Twoja siostra miała być tylko zasłoną dymną. Kult potrzebował właśnie ciebie.
— Więc oddaliście własnego
syna na rzeź… — wyszeptał Lior z obrzydzeniem.
— Oddaliśmy nosiciela
płomienia tam, gdzie powinien trafić — poprawił go chłodno Aldemar. — Do zamku,
pod którym śpi serce ognia. Do krwi, która mogła go ustabilizować.
Rafael spojrzał na Valmara z
nagłym, strasznym zrozumieniem.
— Kotwica… — wyszeptał.
— Rafael, posłuchaj mnie —
odezwał się Valmar szybko. — Ja nie wiedziałem, że oni to zaplanowali. Nie
wiedziałem o rytuale.
— Ale wiedziałeś o krwi
Północy.
Valmar nie odpowiedział.
Rafael uśmiechnął się słabo.
To nie był prawdziwy uśmiech. To było coś złamanego.
— Całe życie ktoś decydował,
czym mam być. Synem, którego można ukryć. Księżniczką, którą można przebrać.
Ofiarą, którą można sprzedać. Naczyniem, które można obudzić. A teraz nawet ty…
nawet ty zrobiłeś ze mnie coś, co trzeba chronić przed prawdą.
Ogień eksplodował gwałtownie
po całej sali. Strażnicy krzyknęli, freski rozbłysły złotem, a kamień pod
stopami zaczął drżeć.
— Zamknij się! — krzyknął
Rafael, ale nie było jasne, czy mówi do ojca, do Valmara, do głosów, czy do
samego siebie.
Aldemar jednak nawet się nie
poruszył.
— Widzisz? To już się budzi.
Gavriel ruszył pierwszy, ale
Valmar zatrzymał go ramieniem. Król patrzył tylko na Rafaela, bo chłopak drżał
coraz mocniej, a światło pod jego skórą stawało się zbyt jasne.
— Rafael… spójrz na mnie.
Ale Rafael prawie go nie
słyszał. W głowie znowu widział matkę. Nie zimną królową z sali tronowej, lecz
tę ze snów. Stojącą pośród płomieni.
„W końcu zaczynasz pamiętać.”
Rafael złapał się za głowę
gwałtownie.
— Nie chciałem tego… —
wyszeptał łamliwie. — Nigdy tego nie chciałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz