czwartek, 27 sierpnia 2026

Książę w Ramionach Mroku 38

 

Rozdział 38 – Przebudzenie cienia

Trzeciej nocy zamek znowu zaczął drżeć.

Nie tak gwałtownie jak wcześniej. To nie były już eksplozje ognia ani wrzaski cienia rozchodzące się po murach. Raczej coś gorszego. Powolne, nieregularne drgania przypominające bicie ogromnego serca ukrytego gdzieś głęboko pod ziemią.

Valmar uniósł głowę natychmiast.

Przez ostatnie dni praktycznie nie opuszczał komnaty Rafaela. Ogień zniknął z ciała chłopaka całkowicie, ale on sam nadal pozostawał nieruchomy. Oddychał słabo, czasem zbyt płytko, czasem gwałtowniej, jakby śnił coś okropnego.

Lior spał zwinięty na fotelu przy łóżku. A właściwie próbował spać. Budził się przy każdym ruchu Rafaela, przy każdym drgnięciu jego dłoni, przy każdym cięższym oddechu.

Gavriel wszedł do komnaty bez pukania.

I to wystarczyło, żeby Valmar od razu wiedział, że coś się stało.

Dowódca wyglądał źle. Jeszcze gorzej niż wcześniej. Na jego zbroi widać było świeżą krew, a napięcie na twarzy sprawiało, że wyglądał bardziej jak człowiek wracający z wojny niż z patrolu po własnym zamku.

— Co się dzieje? — zapytał Valmar cicho.

Gavriel spojrzał najpierw na Rafaela.

Dopiero potem odpowiedział:

— Znaleźliśmy ich.

Lior momentalnie poderwał głowę.

— Kult?

Gavriel skinął powoli.

— Nie uciekli z zamku. Ukryli się w starych kryptach pod południowym skrzydłem. — Zacisnął szczękę mocniej. — I wygląda na to, że czekali.

Valmar zmrużył oczy.

— Na co?

Właśnie wtedy zamek zatrząsł się ponownie.

Tym razem mocniej.

Świece zadrżały gwałtownie, a gdzieś daleko rozległ się niski huk przypominający pękanie kamienia.

Gavriel spojrzał w stronę podłogi.

— Na to.

Lior pobladł.

— Myślałem, że to się skończyło…

— Ja też — mruknął Gavriel.

Valmar odwrócił wzrok powoli w stronę łóżka.

Rafael nadal się nie poruszał. Ale coś było inaczej. Jego dłonie drżały lekko. Jakby ciało reagowało na to, co budziło się pod zamkiem. Król momentalnie znalazł się przy nim.

— Rafael?

Brak odpowiedzi. Ale oddech chłopaka przyspieszył. Lior podszedł bliżej.

— Raffy?

I wtedy Rafael poruszył się pierwszy raz od trzech dni.

Jego palce zacisnęły się gwałtownie na prześcieradle. Twarz wykrzywił ból.

— Nie… — wyszeptał nagle.

Valmar zesztywniał.

— Rafael.

Chłopak oddychał coraz szybciej.

— Nie otwierajcie… — wymamrotał drżąco. — Nie pozwólcie mu—

Całe jego ciało napięło się gwałtownie. A potem poderwał się z krzykiem. Lior aż cofnął się o krok.

Rafael siedział na łóżku dysząc ciężko, z szeroko otwartymi oczami, jakby nadal znajdował się gdzieś pomiędzy snem a rzeczywistością. Pot spływał mu po skroniach, dłonie drżały tak mocno, że ledwo był w stanie utrzymać własny ciężar.

Valmar złapał go natychmiast.

— Rafael. Spokojnie. Jesteś tutaj.

Chłopak spojrzał na niego gwałtownie. Przez krótką chwilę wyglądał, jakby go nie poznawał. Potem nagle złapał Valmar'a za ubranie obiema rękami.

— Musimy zamknąć wejście.

Głos miał ochrypły. Słaby. Ale całkowicie świadomy. Liorowi aż zaszkliły się oczy.

— Raffy…

Rafael spojrzał na niego dopiero po chwili. I wtedy coś w jego twarzy pękło.

— Lior…

To jedno słowo zabrzmiało tak słabo, że chłopak momentalnie rzucił się do łóżka i objął go mocno.

— Idioto… — wyszeptał drżąco. — Pieprzony idioto…

Rafael zaśmiał się cicho, chociaż głos mu zadrżał.

— Też się cieszę, że żyję.

Lior rozpłakał się jeszcze bardziej.

Valmar nadal trzymał Rafaela przy sobie, jakby bał się, że jeśli puści go choćby na sekundę, wszystko znowu zniknie.

Ale radość nie trwała długo. Bo zamek zatrząsł się ponownie. Tym razem dużo mocniej. Gdzieś w oddali rozległ się krzyk. Potem następny.

Gavriel odwrócił się natychmiast w stronę drzwi.

— To wróciło.

Rafael momentalnie zesztywniał.

— Nie… — wyszeptał.

Obrazy ze snu wróciły natychmiast. Kamienny krąg. Ogromne drzwi pod ziemią. Serce płomienia. I cień próbujący wydostać się na wolność. Rafael spojrzał gwałtownie na Valmara.

— Ono nadal żyje.

Cisza w komnacie zrobiła się ciężka. Gavriel zacisnął dłoń na rękojeści miecza.

— Wytłumacz.

Rafael oddychał nierówno, próbując uporządkować własne myśli.

— Ogień opuścił moje ciało… ale cień nadal istnieje. Jest związany z czymś pod zamkiem. Z czymś starszym niż kult. — Podniósł wzrok powoli. — Serce płomienia.

Valmar zmarszczył brwi.

— Co to jest?

— Źródło. To nim karmili wszystko przez setki lat. Nosicieli. Rytuały. Ogień. Dusze.

Lior pobladł.

— Dusze…?

Rafael zamknął oczy na krótką chwilę.

— Oni tam nadal są.

W komnacie zapadła cisza.

— Widziałem ich — wyszeptał. — Wszystkich poprzednich nosicieli.

Valmar momentalnie zesztywniał.

— Rafael—

— To nie były sny.

Chłopak spojrzał na własne dłonie. Po złotych symbolach nie zostało już nic. Ani śladu. I właśnie to przerażało go najbardziej. Bo pierwszy raz od bardzo dawna nie czuł już ognia. Był pusty. Nienaturalnie pusty.

— Powiedzieli mi, jak to zakończyć — wyszeptał.

Gavriel zrobił krok bliżej.

— Jak?

Rafael uniósł wzrok powoli. I przez krótką chwilę w komnacie zapanowała całkowita cisza.

— Musimy zejść niżej niż wcześniej.

Zamek zatrząsł się gwałtownie. A gdzieś głęboko pod nimi coś odpowiedziało przeciągłym, niskim rykiem.

Książę w Ramionach Mroku 37

 

Rozdział 37 – Pomiędzy

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.

Komnata pogrążona była w ciszy tak ciężkiej, że aż nierealnej. Ogień w kominku zgasł całkowicie, pozostawiając jedynie zapach dymu i krwi unoszący się w powietrzu. Rafael leżał nieruchomo w ramionach Valmar'a, blady, bezwładny, nieludzko spokojny. Jakby po raz pierwszy od dawna naprawdę nic już go nie bolało.

Lior patrzył na to szeroko otwartymi oczami.

— Raffy…?

Żadnej reakcji.

Chłopak zrobił krok do przodu chwiejnie, jakby nagle przestał czuć własne nogi.

— Rafael…?

Valmar nawet nie podniósł głowy.

Wciąż trzymał ciało Rafaela blisko siebie, jedną dłonią obejmując jego kark, drugą przyciskając go mocniej do własnej piersi, jakby nadal próbował ogrzać coś, co z każdą sekundą stawało się coraz zimniejsze.

Lior poczuł, jak coś w nim pęka.

— Nie… — wyszeptał drżąco. — Nie, nie, nie…

Gavriel złapał go natychmiast, kiedy chłopak prawie rzucił się do łóżka.

— Lior—

— Puść mnie!

Głos załamał mu się całkowicie.

— On nie oddycha!

To właśnie te słowa zniszczyły resztki ciszy.

Valmar zamknął oczy gwałtownie.

Jakby dopiero teraz naprawdę do niego dotarło, co zrobił.

Jego dłonie zacisnęły się mocniej na ciele Rafaela. Za mocno. Prawie desperacko.

Lior wyrwał się Gavriel'owi i dopadł do łóżka. Drżącymi palcami dotknął policzka Rafaela.

Lodowaty.

— Nie… Raffy, proszę… — głos ugrzązł mu w gardle. — Proszę, nie rób mi tego…

Nic.

Żadnego oddechu.

Żadnego ruchu.

Żadnego bicia serca.

Valmar nadal milczał.

I właśnie to było najgorsze.

Bo Valmar zawsze coś mówił. Zawsze walczył. Zawsze miał plan.

A teraz wyglądał jak człowiek siedzący pośród ruin własnego świata.

Gavriel podszedł bliżej powoli. Spojrzał na Rafaela. Potem na Valmara.

I pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. Za ścianami zamku rozległ się niski huk. Ale coś było inaczej. Nie było już krzyków. Nie było głosów. Nie było tego nieustannego drżenia ognia pod skórą Rafaela. Wszystko nagle ucichło. Lior zauważył to pierwszy.

— Zamek…

Gavriel zmarszczył brwi. Rzeczywiście. Cisza. Prawdziwa. Nawet powietrze wydawało się lżejsze.

Valmar powoli uniósł wzrok. I wtedy zobaczyli, że złote symbole na skórze Rafaela zaczynają gasnąć. Powoli. Jak dogasające płomienie.

Lior wciągnął powietrze drżąco.

— To działa…?

Valmar spojrzał na chłopaka w swoich ramionach. Nie odpowiedział. Bo to nie miało znaczenia, jeśli Rafael nie wróci. Król przesunął dłonią po jego włosach ostrożnie, niemal czule.

— Rafael… — wyszeptał pierwszy raz od chwili jego śmierci.

Brak odpowiedzi był jak nóż wbity między żebra. Lior odwrócił wzrok gwałtownie. Łzy spływały mu po twarzy już całkowicie bez kontroli.

— Powiedziałeś, że go uratujesz…

To było bardziej bolesne niż oskarżenie. Valmar zesztywniał. Bo właśnie tego się bał. Że jednak oddał Rafaela śmierci. Na dobre. Za oknami wiatr zawył gwałtownie. Przez krótką chwilę wszyscy myśleli, że zamek znowu zacznie się trząść. Ale nic się nie stało. Zamiast tego gdzieś głęboko pod zamkiem rozległ się niski, przeciągły dźwięk. Nie przypominał już ryku. Brzmiał bardziej jak… wydech. Jak coś umierającego po bardzo długim cierpieniu.Valmar zamknął oczy na moment. I wtedy poczuł to wyraźnie.

Więź.

Słabą.

Ledwie istniejącą.

Ale nadal obecną.

Jego oczy otworzyły się gwałtownie.

— Jeszcze nie odszedł.

Lior poderwał głowę natychmiast.

— Co?

Valmar spojrzał na Rafaela z napięciem.

— Jeszcze go czuję.

To nie była pewność. To było desperackie trzymanie się ostatniej nadziei. Król uniósł nadgarstek gwałtownie i bez zawahania rozciął własną skórę kłami. Ciemna krew spłynęła po jego dłoni.

Lior wciągnął powietrze gwałtownie.

— Valmar…

Król przyłożył zakrwawiony nadgarstek do ust Rafaela.

Nic.

Krople krwi spłynęły po nieruchomych wargach chłopaka.

Komnata zamarła.

Sekunda.

Druga.

Trzecia.

A potem ciało Rafaela drgnęło gwałtownie. Lior aż cofnął się o krok.

Złote symbole na szyi chłopaka rozbłysły nagle ostatni raz, jakby ogień próbował wrócić.

Valmar przyciągnął Rafaela bliżej natychmiast.

— Nie pozwolę ci go zabrać — warknął nisko.

Płomienie buchnęły gwałtownie w pustym kominku.

Rafael wygiął się nagle z bolesnym spazmem, łapiąc pierwszy oddech tak gwałtownie, jakby ktoś wyciągnął go spod lodowatej wody.

Rafael jeszcze ich nie widział. Jego oczy otworzyły się gwałtownie. I przez krótką chwilę płonęły złotem. Potem Rafael krzyknął. To nie był ludzki dźwięk. Bardziej coś pomiędzy bólem a desperacją setek głosów wyrwanych naraz z jednego gardła. Całe jego ciało wygięło się gwałtownie w ramionach Valmar'a, a symbole pod skórą rozbłysły tak jasno, że komnata na moment zalała się złotym światłem. Płomienie buchnęły ponownie w kominku. Szyby w oknach popękały z hukiem. Lior cofnął się odruchowo.

— Raffy!

Ale Rafael już ich prawie nie słyszał. Głosy wróciły nagle wszystkie naraz.

Wracaj.

Nie odchodź.

Oddaj nam ciało.

Oddaj nam ogień.

Chłopak złapał się za własną klatkę piersiową z bolesnym jękiem, jakby coś próbowało rozerwać go od środka. Valmar przytrzymał go mocniej natychmiast, nie pozwalając mu opaść z łóżka.

— Rafael, patrz na mnie!

Ale złote światło pod jego skórą zaczęło pulsować coraz bardziej chaotycznie. Linie symboli przesuwały się po jego szyi, ramionach i torsie jak żywe. Powietrze zrobiło się gorące do granic wytrzymałości.

A potem ogień zaczął wychodzić. Najpierw spomiędzy żeber Rafaela wydostała się cienka złota smuga przypominająca dym. Chłopak krzyknął gwałtownie, zaciskając palce na koszuli Valmar'a tak mocno, że materiał niemal pękł. Kolejna smuga wyrwała się z jego ust. Potem następna. I następna. Złoty ogień wydobywał się z niego powoli, brutalnie, jakby coś żywego było wyrywane z jego ciała siłą. Wraz z nim rozległy się dziesiątki głosów. Krzyki. Płacz. Rozpaczliwe błagania ludzi zamkniętych w płomieniu przez setki lat. Lior zasłonił uszy drżącymi rękami. Nad łóżkiem zaczęła formować się ogromna masa złotego światła pomieszanego z cieniem. W jej wnętrzu pojawiały się twarze. Dziesiątki twarzy. Spalone. Przerażone. Zmęczone.

Rafael drżał coraz mocniej. Valmar czuł, jak ciało chłopaka robi się coraz zimniejsze w jego ramionach.

— Wytrzymaj… — wyszeptał nisko. — Jeszcze chwilę…

Nagle cały zamek zatrząsł się gwałtownie. Światło eksplodowało. A potem wszystko ucichło jednocześnie. Ogień zgasł. Złote symbole na skórze Rafaela zniknęły całkowicie. Nie przygasły. Nie osłabły. Po prostu zniknęły. Tak, jakby nigdy tam nie istniały. Chłopak zwiotczał nagle w ramionach Valmar'a i osunął się bezwładnie na jego pierś. Oddychał. Bardzo słabo. Ale żył. Lior wciągnął powietrze drżąco.

— Raffy…?

Valmar odsunął mokre od potu włosy z jego czoła i przyłożył dłoń do jego szyi. Tętno było słabe. Nieregularne. Ale obecne.

— Dlaczego się nie budzi…? — wyszeptał Lior.

Valmar nie odpowiedział. Bo sam nie znał odpowiedzi. Mijały godziny. Potem cały dzień i kolejny i kolejny. Rafael się nie obudził. Leżał nieruchomo pośród ciemnych poduszek, blady i nienaturalnie spokojny. Zniknęły symbole. Zniknęło złote światło pod skórą. Nie było już ognia. Ale nie było też Rafaela. Valmar praktycznie nie opuszczał komnaty. Siedział przy łóżku godzinami, trzymając jego zimną dłoń, jakby puszczenie jej miało sprawić, że chłopak zniknie całkowicie. Lior zasypiał przy łóżku dopiero nad ranem z głową opartą o materac. Gavriel pilnował drzwi. A pod zamkiem po raz pierwszy od dawna panowała całkowita cisza. Rafael śnił. A może już nie śnił. Stał pośród nieskończonej ciemności, a pod jego stopami płonęły złote symbole. Wokół niego pojawiały się sylwetki ludzi. Dziesiątki. Setki. Dzieci, kobiety, mężczyźni. Wszyscy nosili ślady ognia — spalone dłonie, popękaną skórę, złote symbole pod ciałem. Nosiciele. Poprzedni. Rafael cofnął się odruchowo.

— Ja was nie znam…

Pierwsza podeszła kobieta o jasnych włosach. Jego matka. Tym razem nie wyglądała już jak zjawa z płomieni. Wyglądała spokojnie. Smutno.

— Wiemy — wyszeptała cicho. — Ale ty możesz zakończyć to za nas wszystkich.

Rafael poczuł ścisk w gardle.

— Myślałem… że to już koniec…

— Jeszcze nie.

W oddali cień poruszył się gwałtownie. Ogromny. Ranny. Ale nadal żywy. Jeden z nosicieli podszedł bliżej. Miał może szesnaście lat i oczy całkowicie wypalone złotem.

— Ono nie umrze, dopóki serce płomienia istnieje.

— Serce…?

Matka Rafaela wyciągnęła dłoń powoli. I wtedy zobaczył wszystko. Kamienny krąg pod zamkiem. Pęknięte symbole. Ogromne drzwi ukryte głębiej pod ruinami podziemi. I coś zamkniętego pod nimi. Źródło. Pulsujące jak żywe serce. Zasilające cień. Trzymające wszystkie dusze uwięzione razem z nim.

— Musicie zejść niżej niż wcześniej — wyszeptała jego matka. — Do miejsca, którego kult pilnował przez stulecia.

— Jak to zniszczyć…?

Tym razem odezwały się dziesiątki głosów naraz.

— Krew nosiciela.

— Krew króla.

— Ogień i noc razem.

— Wtedy więzi pękną.

Rafael zesztywniał.

— Valmar…

Matka spojrzała na niego smutno.

— Dlatego to właśnie ty przeżyłeś.

Cień zawył gdzieś w oddali.

Ogromny.

Wściekły.

A wszyscy nosiciele spojrzeli na Rafaela jednocześnie.

— Walcz jeszcze trochę.

— Uwolnij nas.

— Nie pozwól mu wrócić.

— Obudź się.

 

wtorek, 4 sierpnia 2026

Książę w Ramionach Mroku 36

 

Rozdział 36 – Cisza

— Przerwij cykl.

Głos matki rozpadł się wśród płomieni dokładnie w chwili, gdy cały korytarz zatrząsł się ponownie. Kamienie pękały pod nogami strażników, a cień wił się po suficie i ścianach coraz gwałtowniej, jakby sam zaczął rozumieć, co Rafael właśnie usłyszał.

Chłopak patrzył w ogień nieruchomo. Oddychał ciężko, ale pierwszy raz od wielu dni jego spojrzenie było całkowicie trzeźwe. Jakby coś nagle ułożyło się w całość.

Valmar zauważył to od razu.

— Rafael…

Chłopak odwrócił się powoli.

— Ona miała rację.

— Nie.

— Valmar, posłuchaj mnie.

— Nie.

Król wypowiedział to ostrzej niż zamierzał. W jego głosie pojawiło się coś niebezpiecznego. Strach zmieszany z desperacją.

Rafael zacisnął powieki na krótką chwilę.

— To już się nie zatrzyma.

— Znajdziemy inny sposób.

— Jaki?!

To pytanie odbiło się echem od kamiennych ścian. Valmar zamilkł. Bo nie miał odpowiedzi. Rafael zaśmiał się krótko, gorzko.

— Właśnie.

Kilka metrów dalej strażnicy wynosili rannych. Jeden z nich wykrwawiał się na kamiennej posadzce, dusząc się własną krwią. Rafael patrzył na to z twarzą bladą jak śmierć.

— To mnie szuka. To przeze mnie oni umierają.

Złote symbole przesuwały się po jego szyi i policzkach coraz szybciej. Ogień obejmował go kawałek po kawałku, a cień stawał się coraz silniejszy.

Rafael spojrzał na własne dłonie. I pierwszy raz naprawdę wyglądał, jakby się poddał.

— Ja już nie potrafię tego zatrzymać.

Valmar złapał go za twarz natychmiast.

— Patrz na mnie.

Rafael uniósł wzrok powoli. Król wyglądał źle. Załamany. Wściekły.

Przerażony.

— Nie oddam cię temu.

Rafaelowi zadrżały usta.

— Ale ja już tam jestem.

To zabolało Valmara bardziej niż cokolwiek wcześniej. Król przyciągnął go bliżej gwałtownie, jakby sama siła objęcia mogła zatrzymać wszystko.

— Nie pozwolę ci umrzeć.

Rafael zamknął oczy.

Na krótką chwilę wtulił twarz w jego ramię.

A potem wyszeptał:

— Jeśli tego nie zrobisz… zrobię to sam.

Lior spojrzał na Rafaela z przerażeniem.

— Raffy, nie.

Ale chłopak już patrzył tylko na Valmara.

— Słyszysz je? Ja słyszę je cały czas. Nie przestają ani na chwilę.

Wracaj.

Oddaj nam serce.

Pozwól nam żyć.

Rafael zacisnął dłonie gwałtownie.

— Chcę ciszy… Chociaż raz. Tylko raz.

Valmar wyglądał, jakby właśnie rozrywano go od środka.

— Nie każ mi tego zrobić.

— Nie proszę cię o to dla siebie. Proszę cię, żebyś uratował wszystkich innych.

Cień zawył gwałtownie, jakby wyczuł zagrożenie. Płomienie wybuchły po ścianach, a podłoga zatrzęsła się ponownie. Gavriel spojrzał na Valmara ciężko. I po raz pierwszy nic nie powiedział. Bo wszyscy wiedzieli już, że Rafael ma rację. Do komnat wrócili w ciszy.

Za oknami zamek nadal drżał od odległych wstrząsów, ale tutaj panował dziwny spokój. Ogień w kominku palił się nisko, rzucając ciepłe światło na ciężkie zasłony i ciemne ściany sypialni.

Rafael siedział na łóżku owinięty kocem. Wyglądał coraz gorzej. Złote symbole obejmowały już całą szyję i pół twarzy, a jego dłonie drżały lekko przy każdym oddechu.

Lior stał pod ścianą z czerwonymi oczami. Gavriel trzymał go blisko siebie, jakby bał się, że chłopak zaraz się rozsypie.

Valmar milczał. Od chwili, gdy weszli do komnaty, praktycznie się nie poruszył.

Rafael spojrzał na niego powoli.

— Nie patrz na mnie tak.

Król uniósł wzrok gwałtownie.

— Jak?

Blady uśmiech pojawił się na ustach chłopaka.

— Jakbyś już mnie stracił.

To zabolało bardziej, niż Rafael się spodziewał. Widział to od razu w oczach Valmara.

Za ścianami rozległ się kolejny niski huk. Rafael momentalnie zesztywniał, a głosy wróciły gwałtownie.

Wracaj.

Wracaj do nas.

Chłopak syknął cicho z bólu i zacisnął dłonie na materiale koca.

— Val… ja naprawdę już nie potrafię…

Król znalazł się przy nim natychmiast.

— Rafael.

— Proszę… zrób to teraz…

Rafael spojrzał na niego długo, jakby próbował zapamiętać jego twarz dokładnie taką, jaka była w tej chwili.

— Kocham cię.

To słowo niemal zniszczyło Valmara.

Król przyciągnął go do siebie gwałtownie i pocałował mocno, rozpaczliwie, jak człowiek próbujący zatrzymać ostatnie sekundy świata. Rafael odpowiedział od razu, chociaż dłonie drżały mu coraz bardziej.

Potem Valmar usiadł na łóżku i oparł się o wezgłowie, przyciągając Rafaela do własnej piersi. Chłopak wtulił się w niego odruchowo, zmęczony, jakby właśnie tam było jedyne miejsce, w którym jeszcze czuł się bezpiecznie.

Przez krótką chwilę po prostu siedzieli w ciszy. Tak normalnie. Tak boleśnie spokojnie.

— Boję się… — wyszeptał Rafael.

Valmar objął go mocniej.

— Ja też.

To była pierwsza całkowicie szczera odpowiedź od bardzo dawna.

Rafael zaśmiał się cicho, ale głos mu zadrżał.

— To straszne zakończenie naszej historii.

— To nie koniec.

— Nawet teraz próbujesz mnie okłamywać.

Valmar nie odpowiedział.

Za ścianami zamek zatrząsł się ponownie. Płomienie w kominku wybuchły gwałtownie wyżej.

Wracaj.

WRACAJ.

ODDAJ NAM—

Rafael drgnął mocno i zacisnął dłonie na koszuli Valmara.

— Proszę…

Król pochylił się do jego szyi powoli.

Rafael napiął się odruchowo, ale nie odsunął ani o milimetr.

Kiedy kły przebiły skórę, syknął cicho z bólu i mocniej zacisnął palce na ubraniu Valmar'a. Ogień pod jego skórą eksplodował gwałtownie. Złote światło rozlało się po całej komnacie, płomienie buchnęły w kominku tak wysoko, że niemal sięgnęły sufitu.

Valmar pił powoli. Bardzo powoli. Tak, jakby odwlekał każdą kolejną sekundę.

Rafael oddychał coraz ciężej w jego ramionach. Głosy wrzeszczały w jego głowie coraz głośniej, aż w końcu wszystko zaczęło mieszać się w jeden nieznośny dźwięk.

I nagle…

…cisza.

Prawdziwa. Pierwsza od wielu tygodni. Rafael drgnął gwałtownie.

Łzy spłynęły mu po policzkach.

— Val… One zniknęły…

Valmar momentalnie przestał oddychać.

Rafael spojrzał na niego zamglonym wzrokiem. Był coraz zimniejszy. Coraz słabszy. Serce biło już tak wolno, że niemal nie dało się go wyczuć.

Ale mimo to uśmiechnął się blado. Spokojnie.

— Dziękuję…

Jego ciało zadrżało lekko. Potem jeszcze raz. I jeszcze.

Aż w końcu całkowicie zwiotczało w ramionach Valmar'a. Płomienie w kominku zgasły jednocześnie. A serce Rafaela przestało bić.

 

Książę w Ramionach Mroku 35

 Mam nadzieję, że jeszcze ktoś zagląda i kto wie, może nawet czyta. <3 Jeśli tak, to dziękuje ślicznie i zapraszam na dwa kolejne rozdziały  <3

Love 

Wasza Maru ~


Rozdział 35 – Pęknięcie

Korytarz nadal drżał od eksplozji ognia. Kamienie osypywały się z sufitu, płomienie pełzały po ścianach, a cień wił się pośród nich jak ranne zwierzę. Strażnicy cofali się powoli, część rannych próbowała podnieść się z zakrwawionej posadzki, inni po prostu patrzyli na Rafaela z mieszaniną przerażenia i niedowierzania.

Bo to właśnie on zatrzymał potwora.

Rafael stał nieruchomo pośrodku korytarza, oddychając ciężko. Złote symbole przesuwały się po jego szyi i dłoniach coraz szybciej, jakby ogień pod skórą próbował wyrwać się na zewnątrz.

Valmar zrobił krok bliżej.

— Rafael, wracamy na górę.

Chłopak nawet nie spojrzał w jego stronę. Patrzył tylko na wijący się cień. Na twarze pojawiające się wewnątrz niego.

Spalone.

Błagające.

Martwe.

I wtedy zrozumiał coś jeszcze. To nie był jeden potwór. To były setki ludzi zamkniętych w jednym płomieniu. Cień zawył nagle. Po ścianach przebiegły nowe symbole, a potem mrok rzucił się gwałtownie na jednego ze strażników stojących najbliżej końca korytarza. Mężczyzna nie zdążył nawet krzyknąć.

Czarna kończyna owinęła się wokół jego szyi i szarpnęła tak mocno, że kręgosłup pękł z obrzydliwym trzaskiem. Ciało opadło bezwładnie na kamienie.

Lior pobladł gwałtownie.

— Musimy stąd wyjść!

Ale Rafael nadal się nie ruszał.

Wracaj.

Otwórz drogę.

Jesteś nasz.

Chłopak zacisnął dłonie tak mocno, że krew spłynęła mu po palcach.

— Nie… — wyszeptał drżąco.

Cień zawył ponownie. A potem cała ciemność rzuciła się prosto na niego.

Valmar był szybszy.

W jednej chwili znalazł się przed Rafaelem i przeciął cień mieczem. Ogień eksplodował gwałtownie, odrzucając wszystkich kilka kroków do tyłu. Część ściany pękła z hukiem, a z sufitu posypały się kamienie.

Gavriel poderwał się natychmiast.

— Wycofać ludzi!

Strażnicy zaczęli cofać rannych w stronę schodów, ale potwór już się podnosił. Fragmenty ciemności zbierały się z podłogi i ścian, tworząc nowy kształt.

Większy.

Bardziej niestabilny.

Jakby sam zamek zaczynał się z nim łączyć.

Rafael nagle zachwiał się gwałtownie.

Lior dopadł do niego pierwszy.

— Raffy!

Chłopak oddychał urywanie. Jedna ręka zaciskała się na własnej klatce piersiowej, jakby coś rozrywało go od środka.

— Ono… ono chce wejść głębiej…

Valmar uklęknął przy nim natychmiast.

— Rafael, patrz na mnie.

Ale chłopak ledwo go słyszał. Głosy wrzeszczały już niemal bez przerwy.

Wracaj.

Oddaj nam serce.

Pozwól nam żyć.

Złote światło przesunęło się po jego twarzy gwałtownie. Rafael krzyknął nagle z bólu, a chwilę później płomienie eksplodowały po całym korytarzu.

Strażnicy zaczęli krzyczeć. Jeden z filarów pękł.

Gavriel momentalnie złapał Liora i odciągnął go kilka kroków do tyłu, kiedy rozżarzony kamień runął dokładnie tam, gdzie stali sekundę wcześniej.

— On traci kontrolę! — krzyknął ktoś spanikowany.

— Zamknąć się! — warknął Gavriel natychmiast.

Ale wszyscy widzieli prawdę. Ogień stawał się coraz silniejszy. A Rafael coraz słabszy. Chłopak opadł na kolana ciężko. Krew spłynęła mu z nosa na kamienną posadzkę. Valmar złapał go natychmiast. I właśnie wtedy Rafael spojrzał na niego tak dziwnie spokojnie, że coś ścisnęło króla od środka.

— Valmar…

— Nie.

To słowo padło zbyt szybko. Zbyt ostro. Jakby Valmar już wiedział, co Rafael chce powiedzieć.

Chłopak uśmiechnął się blado.

— Nawet jeszcze nic nie powiedziałem.

— Ale pomyślałeś.

Kolejny wstrząs przeszedł przez zamek. Cień zawył ponownie, a część ścian zaczęła pokrywać się złotymi symbolami identycznymi jak te na ciele Rafaela. Gavriel spojrzał na to z napięciem.

— To rozprzestrzenia się po całym zamku…

Lior pokręcił głową gwałtownie.

— Nie. Nie. Nie mówcie nawet tego na głos.

Rafael odwrócił wzrok powoli. Zmęczony. Przerażony. Ale dziwnie spokojny.

— Ono nie zatrzyma się na mnie.

Cisza po tych słowach była ciężka. Bo wszyscy wiedzieli, że mówi prawdę. Potwór poruszył się gwałtownie po drugiej stronie korytarza. W jego wnętrzu znowu pojawiły się twarze. Dziesiątki twarzy wykrzywionych bólem. A potem Rafael zobaczył jedną z nich wyraźniej.

Kobietę.

Jasne włosy.

Znajome oczy.

Matkę.

Chłopak zesztywniał gwałtownie.

— Rafael? — Lior spojrzał na niego zaniepokojony.

Ale on patrzył już tylko na cień. Bo przez krótką chwilę wydawało mu się, że matka patrzy prosto na niego. I że próbuje mu coś powiedzieć. Potem cień rzucił się na nich ponownie. Tym razem szybciej.

Potężna czarna masa uderzyła w filary korytarza, rozrywając kamień jak papier. Jeden ze strażników nie zdążył uskoczyć. Coś owinęło się wokół jego torsu i dosłownie rozerwało go na pół. Krew i wnętrzności rozbryznęły się po ścianach.

Lior odruchowo zasłonił Rafaela własnym ciałem.

— Nie patrz!

Ale było za późno. Rafael widział wszystko. I słyszał wszystko. Każdy krzyk. Każdy oddech. Każde błaganie ludzi umierających wokół niego. Bo cień był połączony z nim coraz mocniej.

Valmar przeciął kolejną smugę ciemności mieczem, ale mrok natychmiast zaczął odrastać.

— Tego nie da się zabić normalnie! — ryknął Gavriel.

Cień rozciągnął się nagle po całym suficie. Rozżarzone oczy otworzyły się dziesiątkami pomiędzy kamieniami.

Wracaj.

Pozwól nam wejść.

Rafael złapał się za głowę z jękiem bólu. Złote symbole objęły już całą jego szyję i fragment policzka. Valmar momentalnie to zauważył.

Ogień wyglądał tak, jakby zaczynał przejmować ciało Rafaela całkowicie.

— Musimy go stąd zabrać — powiedział ostro.

— Nie zdążymy — wychrypiał Rafael.

I wtedy podłoga zatrzęsła się gwałtownie. Kamienie zaczęły pękać. Cień zawył tak głośno, że część strażników upadła na kolana, zasłaniając uszy. A potem coś ruszyło się pod posadzką. Coś ogromnego.

Pęknięcie przebiegło przez środek korytarza, a spod kamieni wystrzelił słup złotego ognia. Temperatura momentalnie wzrosła tak mocno, że ludzie zaczęli krzyczeć z bólu.

Rafael poderwał głowę gwałtownie. Bo pośród płomieni znowu zobaczył twarze. Setki twarzy. I wszystkie patrzyły tylko na niego. A matka po raz pierwszy otworzyła usta.

— Przerwij cykl.