Rozdział 30 – Rozłam
Kamienne drzwi podziemi
zamknęły się z głuchym hukiem, który jeszcze długo odbijał się echem po zamku.
Strażnicy prowadzili członków kultu skute łańcuchami, ale mimo kajdan żaden z
nich nie wyglądał na przestraszonego. To właśnie niepokoiło Gavriel’a
najbardziej. Ci ludzie zachowywali się tak, jakby wszystko szło dokładnie
według planu.
Aldemar szedł pośród nich
spokojnie, z uniesioną głową, bardziej jak król prowadzący własny orszak niż
więzień. Gavriel miał ogromną ochotę wbić mu miecz między żebra.
— Nie spuszczać z nich wzroku
— rzucił chłodno do strażników. — Jeśli ktoś spróbuje się uwolnić, zabić
natychmiast.
Valmar nawet się nie odwrócił.
Całą uwagę skupiał na Rafaelu.
Chłopak ledwo trzymał się na
nogach. Lior prowadził go przez korytarze powoli, podtrzymując go ramieniem,
podczas gdy Rafael oddychał płytko i nierówno. Złote światło nadal przesuwało
się pod jego skórą jak żywe.
Głosy nie znikały.
Wręcz przeciwnie.
Teraz, kiedy oddalili się od
wrót pod ziemią, szepty stały się bardziej agresywne. Jakby coś było wściekłe,
że mu uciekł.
Wracaj.
To nie koniec.
Otwórz drzwi.
Rafael zacisnął zęby
gwałtownie.
— Zamknijcie się…
Lior spojrzał na niego z
niepokojem.
— Rafael?
— Nic…
Ale to nie było nic.
Valmar widział to wyraźnie. Drżące dłonie. Rozbiegany wzrok. I coś jeszcze. Rafael przestał patrzeć na niego jak wcześniej. Już nie szukał jego obecności instynktownie. Między nimi pojawił się dystans, którego Valmar nie potrafił znieść. Kiedy dotarli do głównego korytarza prowadzącego do królewskiego skrzydła, zamek zatrząsł się ponownie — już trzeci raz od chwili opuszczenia podziemi. Tym razem huk był głębszy. Dłuższy. Jakby coś ogromnego pod ziemią coraz mocniej napierało na kamienne wrota. Kilka świec spadło ze ścian, rozbijając się o posadzkę. Strażnicy momentalnie sięgnęli po broń. Rafael zesztywniał gwałtownie. Bo teraz czuł to wyraźniej niż wcześniej. Nie słyszał już tylko głosów. Czuł emocje tego czegoś.
Głód.
Gniew.
I desperację.
Lior mocniej ścisnął jego
ramię.
— Raffy?
— Ono nadal próbuje się
przebić… — wyszeptał chłopak.
Valmar odwrócił się gwałtownie
w stronę schodów prowadzących niżej.
— Zamknąć wszystkie przejścia
do podziemi. Nikogo tam nie wpuszczać bez mojego rozkazu.
— A jeśli pieczęć nie
wytrzyma? — odezwał się jeden ze strażników blado.
Valmar spojrzał chłodno w dół
ciemnego korytarza.
— Wtedy zatrzymamy to, zanim
dotrze do niego.
Rafael spojrzał na niego
gwałtownie.
Do niego.
Nie do zamku.
Nie na powierzchnię.
Do niego.
I właśnie wtedy chłopak zrozumiał coś przerażającego. To coś pod ziemią wcale nie próbowało uciec. Ono próbowało wrócić do swojego nosiciela. Kiedy dotarli do komnat Rafaela, Lior pomógł mu usiąść na łóżku. Chłopak natychmiast schował twarz w dłoniach.
— Nie mogę już tego słuchać…
Valmar zamknął drzwi ciężko za
resztą straży.
— Co dokładnie słyszysz?
Rafael zaśmiał się krótko.
Zmęczenie i strach mieszały się w tym dźwięku.
— Wszystko. Głosy. Szepty.
Czasami nawet własne myśli brzmią obco.
Lior usiadł obok niego od
razu.
— To minie.
Rafael spojrzał na niego
powoli. I przez jedną krótką chwilę w jego oczach pojawiło się coś
przerażającego.
Wahanie.
Jakby naprawdę próbował sobie
przypomnieć, kim jest siedzący obok niego chłopak.
Lior pobladł.
— Raffy…?
Rafael zamrugał gwałtownie i
odwrócił wzrok.
— Przepraszam.
Valmar poczuł lodowaty ciężar pod żebrami. To zaczynało się pogarszać szybciej, niż przypuszczali. Ogień w kominku drgnął gwałtownie. Płomienie wystrzeliły wyżej, choć nikt ich nie dotykał.
Wracaj.
Rafael zacisnął dłonie na
własnych włosach.
— Zamknijcie się… proszę…
Lior natychmiast objął go
mocniej.
— Hej. Jesteś tutaj. Ze mną.
Słyszysz?
Rafael oddychał coraz szybciej. Valmar ruszył odruchowo w ich stronę, ale zatrzymał się w pół kroku. Bo Rafael cofnął się lekko, kiedy tylko zauważył jego ruch. To zabolało bardziej niż powinno. Król zamarł. Rafael też to zauważył. I właśnie dlatego wyglądał, jakby zaraz miał się rozpaść.
— Ja już nie wiem, czy mogę ci
ufać… — wyszeptał łamliwie.
Te słowa uderzyły w Valmara
mocniej niż jakikolwiek miecz.
— Nie wiem, co było prawdą…
Ty, kult, moi rodzice… wszyscy coś przede mną ukrywali.
— Nigdy nie chciałem cię
skrzywdzić.
— Ale to zrobiłeś.
Cisza po tych słowach była niemal nie do zniesienia. I właśnie wtedy do drzwi zapukał Gavriel. Wszedł bez czekania na odpowiedź. Na rękawicach miał świeżą krew.
— Jeden z kultystów próbował
wyrwać strażnikowi gardło — powiedział chłodno. — Twierdzą, że przebudzenie już
się zaczęło i że „serce pod zamkiem” niedługo otworzy drogę.
Rafael zesztywniał.
Gavriel spojrzał na niego
uważniej.
— I to nie jest najgorsze.
Valmar odwrócił głowę powoli.
— Mów.
Dowódca milczał przez chwilę.
— Oni wszyscy twierdzą
dokładnie to samo. Że jeśli Rafael nie wróci do podziemi dobrowolnie… płomień
sam zacznie przejmować nad nim kontrolę niszcząc wszystko na swojej drodze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz