wtorek, 21 lipca 2026

Książę w Ramionach Mroku 30

 

Rozdział 30 – Rozłam

Kamienne drzwi podziemi zamknęły się z głuchym hukiem, który jeszcze długo odbijał się echem po zamku. Strażnicy prowadzili członków kultu skute łańcuchami, ale mimo kajdan żaden z nich nie wyglądał na przestraszonego. To właśnie niepokoiło Gavriel’a najbardziej. Ci ludzie zachowywali się tak, jakby wszystko szło dokładnie według planu.

Aldemar szedł pośród nich spokojnie, z uniesioną głową, bardziej jak król prowadzący własny orszak niż więzień. Gavriel miał ogromną ochotę wbić mu miecz między żebra.

— Nie spuszczać z nich wzroku — rzucił chłodno do strażników. — Jeśli ktoś spróbuje się uwolnić, zabić natychmiast.

Valmar nawet się nie odwrócił. Całą uwagę skupiał na Rafaelu.

Chłopak ledwo trzymał się na nogach. Lior prowadził go przez korytarze powoli, podtrzymując go ramieniem, podczas gdy Rafael oddychał płytko i nierówno. Złote światło nadal przesuwało się pod jego skórą jak żywe.

Głosy nie znikały.

Wręcz przeciwnie.

Teraz, kiedy oddalili się od wrót pod ziemią, szepty stały się bardziej agresywne. Jakby coś było wściekłe, że mu uciekł.

Wracaj.

To nie koniec.

Otwórz drzwi.

Rafael zacisnął zęby gwałtownie.

— Zamknijcie się…

Lior spojrzał na niego z niepokojem.

— Rafael?

— Nic…

Ale to nie było nic.

Valmar widział to wyraźnie. Drżące dłonie. Rozbiegany wzrok. I coś jeszcze. Rafael przestał patrzeć na niego jak wcześniej. Już nie szukał jego obecności instynktownie. Między nimi pojawił się dystans, którego Valmar nie potrafił znieść. Kiedy dotarli do głównego korytarza prowadzącego do królewskiego skrzydła, zamek zatrząsł się ponownie — już trzeci raz od chwili opuszczenia podziemi. Tym razem huk był głębszy. Dłuższy. Jakby coś ogromnego pod ziemią coraz mocniej napierało na kamienne wrota. Kilka świec spadło ze ścian, rozbijając się o posadzkę. Strażnicy momentalnie sięgnęli po broń. Rafael zesztywniał gwałtownie. Bo teraz czuł to wyraźniej niż wcześniej. Nie słyszał już tylko głosów. Czuł emocje tego czegoś.

Głód.

Gniew.

I desperację.

Lior mocniej ścisnął jego ramię.

— Raffy?

— Ono nadal próbuje się przebić… — wyszeptał chłopak.

Valmar odwrócił się gwałtownie w stronę schodów prowadzących niżej.

— Zamknąć wszystkie przejścia do podziemi. Nikogo tam nie wpuszczać bez mojego rozkazu.

— A jeśli pieczęć nie wytrzyma? — odezwał się jeden ze strażników blado.

Valmar spojrzał chłodno w dół ciemnego korytarza.

— Wtedy zatrzymamy to, zanim dotrze do niego.

Rafael spojrzał na niego gwałtownie.

Do niego.

Nie do zamku.

Nie na powierzchnię.

Do niego.

I właśnie wtedy chłopak zrozumiał coś przerażającego. To coś pod ziemią wcale nie próbowało uciec. Ono próbowało wrócić do swojego nosiciela. Kiedy dotarli do komnat Rafaela, Lior pomógł mu usiąść na łóżku. Chłopak natychmiast schował twarz w dłoniach.

— Nie mogę już tego słuchać…

Valmar zamknął drzwi ciężko za resztą straży.

— Co dokładnie słyszysz?

Rafael zaśmiał się krótko. Zmęczenie i strach mieszały się w tym dźwięku.

— Wszystko. Głosy. Szepty. Czasami nawet własne myśli brzmią obco.

Lior usiadł obok niego od razu.

— To minie.

Rafael spojrzał na niego powoli. I przez jedną krótką chwilę w jego oczach pojawiło się coś przerażającego.

Wahanie.

Jakby naprawdę próbował sobie przypomnieć, kim jest siedzący obok niego chłopak.

Lior pobladł.

— Raffy…?

Rafael zamrugał gwałtownie i odwrócił wzrok.

— Przepraszam.

Valmar poczuł lodowaty ciężar pod żebrami. To zaczynało się pogarszać szybciej, niż przypuszczali. Ogień w kominku drgnął gwałtownie. Płomienie wystrzeliły wyżej, choć nikt ich nie dotykał.

Wracaj.

Rafael zacisnął dłonie na własnych włosach.

— Zamknijcie się… proszę…

Lior natychmiast objął go mocniej.

— Hej. Jesteś tutaj. Ze mną. Słyszysz?

Rafael oddychał coraz szybciej. Valmar ruszył odruchowo w ich stronę, ale zatrzymał się w pół kroku. Bo Rafael cofnął się lekko, kiedy tylko zauważył jego ruch. To zabolało bardziej niż powinno. Król zamarł. Rafael też to zauważył. I właśnie dlatego wyglądał, jakby zaraz miał się rozpaść.

— Ja już nie wiem, czy mogę ci ufać… — wyszeptał łamliwie.

Te słowa uderzyły w Valmara mocniej niż jakikolwiek miecz.

— Nie wiem, co było prawdą… Ty, kult, moi rodzice… wszyscy coś przede mną ukrywali.

— Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić.

— Ale to zrobiłeś.

Cisza po tych słowach była niemal nie do zniesienia. I właśnie wtedy do drzwi zapukał Gavriel. Wszedł bez czekania na odpowiedź. Na rękawicach miał świeżą krew.

— Jeden z kultystów próbował wyrwać strażnikowi gardło — powiedział chłodno. — Twierdzą, że przebudzenie już się zaczęło i że „serce pod zamkiem” niedługo otworzy drogę.

Rafael zesztywniał.

Gavriel spojrzał na niego uważniej.

— I to nie jest najgorsze.

Valmar odwrócił głowę powoli.

— Mów.

Dowódca milczał przez chwilę.

— Oni wszyscy twierdzą dokładnie to samo. Że jeśli Rafael nie wróci do podziemi dobrowolnie… płomień sam zacznie przejmować nad nim kontrolę niszcząc wszystko na swojej drodze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz