poniedziałek, 22 czerwca 2026

Książę w Ramionach Mroku 25

 

Rozdział 25 Serce pod ziemią

Symbole wokół kamiennego kręgu zapłonęły jednocześnie, a złote światło rozlało się po ścianach podziemnej sali. Powietrze momentalnie zrobiło się cięższe i gorętsze. Strażnicy cofnęli się odruchowo, jeden z nich niemal upuścił pochodnię. Rafael nie potrafił oderwać wzroku od kręgu. Znaki świeciły dokładnie takim samym światłem jak symbole pojawiające się czasami na jego skórze. I wtedy usłyszał głos wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Wracaj.

Gorąco przesunęło się przez jego ciało niemal boleśnie. Chłopak zrobił krok do przodu, zanim zdążył pomyśleć.

— Rafael — odezwał się Valmar natychmiast.

Nie odpowiedział. Kamień pod jego stopami był ciepły, choć całe podziemia pozostawały lodowate. Im bliżej kręgu podchodził, tym mocniej czuł bijące od niego ciepło. Jak puls. Jak serce.

— Rafael, zatrzymaj się — powiedział tym razem Gavriel ostrzej.

Chłopak słyszał ich głosy, ale wydawały się dziwnie odległe. Wszystko wokół zaczynało rozmywać się poza światłem symboli.

Wracaj do mnie.

Kolejny krok.

Płomienie buchnęły gwałtownie wokół kamiennego kręgu. Strażnicy poderwali broń niemal w panice.

— Odsunąć się!
— To się wali!
— Wasza Wysokość!

Ogień wyrósł nagle pomiędzy Rafaelem, a resztą sali jak żywa ściana. Valmar ruszył do przodu natychmiast, ale płomienie eksplodowały mocniej i zmusiły go do zatrzymania się. Pierwszy raz od wielu dni Rafael zobaczył na jego twarzy prawdziwą panikę.

— Rafael!

Chłopak drgnął lekko, słysząc własne imię, ale nie potrafił się zatrzymać. Każdy rozsądny odruch kazał mu uciekać, wrócić do Valmara, wyjść z tych przeklętych podziemi. Ale nie potrafił. Coś pod ziemią wołało właśnie jego.

Lior zrobił krok do przodu odruchowo.
— Rafael!

Gavriel złapał go natychmiast za ramię.
— Nie podchodź tam!

— On tam jest sam!

— Właśnie dlatego nie możesz tam wejść!

Lior wyrwał rękę gwałtownie.
— To nasz przyjaciel!

— A jeśli za chwilę przestanie nim być?! — warknął Gavriel.

Cisza po tych słowach była krótka, ale brutalna. Rafael słyszał każde z nich. I zabolały bardziej niż ogień. Valmar jednak nawet nie spojrzał na pozostałych. Patrzył tylko na Rafaela, jakby cała reszta świata przestała istnieć.

— Wróć do mnie — powiedział cicho, ale stanowczo.

To było gorsze niż krzyk. Bo w jego głosie był strach. Prawdziwy. Rafaelowi zadrżał oddech. Na jedną krótką chwilę naprawdę chciał zawrócić. I wtedy obrazy uderzyły go nagle. Ludzie stojący wokół ognia. Kamienne symbole. Krzyki. Dziecko płaczące pośrodku płomieni. Kobieta trzymająca jego twarz obiema dłońmi. Matka.

— Naczynie musi przeżyć.

Rafael zachwiał się gwałtownie. Zobaczył więcej. Inne dzieci. Innych nosicieli. Spalone ciała. Zwęglone dłonie. Ogień pochłaniający wszystkich po kolei.

Nie przeżyli.

Żaden z nich.

Chłopak wciągnął powietrze drżąco i złapał się za głowę.

— Rafael! — krzyknął Valmar.

Ale wtedy podziemia zatrzęsły się nagle. Kamienne kolumny zadrżały, pył posypał się z sufitu, a niski dźwięk rozszedł się po całej sali. Nie przypominał huku ani trzęsienia ziemi. Przypominał oddech. Coś ogromnego poruszyło się pod zamkiem. Strażnicy cofnęli się gwałtownie. Jeden z nich uniósł kuszę drżącymi rękami.

— To przez niego…

Valmar odwrócił się tak szybko, że nawet Gavriel zesztywniał.

— Opuść broń.

— Wasza Wysokość, jeśli on—

Król przyłożył miecz do gardła strażnika, zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć.

— Powiedziałem. Opuść. Broń.

W sali zapadła martwa cisza. Nawet ogień na moment jakby zwolnił. Strażnik pobladł i opuścił kuszę drżącymi rękami. Rafael patrzył na to oszołomiony. Valmar naprawdę był gotów zagrozić własnym ludziom dla niego. I właśnie ta myśl przestraszyła go najbardziej. Bo jeśli to wszystko skończy się katastrofą… Valmar spłonie razem z nim. Szept wrócił niemal natychmiast.

Nie jesteś sam.

Rafael odwrócił się gwałtownie w stronę środka kręgu. Kamień pośrodku sali pulsował teraz złotym światłem. Czekał. Chłopak ruszył przed siebie jeszcze raz.

— Rafael, nie! — Valmar spróbował wejść za nim.

Płomienie eksplodowały gwałtownie i odrzuciły króla kilka kroków do tyłu. Lior pobladł, a Gavriel momentalnie wyciągnął miecz. A Rafael po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, że istnieje coś silniejszego niż nawet Valmar. Coś, co od samego początku próbowało go tu sprowadzić. Powoli uklęknął przy kamieniu i dotknął go dłonią. W tej samej chwili całe podziemia zatrzęsły się gwałtownie. Symboliczne kręgi zapłonęły oślepiającym światłem, a gdzieś głęboko pod nimi rozległ się niski, przeciągły ryk. Rafael patrzył na pulsujący kamień szeroko otwartymi oczami, oddychając szybko i nierówno. Złote światło przesuwało się po jego skórze coraz wyraźniej, jakby coś pod ziemią odpowiadało na samą jego obecność. Valmar podniósł się gwałtownie po tym, jak płomienie odepchnęły go od kręgu, i od razu ruszył znowu do przodu, choć ogień nadal wirował między nimi niespokojnie.

— Rafael, odejdź od tego — powiedział ostro. — Natychmiast.

Chłopak odwrócił głowę powoli. W jego oczach nie było szaleństwa. Była determinacja.

— Nie możemy teraz uciec.

— To nie jest moment na bohaterstwo — warknął Gavriel, ściskając miecz tak mocno, że pobielały mu knykcie. — To miejsce jest przeklęte.

— Właśnie dlatego musimy iść dalej! — Rafael podniósł głos pierwszy raz od dawna tak gwałtownie. Echo odbiło się od kamiennych ścian, a płomienie zadrżały mocniej. — Jeśli teraz stąd wyjdziemy, oni znikną! Ukryją się znowu!

Cisza zapadła niemal natychmiast.

Rafael oddychał ciężko.
— Nie dowiemy się, kto należy do kultu. Kto nam pomaga, a kto chce naszej śmierci. Nie dowiemy się, co to wszystko naprawdę jest ani jak to zatrzymać.

Valmar patrzył na niego nieruchomo.

— Rafael—

— Nie chcę już żyć w strachu! — wyrzucił z siebie drżącym głosem. — Nie chcę zamykać się w komnatach i czekać, aż wszyscy uznają mnie za potwora!

Ogień wybuchł gwałtownie wokół kręgu, ale tym razem Rafael nawet się nie cofnął.

— Chcę, żeby to się skończyło… — wyszeptał ciszej. — Naprawdę chcę, żeby to się skończyło.

To ostatnie zdanie zabrzmiało gorzej niż krzyk. Bo wszyscy usłyszeli w nim zmęczenie. Valmar zamknął oczy tylko na moment. Kiedy spojrzał na Rafaela ponownie, wyglądał jak człowiek stojący dokładnie pomiędzy miłością a katastrofą.

— A jeśli to miejsce chce cię wykorzystać? — zapytał cicho. — Jeśli właśnie tego od ciebie oczekuje?

Rafael spojrzał na pulsujący kamień.

— To i tak już mnie znalazło.

Nikt nie potrafił mu zaprzeczyć. Gdzieś głęboko pod ziemią znowu rozległ się niski dźwięk przypominający oddech ogromnego stworzenia. Kamienne ściany zadrżały lekko, a część symboli rozświetliła się mocniej.

Lior przełknął ślinę.
— Mam bardzo złe przeczucia…

— Ja też — mruknął Gavriel.

Ale Rafael już prawie ich nie słyszał. Bo kamień pod jego dłonią zaczął robić się gorący. A potem po całej powierzchni kręgu zaczęły pojawiać się nowe symbole. A potem po całej powierzchni kręgu zaczęły pojawiać się nowe symbole. Rozchodziły się coraz dalej po kamiennej podłodze niczym rozżarzone pęknięcia. Złote światło pulsowało nierówno, a gorąco w sali stawało się coraz bardziej duszące. Rafael cofnął rękę dopiero wtedy, gdy poczuł pieczenie aż pod skórą, ale było już za późno. Kamienny krąg zatrzeszczał głucho. A potem środek podłogi zaczął się powoli rozsuwać. Strażnicy odskoczyli natychmiast. Kilku z nich uniosło broń ponownie mimo rozkazu Valmar'a. Z głębi nowo otwartego przejścia buchnęło gorące powietrze pachnące popiołem i czymś starym. Bardzo starym. Pod kręgiem znajdowały się schody prowadzące jeszcze niżej. Lior spojrzał w ciemność i pobladł.

— Na bogów…

Niski dźwięk rozległ się znowu. Tym razem wyraźniejszy. Nie przypominał już oddechu. Przypominał bicie serca. Powolne. Ogromne. Rafael patrzył w dół nieruchomo. Coś w jego klatce piersiowej odpowiadało na ten rytm. Każde kolejne uderzenie czuł aż pod żebrami.

Wracaj.

Chłopak zrobił krok w stronę schodów.

Valmar złapał go natychmiast za ramię.
— Nie zejdziesz tam sam.

Rafael spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.
— Jeśli pozwolimy im uciec, nigdy nie dowiemy się, kto należy do kultu.

— To może być pułapka.

— Wszystko od początku było pułapką — odpowiedział cicho Rafael.  

— Ale ktoś nadal tu przychodził. Ktoś otworzył te przejścia. Ktoś działa wewnątrz zamku i czeka, aż stracę nad sobą kontrolę.

Gavriel zacisnął szczękę mocniej.
— Właśnie dlatego powinniśmy wrócić z większą liczbą ludzi.

Rafael odwrócił się gwałtownie.
— A potem co? Znowu zamkniecie mnie w komnacie? Będziecie czekać, aż wszystko samo się rozwiąże?

— Rafael—

— Nie! — przerwał ostro. Płomienie wokół kręgu wybuchły gwałtownie mocniej. — Nie chcę już przed tym uciekać! Nie chcę budzić się każdej nocy z myślą, że coś we mnie powoli przejmuje kontrolę!

Cisza uderzyła w salę niemal boleśnie. Rafael oddychał ciężko, a złote światło pod jego skórą pulsowało coraz wyraźniej.

— Chcę wiedzieć, czym jestem — powiedział ciszej. — Nawet jeśli odpowiedź mi się nie spodoba.

Valmar patrzył na niego długo. Zbyt długo. A potem powoli puścił jego ramię. Lior spojrzał na króla z niedowierzaniem.

— Valmar…

— Nie spuszczę go z oczu — odpowiedział chłodno król. — Ani na sekundę.

Coś ścisnęło Rafaela pod żebrami. Bo mimo strachu… mimo wszystkiego… Valmar nadal wybierał jego. Nawet teraz. Schody prowadziły głęboko pod ziemię. Im niżej schodzili, tym cieplejsze robiło się powietrze. Kamienne ściany pokrywały stare symbole, częściowo starte przez czas. Rafael przesuwał po nich wzrokiem coraz wolniej. Na jednej ze ścian zobaczył malowidło przedstawiające grupę ludzi klęczących wokół ognia. A pośrodku stało dziecko. Jego dłonie płonęły złotym światłem. Rafael zatrzymał się gwałtownie.

— Valmar…

Król podszedł bliżej i spojrzał na fresk. Jego twarz momentalnie stwardniała.

— To niemożliwe — mruknął Gavriel.

Bo twarz dziecka była niemal identyczna jak twarz Rafaela.

Lior przełknął ślinę nerwowo.
— To jakaś przepowiednia?

— Nie — odezwał się cicho Valmar. — To już kiedyś się wydarzyło.

Rafael poczuł lodowaty ciężar w żołądku.
— Byli inni tacy jak ja…

Nikt mu nie zaprzeczył. I właśnie to przestraszyło go najbardziej.

Książę w Ramionach Mroku 24

 

Rozdział 24 Pod zamkiem

 

Przez kilka sekund po słowach Gavriela nikt się nie odezwał. W komnacie zapadła ciężka cisza, a Rafael momentalnie poczuł nieprzyjemny ucisk pod żebrami. Valmar wyprostował się powoli i spojrzał na dowódcę chłodno.
— Kto tam był?
— Nie wiemy — odpowiedział Gavriel. — Straż znalazła otwarte przejście za magazynami południowego skrzydła. Pieczęcie zostały złamane niedawno.
Rafael zmarszczył brwi.
— Pieczęcie?
— Stare symbole ochronne. Większość była ukryta pod kamieniem. Część wyglądała, jakby coś wypaliło je od środka.

Ostatnie słowa sprawiły, że w komnacie zrobiło się jeszcze chłodniej. Valmar wymienił z Gavrielem krótkie spojrzenie.
— Ilu ludzi o tym wie?
— Tylko moi żołnierze. Kazałem zamknąć przejście i nikogo nie wpuszczać.
— Dobrze. Tak ma zostać.

Rafael słuchał ich w milczeniu, ale z każdą kolejną chwilą coraz wyraźniej czuł dziwne gorąco pod skórą. Jakby coś głęboko w nim obudziło się na samą myśl o podziemiach. Serce zaczęło bić szybciej.

Znajdź mnie.

Zacisnął dłonie gwałtownie. Valmar zauważył to od razu.
— Rafael?
Chłopak przełknął ślinę.
— Chcę tam zejść.

Gavriel natychmiast pokręcił głową.
— Nie ma mowy.
— Może właśnie tam znajdziemy odpowiedzi — powiedział Rafael, patrząc głównie na Valmara. — Jeśli to wszystko jest związane ze mną, może…
— Właśnie dlatego tam nie zejdziesz sam — przerwał mu ostro Gavriel.

Rafael uniósł wzrok. W głosie dowódcy po raz pierwszy od dawna nie było wyłącznie chłodu. Był strach. Prawdziwy, trudny do ukrycia strach. Valmar odwrócił się powoli w stronę Gavriela.
— Przygotuj ludzi.
— Wasza Wysokość—
— To rozkaz.

Ton króla przeciął powietrze jak ostrze. Gavriel zacisnął szczękę, ale skinął głową.
— Tak jest.

Kiedy drzwi zamknęły się za dowódcą, Rafael spojrzał na Valmara niepewnie.
— Naprawdę zamierzasz tam ze mną iść?
Valmar prychnął cicho.
— Myślałeś, że pozwolę ci zejść tam bez mnie?

Przez krótką chwilę Rafael naprawdę chciał się uśmiechnąć, ale wtedy gorąco pod jego skórą wróciło gwałtownie. Pulsowało nierówno, niemal boleśnie. Chłopak oparł dłoń o stół i zamknął oczy.

Wracaj do mnie.

Głos był bliżej niż wcześniej. Znacznie bliżej. Rafael zachwiał się lekko, a Valmar znalazł się przy nim natychmiast.
— Rafael.
— Słyszę to coraz częściej… — wyszeptał. — Już nawet nie tylko nocą.
Król ujął jego kark ostrożnie.
— Co mówi?
Rafael zawahał się przez moment.
— Żebym wrócił.

Tym razem nawet Valmar nie potrafił ukryć niepokoju.

Wieczorem południowy korytarz zamku był niemal całkowicie pusty. Strażnicy Gavriel’a ustawili barykady przy starym przejściu, a na kamiennych ścianach nadal widniały resztki dawnych symboli ochronnych. Część była popękana, inne wyglądały tak, jakby coś wypaliło je od środka. W powietrzu unosił się dziwny zapach wilgoci i spalenizny.

Lior stał przy wejściu razem z Gavriel’em i wyraźnie nie podobało mu się to miejsce. Co chwilę rozglądał się nerwowo po ciemnym korytarzu.
— Nadal uważam, że to fatalny pomysł — mruknął Lior.
— Nie jesteś jedyny — odpowiedział Gavriel chłodno.

Lior spojrzał na niego ostro.
— Więc czemu wyglądasz, jakbyś szedł na własną egzekucję?

Mięśnie szczęki Gavriela napięły się wyraźnie.
— Bo może właśnie tam idziemy.

Lior zmarszczył brwi, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo na końcu korytarza pojawił się Valmar z Rafaelem. Rozmowy ucichły natychmiast. Rafael miał na sobie ciemny płaszcz, jednak nawet spod materiału czasem przebijało delikatne złote światło przesuwające się pod jego skórą. Kilku strażników odruchowo odsunęło się o krok.

Valmar zatrzymał się przy ciężkiej kracie.
— Otworzyć.

Metal zaskrzypiał przeciągle. Gdy przejście uchyliło się powoli, z podziemi uderzyło lodowate, wilgotne powietrze. Rafael poczuł dreszcz przebiegający po plecach niemal natychmiast. To miejsce było stare. Starsze niż sam zamek. Czuł to całym sobą.

Niżej.

Szept zabrzmiał niemal łagodnie.

Dom.

Rafael gwałtownie zacisnął palce na rękawie płaszcza. Valmar spojrzał na niego uważnie.
— Co jest?

Chłopak milczał przez chwilę zbyt długo. Potem podniósł wzrok powoli.
— Ono wie, że tu jestem.

Valmar przez moment nic nie powiedział. W ciemnym przejściu pod zamkiem jego twarz wydawała się jeszcze bardziej napięta niż zwykle. Potem bez słowa wyciągnął rękę w stronę Rafaela. Chłopak zawahał się tylko sekundę, nim splótł z nim palce. Dopiero wtedy zeszli niżej. Kamienne schody były wąskie i nierówne. Im głębiej schodzili, tym chłodniejsze stawało się powietrze, choć Rafael czuł pod skórą dokładnie odwrotne gorąco. Z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było mu oddychać spokojnie. Miał wrażenie, że coś pod ziemią naprawdę na niego czekało.

Strażnicy nieśli pochodnie, ale ich światło dziwnie drżało. Płomienie momentami wyginały się w stronę Rafaela, jakby reagowały na jego obecność. Lior zauważył to pierwszy i ściszył głos.
— To chyba nie jest normalne…

— Nic w tym miejscu nie jest normalne — mruknął Gavriel.

Korytarz ciągnął się długo, znacznie dalej, niż ktokolwiek powinien był budować pod zamkiem. Ściany pokrywały stare symbole przypominające płomienie i pęknięcia. Niektóre wyglądały identycznie jak znaki pojawiające się czasami na skórze Rafaela. Chłopak zwolnił nagle, bo przed nimi znajdowały się ogromne kamienne drzwi. Były częściowo otwarte.

Valmar od razu położył dłoń na rękojeści miecza.
— Straż przede mną.

Dwóch żołnierzy ruszyło pierwszych. W środku panowała ciemność tak gęsta, że światło pochodni ledwo ją przebijało. Rafael jednak od początku wiedział, że nie są tam sami. Czuł czyjąś obecność. Chwilę później zauważył ślady na podłodze. Świeże odciski butów. Resztki wypalonego wosku. Ktoś był tu niedawno. Bardzo niedawno.

Gavriel zaklął cicho pod nosem.
— Powinniśmy zawrócić.

— Nie — odezwał się Rafael szybciej, niż sam się spodziewał.

Wszyscy spojrzeli na niego. Sam nie wiedział, czemu powiedział to tak stanowczo. Po prostu czuł, że musi iść dalej. Szept w jego głowie stawał się coraz wyraźniejszy.

Już blisko.

Valmar obserwował go uważnie.
— Rafael.

— Jeśli teraz wyjdziemy, oni wrócą.

— „Oni”? — zapytał Lior niepewnie.

Rafael spojrzał gdzieś w ciemność.
— Nie wiem… ale czuję ich.

Przez chwilę nikt się nie ruszał. W końcu Valmar westchnął ciężko i skinął głową strażnikom. Ruszyli dalej. Sala za drzwiami była ogromna. Znacznie większa, niż pozwalałyby na to fundamenty zamku. Pośrodku znajdował się okrągły kamienny krąg pokryty symbolami, a wokół niego ustawiono wysokie kolumny przypominające zwęglone drzewa.

Rafael zatrzymał się gwałtownie, bo część symboli świeciła złotym światłem. Takim samym jak znaki na jego skórze.

Lior odruchowo zrobił krok bliżej Gavriela. Nawet strażnicy wyglądali, jakby chcieli natychmiast opuścić to miejsce. Tylko Rafael nie potrafił oderwać wzroku od środka kręgu. Serce waliło mu coraz mocniej. A potem zobaczył coś jeszcze. Na kamieniu leżał świeży ślad krwi. Valmar momentalnie zesztywniał.
— Gavriel.

Dowódca uklęknął przy śladzie i dotknął go ostrożnie palcami.
— Jeszcze nie zaschła.

W tej samej chwili gdzieś głęboko pod nimi rozległ się niski dźwięk. Jakby coś ogromnego poruszyło się pod ziemią. Strażnicy natychmiast unieśli broń. Lior pobladł. Rafael natomiast poczuł nagłą falę gorąca przebiegającą przez całe ciało.

I wtedy symbole wokół kamiennego kręgu zapłonęły jednocześnie.

wtorek, 16 czerwca 2026

Książę w Ramionach Mroku 23

 

Rozdział 23 Nosiciel płomienia


Po obradach rady zamek wydawał się jeszcze cichszy niż wcześniej. Cisza jednak nie oznaczała spokoju. Rafael czuł spojrzenia wszędzie. Strażnicy milkli, gdy przechodził obok, służba odsuwała się dyskretnie na bok, a nawet powietrze wydawało się cięższe, jakby całe królestwo wstrzymywało oddech i czekało, aż wydarzy się coś strasznego.

Najgorsze były szepty. Nie te w jego głowie. Te prawdziwe.

— To on podpalił zachodni korytarz…
— Mówią, że to dopiero początek…
— Jeśli kult wróci…

Rafael przyspieszył kroku. Kaptur płaszcza zsunął mu się niżej na oczy, ale to nie pomagało. Nadal czuł na sobie strach ludzi. Wrócił do swoich komnat szybciej niż planował i dopiero gdy drzwi zamknęły się za nim ciężko, pozwolił sobie oprzeć dłonie o stół i zamknąć oczy. Nie powinien tu być.

Szept wrócił niemal natychmiast.

Oni już się ciebie boją.

Płomień świecy drgnął gwałtownie. Rafael cofnął rękę odruchowo.

— Zamknij się…

— Rozmawiasz już sam ze sobą?

Drgnął gwałtownie. Valmar stał przy wejściu do komnaty. Musiał wejść niemal bezszelestnie. Król wyglądał źle. Jeszcze gorzej niż rano. Rozpięty kołnierz, zmęczone oczy, dłonie pobrudzone atramentem.

Rafael zmarszczył brwi.

— Nie spałeś.

— Ty też nie.

Valmar podszedł bliżej i położył na stole kilka starych pergaminów.

— Co to?

— Kroniki sprzed trzystu lat.

Rafael spojrzał na niego niepewnie.

— Znowu byłeś w archiwach?

— Całą noc.

— Valmar…

— Muszę znaleźć sposób, żeby ci pomóc.

To zabrzmiało niemal szorstko. Jakby był już zbyt zmęczony, by ukrywać desperację. Rafael patrzył chwilę na pergaminy. Większość była nadpalona, część tekstu ledwo dało się odczytać.

— Myślałem, że wszystko związane z kultem zostało zniszczone.

— Oficjalnie tak było.

Valmar usiadł ciężko naprzeciw niego.

— Po upadku kultu płomienia podziemia pod zamkiem zostały zapieczętowane. Zakazano wejścia tam komukolwiek poza królem i wybranymi strażnikami korony. Nawet kroniki miały zostać spalone.

— Ale nie zostały.

— Nie wszystkie.

Rafael przesunął palcami po jednej z pożółkłych stron. Zobaczył symbol identyczny jak ten, który czasami pojawiał się na jego skórze. Poczuł nieprzyjemne gorąco pod palcami.

— Co właściwie tam jest? Pod zamkiem?

Valmar zawahał się pierwszy raz od początku rozmowy.

— Coś starszego niż to królestwo.

To nie zabrzmiało jak legenda. To zabrzmiało jak ostrzeżenie.

— Garilda powiedziała, że płomień „śpi” pod zamkiem.

— Powinienem był przewidzieć, że cię odnajdzie.

— Kim ona naprawdę jest?

— Jedną z ostatnich osób, które wiedzą cokolwiek o dawnym płomieniu.

— Miała go w sobie?

Valmar milczał chwilę.

— Nie tak jak ty. Ale jej ród służył kultowi przez pokolenia. Strażnicy ognia, kapłani, opiekunowie rytuałów… różnie ich nazywano.

Rafael poczuł chłód w żołądku.

— Więc ona od początku wiedziała, czym jestem?

— Podejrzewała.

— A ty?

To pytanie zawisło ciężko między nimi. Valmar spuścił wzrok na stare pergaminy.

— Nie chciałem wierzyć.

Rafael patrzył na niego długo. Potem odsunął od siebie jeden z dokumentów gwałtowniej, niż planował.

— A jeśli oni mają rację? — wyszeptał. — Jeśli naprawdę skończę jak ci wszyscy ludzie z kronik?

Valmar podniósł wzrok natychmiast.

— Nie skończysz.

— Skąd możesz to wiedzieć?!

Głos Rafaela drgnął zbyt mocno. Świece wokół nich buchnęły wyżej, a ogień zatańczył po ścianach. Valmar jednak nawet się nie poruszył.

— Bo nie jesteś sam.

Rafael zaśmiał się gorzko.

— Właśnie o to chodzi. Wszyscy wokół mnie zaczną cierpieć.

Król wstał powoli i podszedł bliżej.

— Posłuchaj mnie uważnie. Nie obchodzi mnie, co jest pod tym zamkiem. Nie obchodzi mnie, co próbował zrobić kult. Znajdę sposób, żebyś nad tym zapanował.

— A jeśli taki sposób nie istnieje?

Valmar zatrzymał się tuż przed nim.

— Wtedy stworzymy własny.

Przez chwilę Rafael tylko na niego patrzył. Na zmęczone oczy. Na napięcie ukryte pod spokojnym głosem. Na człowieka, który od tygodni prawie nie spał, bo próbował go uratować. I nagle poczuł coś gorszego niż strach.

Poczucie winy.

— Przestań ratować mnie kosztem siebie… — wyszeptał.

Valmar ujął jego twarz ostrożnie.

— Za późno.

I wtedy rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Do komnaty wszedł Gavriel. Tym razem nawet nie próbował wyglądać spokojnie.

— Wasza Wysokość… znaleźliśmy kolejne wejście do podziemi.

W komnacie natychmiast zapadła cisza.

A potem Gavriel dodał ciszej:

— I ktoś był tam przed nami.

Książę w Ramionach Mroku 22

Za chwilę wstawię jeszcze jeden chapter. Tak, żebyście mieli co poczytać :) <3  Rozdziały będą pojawiały się co tydzień. <3 Miłego czytania 

PS: Jak zawszę dziękuje za komentarz "Zośka". Miło wiedzieć, że ktoś jeszcze czyta moje wypociny <3 Zastanawiam się nad przeniesieniem się gdzieś indziej. Tutaj trudno znaleźć mój blog :( 


Rozdział 22 Przed tronem


Rafael nie opuszczał swoich komnat od wielu dni. Zasłony pozostawały zasunięte nawet w ciągu dnia, świece paliły się nisko, a powietrze było ciężkie od ciszy i zapachu popiołu. Valmar przychodził codziennie. Czasem mówił niewiele, czasem po prostu siedział obok niego godzinami, jakby sama obecność miała wystarczyć, by utrzymać Rafaela przy zdrowych zmysłach.

Tego ranka jednak wszystko było inne.

Valmar wszedł do komnaty jeszcze przed świtem. Nie miał na sobie królewskiego płaszcza, tylko ciemny mundur i pas z przypiętym mieczem. Wyglądał bardziej jak dowódca idący na wojnę niż król rozpoczynający obrady rady. Rafael siedział przy oknie, owinięty kocem i od razu zauważył napięcie w jego twarzy.

— Co się stało?

Valmar zatrzymał się kilka kroków od niego.

— Rada chce cię zobaczyć.

Rafael zesztywniał.

— Nie.

— Rafael—

— Powiedziałem nie.

Głos chłopaka drgnął mocniej, niż sam chciał. Ogień w świecach zareagował natychmiast, płomienie poruszyły się niespokojnie, ale Valmar nawet na nie nie spojrzał. Patrzył tylko na niego.

— Nie pozwolę im zrobić z ciebie potwora ukrywanego w ciemności — powiedział spokojnie.

— A jeśli nim jestem?

To pytanie zawisło między nimi ciężko i boleśnie. Valmar podszedł bliżej. Dopiero teraz Rafael zauważył, jak bardzo jest zmęczony. Cienie pod oczami, napięta szczęka, dłonie zaciskające się momentami tak mocno, jakby ledwo panował nad własnym gniewem.

— Nie jesteś nim.

— Skąd możesz to wiedzieć? — wyszeptał Rafael. — Ja już sam nie wiem, co siedzi mi w głowie.

Przez chwilę Valmar milczał. Potem uklęknął przed nim powoli i położył dłonie na jego kolanach.

— Bo widziałem cię wtedy, gdy byłeś przerażony tym, co zrobiłeś. Potwory nie boją się własnych czynów.

Rafael poczuł pieczenie pod powiekami.

— Oni chcą mnie zabić.

— Nie pozwolę na to.

— Nie możesz walczyć z całym królestwem.

Valmar spojrzał na niego długo.

— Spróbuję.

To zabrzmiało zbyt szczerze. Zbyt prawdziwie. I właśnie dlatego przeraziło Rafaela najbardziej.

Korytarze zamku wydawały się dziwnie ciche, gdy szli w stronę sali obrad. Strażnicy odwracali wzrok albo przeciwnie — obserwowali Rafaela z napięciem, jakby spodziewali się, że za chwilę wszystko wokół stanie w ogniu. Rafael szedł blisko Valmara, z opuszczoną głową i kapturem narzuconym na włosy. Czuł spojrzenia na własnej skórze.

Przy wejściu do sali czekali już Gavriel i Lior.

Lior ruszył pierwszy.

— Rafael…

W jego głosie było tyle ulgi, że chłopakowi ścisnęło gardło. Lior wyglądał, jakby od wielu dni nie spał normalnie. Bez zastanowienia objął Rafaela mocno, a ten przez chwilę naprawdę miał ochotę po prostu się w niego wtulić i zapomnieć o wszystkim.

Ale wtedy zauważył Gavriela.

Dowódca stał kilka kroków dalej w pełnej czarnej zbroi. Wyprostowany. Napięty. Jego dłoń spoczywała blisko rękojeści miecza niemal odruchowo. I patrzył na Rafaela inaczej niż wcześniej. Uważniej. Ostrożniej. Jak na coś, czego nie był już pewien. Rafael poczuł zimno pod żebrami. Lior też to zauważył. Odwrócił się gwałtownie w stronę Gavriela.

— Naprawdę aż tak bardzo mu nie ufasz?

— To nie kwestia zaufania.

— Więc czego?

Gavriel milczał chwilę zbyt długo.

— Bezpieczeństwa.

Lior prychnął z niedowierzaniem.

— On jest naszym przyjacielem.

— A jeśli pewnego dnia przestanie nim być?

Cisza po tych słowach była niemal gorsza od krzyku. Rafael spuścił wzrok.

Valmar zrobił krok do przodu natychmiast.

— Wystarczy.

Ton jego głosu był lodowaty. Gavriel od razu skłonił głowę, ale napięcie nie zniknęło. Wręcz przeciwnie. Tylko urosło.

Drzwi sali obrad otworzyły się ciężko. W środku panowała niemal absolutna cisza. Dziesiątki spojrzeń skierowały się od razu na Rafaela. Lordowie siedzący przy długim stole nie wyglądali na wściekłych. Wyglądali na przestraszonych. I to było dużo gorsze.

Rafael poczuł, jak jego oddech zaczyna przyspieszać.

Valmar położył dłoń na jego plecach i poprowadził go prosto w stronę tronu. Nie pozwolił mu usiąść niżej. Nie pozwolił mu zostać z boku. Posadził go obok siebie. Wyraźnie. Publicznie. Jakby chciał przypomnieć wszystkim obecnym, po czyjej stronie stoi król.

Przez długą chwilę nikt się nie odzywał.

A potem jeden ze starszych lordów wstał powoli.

— Czy to prawda — zaczął ostrożnie — że moc chłopca wymknęła się spod kontroli?

Rafael poczuł, jak wszystkie spojrzenia znów wbijają się w niego mocniej, ale Valmar odpowiedział pierwszy.

— Uczy się nad nią panować.

— A jeśli mu się nie uda?

Kolejny lord odezwał się natychmiast:

— Kilku ludzi zostało rannych.

— Następnym razem może spłonąć pół zamku.

— To nie był jego wybór — warknął Valmar.

— Ale może stać się naszym problemem.

Rafael zacisnął dłonie na materiale własnego płaszcza tak mocno, że aż zabolały go palce. I wtedy usłyszał szept.

Nie walcz z nimi.

Płomienie w świecach poruszyły się gwałtownie. Kilku lordów odsunęło się odruchowo. Valmar zauważył to natychmiast. Bez słowa sięgnął dłonią pod stół i ścisnął rękę Rafaela mocno. Stabilnie. Jak kotwicę.

— Nikt nie skrzywdzi go pod moim dachem — powiedział chłodno król. — I radzę wszystkim dobrze o tym pamiętać.

W sali zrobiło się jeszcze ciszej. Bo pierwszy raz zabrzmiał nie jak władca chroniący poddanego. Tylko jak człowiek gotowy zagrozić własnemu królestwu dla jednej osoby.

piątek, 5 czerwca 2026

Książę w Ramionach Mroku 21

 

Rozdział 21 Ci, którzy pamiętają

Huk nad podziemiami rozległ się ponownie, tym razem znacznie bliżej. Kamienne ściany zadrżały lekko, a z sufitu osypał się pył. Rafael odruchowo spojrzał w stronę schodów prowadzących wyżej, ale Garilda nagle chwyciła go mocno za nadgarstek.

— Musimy iść. Teraz.

Rafael wyrwał rękę niemal odruchowo. — Kto nas szuka?

— Ludzie, którzy nie mogą cię jeszcze zobaczyć w tym miejscu. — Jej głos był spokojny, ale wyraźnie napięty. — Jeśli zostaniesz tutaj, znajdą cię wszyscy naraz. Straż. Lordowie. Ludzie kultu. A wtedy nikt nie będzie już myślał rozsądnie.

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę wąskiego przejścia ukrytego pomiędzy filarami. Kamienna ściana otworzyła się ciężko, odsłaniając ciemny tunel schodzący jeszcze głębiej pod zamek. Rafael zawahał się tylko sekundę, zanim poszedł za nią.

Tunel był wąski, wilgotny i gorący jednocześnie. Im dalej schodzili, tym mocniej Rafael czuł dziwne pulsowanie pod skórą. Jakby coś znajdującego się pod zamkiem reagowało na jego obecność. W końcu zatrzymał się gwałtownie i oparł dłoń o kamienną ścianę.

— To przez to miejsce? — zapytał cicho, ale ostro. — Dlatego tracę kontrolę?

Garilda odwróciła się do niego powoli. — Nie. To miejsce nie tworzy mocy, Rafaelu. Ono ją budzi.

Poczuł nieprzyjemny ciężar pod żebrami. — Więc naprawdę coś jest ze mną nie tak.

— Jesteś tym, czym cię stworzono.

Te słowa zabolały bardziej, niż powinny. Rafael odwrócił wzrok gwałtownie i ruszył dalej tunelem, próbując uspokoić oddech. Każda kolejna odpowiedź tylko pogarszała wszystko. Kult. Naczynie. Matka, która go kochała i jednocześnie przygotowywała dla czegoś starszego od całego królestwa. Nie wiedział już, czego powinien bać się bardziej.

Nad nimi znowu rozległ się huk, tym razem bliżej.

— Kto dokładnie nas ściga? — zapytał Rafael.

— Ludzie, którzy od dawna szukali serca zamku. — Garilda zwolniła dopiero, gdy tunel rozszerzył się w starą kamienną komnatę pełną wypalonych symboli. — Kult płomienia nigdy naprawdę nie zniknął. Po upadku świątyń część wyznawców ukryła się na dworach. W armiach. Wśród doradców. Czekali przez lata.

Rafael spojrzał na nią gwałtownie. — Na mnie?

— Na przebudzenie.

Poczuł lodowaty dreszcz mimo gorąca wokół. Nagle wszystkie szepty na dworze zaczęły nabierać nowego znaczenia. Spojrzenia. Strach. Ludzie obserwujący go zbyt długo. Może niektórzy wiedzieli od początku.

Garilda nagle uniosła głowę, jakby coś usłyszała. Chwilę później w tunelu rozległ się znajomy głos.

— Odsuń się od niego.

Rafael odwrócił się gwałtownie.

Valmar stał kilka metrów dalej z mieczem w dłoni. Wyglądał, jakby przebiegł przez pół zamku — włosy miał rozczochrane, oddech ciężki, a na ciemnym płaszczu widniały ślady sadzy. Za nim zatrzymali się strażnicy, ale żaden nie odważył się wejść głębiej w podziemia. Król patrzył wyłącznie na Rafaela, jakby bał się, że chłopak zniknie, jeśli choć na moment spuści go z oczu.

Valmar stał nieruchomo pośród ciemnego tunelu, a światło płomieni odbijało się w jego czerwonych oczach. Przez chwilę nikt się nie poruszył. Nawet strażnicy za jego plecami wyglądali tak, jakby bali się oddychać zbyt głośno.

Garilda westchnęła cicho. — Nadal próbujesz chronić go siłą.

— A ty próbujesz go wykorzystać — odpowiedział lodowato Valmar.

— Gdybym chciała go wykorzystać, już dawno oddałabym go kultowi.

Król zacisnął mocniej dłoń na rękojeści miecza. — Nie wypowiadaj przy nim tej nazwy !!

Rafael czuł narastające napięcie niemal fizycznie. Ogień pod jego skórą znowu zaczął reagować niespokojnie, jakby emocje wszystkich wokół mieszały się z jego własnymi. Gorąco pulsowało coraz mocniej w dłoniach i klatce piersiowej. Valmar zrobił powolny krok do przodu. 

— Rafael. Chodź do mnie. 

To powinno być proste. Powinien ruszyć bez wahania. Przecież ufał mu bardziej niż komukolwiek innemu. A jednak głosy odezwały się ponownie, ciche i lepkie, niemal czule.

On też zacznie się ciebie bać.

Rafael drgnął gwałtownie i cofnął się o krok. Valmar zauważył to natychmiast. W jego spojrzeniu pojawił się ból, ale nie zatrzymał się.

— Spójrz na mnie — powiedział spokojnie. — Tylko na mnie.

Rafael przełknął ślinę i uniósł wzrok. Dopiero wtedy zobaczył, jak zmęczony wygląda Valmar. Jak bardzo był spięty. Jak bardzo się bał. Ale mimo tego nadal szedł w jego stronę. Bez zawahania.

— Nie powinieneś tu być — wyszeptał Rafael. — Jeśli znowu stracę kontrolę…

— To sobie poradzimy.

— Valmar—

— Poradzimy sobie.

Te słowa powinny uspokajać. A jednak Rafael czuł tylko coraz większy ciężar pod żebrami.

— Oni chcą mnie zabić — powiedział nagle.

Król zatrzymał się kilka kroków przed nim. — Nie pozwolę na to.

— Nie możesz zatrzymać całego królestwa.

— Mogę zatrzymać każdego, kto spróbuje cię tknąć.

Garilda obserwowała ich w milczeniu, ale w jej oczach pojawił się niepokój.

— Wasza Wysokość… to właśnie doprowadzi do wojny.

Valmar nawet na nią nie spojrzał. — Więc niech będzie wojna.

Rafael poczuł, jak serce ściska mu się boleśnie. To nie tak miało wyglądać. Nie chciał być powodem chaosu. Nie chciał patrzeć, jak wszystko wokół zaczyna się rozpadać przez niego.

— Przestań… — wyszeptał. — Przestań mówić tak, jakbym był wart więcej od całego twojego królestwa.

Valmar spojrzał na niego długo. — A jeśli właśnie jesteś?

Te słowa uderzyły mocniej niż powinny. Rafael odwrócił wzrok gwałtownie, czując narastające gorąco pod skórą. Płomienie przy ścianach poruszyły się niespokojnie.

Garilda zauważyła to pierwsza.

— Rafael—

— Nie — przerwał jej od razu. — Nie mów mi, żebym się uspokoił.

Oddychał coraz szybciej. Głosy wracały znowu. Ciche. Coraz liczniejsze.

Pozwól nam wyjść.

Zacisnął dłonie na własnych rękawach tak mocno, że aż zabolały go palce.

Valmar powoli schował miecz do pochwy i zrobił ostatni krok, zmniejszając dystans między nimi niemal do zera.

— Rafael. Podejdź do mnie.

— A jeśli cię skrzywdzę?

— Nie skrzywdzisz.

— Skąd możesz to wiedzieć?!

W tunelu nagle zrobiło się goręcej. Strażnicy za plecami króla cofnęli się odruchowo.

Valmar jednak nawet nie drgnął.

— Bo ci ufam.

Rafaelowi załamał się oddech. To było najgorsze. Nie strach ludzi. Nie głosy. Nie kult. Tylko to, że Valmar nadal mu ufał, podczas gdy on sam coraz bardziej przestawał ufać sobie. Przez chwilę po prostu patrzyli na siebie w ciszy. A potem Rafael powoli zrobił jeden krok do przodu. I jeszcze jeden. Valmar odetchnął niemal niezauważalnie, jakby dopiero teraz pozwolił sobie uwierzyć, że naprawdę go odzyskał. Ale wtedy zza pleców strażników rozległ się kolejny głos.

— Wasza Wysokość.

Do tunelu wszedł jeden z królewskich doradców. Twarz miał bladą i wyraźnie spiętą.

— Rada już się rozpoczęła. Lordowie żądają natychmiastowej decyzji w sprawie księcia Rafaela.

Cisza zgęstniała natychmiast.

— Jakiej decyzji? — zapytał chłodno Valmar, choć chyba znał odpowiedź.

Doradca zawahał się tylko sekundę.

— Izolacji. Aresztu. Niektórzy mówią już otwarcie o egzekucji, zanim moc całkowicie się przebudzi.

Rafael poczuł nagły chłód mimo gorąca wypełniającego podziemia. W głowie natychmiast pojawiły się obrazy ludzi cofających się przed nim na korytarzach. Strach służby. Szepty. Przerażone spojrzenia. I może najgorsze było to, że zaczynał ich rozumieć. Valmar powoli objął go dłonią za kark i przyciągnął bliżej siebie, jakby chciał pokazać wszystkim wokół, po czyjej stoi stronie.

— Nie pozwolę im go tknąć — powiedział lodowato.

Garilda patrzyła na niego długo, a potem zamknęła oczy.

— A jeśli pewnego dnia będziesz musiał wybierać między nim a własnym królestwem?

Valmar odpowiedział bez chwili zawahania.

— Już wybrałem.

wtorek, 2 czerwca 2026

Książę w Ramionach Mroku 20

 

Rozdział 20 Serce pod zamkiem

Ogień pulsował powoli pośrodku komnaty, rzucając złote światło na kamienne ściany. Rafael stał nieruchomo kilka kroków od Garildy, czując, jak gorąco wnika pod jego skórę coraz głębiej. Nie przypominało zwykłego ciepła. Było żywe. Oddychało razem z nim.

A może przeciwko niemu.

Garilda patrzyła na niego spokojnie, jakby czekała na ten moment od wielu lat. W półmroku wyglądała zupełnie inaczej niż kobieta, którą mijał codziennie w zamkowych korytarzach. Starsza, zmęczona kucharka zniknęła. Teraz widział w niej coś znacznie bardziej niepokojącego. Coś starego.

Rafael przełknął ślinę.

— Co to za miejsce?

Kobieta przesunęła dłonią po kamiennym filarze pokrytym symbolami płomieni.

— Fundament zamku. Najstarsza część Północy. Powstała jeszcze zanim wybudowano pierwsze mury. — Spojrzała na ogień. — Królowie wierzyli, że ukryli to miejsce dawno temu. Ale pewnych rzeczy nie da się naprawdę pogrzebać.

Rafael czuł, jak serce bije mu coraz szybciej.

— Co to jest?

Garilda uśmiechnęła się smutno.

— To, czego bali się twoi przodkowie. I to, czemu twoja matka oddała całe życie.

Płomienie drgnęły gwałtownie, jakby reagowały na jej słowa. Rafael cofnął się odruchowo.

— Nie rozumiem.

— Rozumiesz bardziej, niż chciałbyś przyznać.

Głos kobiety był spokojny, ale każde słowo wbijało się pod skórę jak cierń.

— Od tygodni słyszysz głosy. Czujesz gniew, którego wcześniej w sobie nie miałeś. Ogień odpowiada na twoje emocje. Śni ci się matka. To nie przypadek, Rafaelu.

Chłopak zacisnął dłonie.

— Powiedz wreszcie prawdę.

Garilda przez chwilę milczała.

— Dawno temu istniał zakon płomienia. Nie był religią. Nie do końca. Bardziej… strażnikami czegoś, czego ludzie nie rozumieli. Wierzyli, że ogień jest żywą siłą. Że wybiera ludzi, którzy mogą stać się jego naczyniami.

Rafael poczuł lodowaty ciężar w żołądku.

— Więc to prawda…

— Twoja matka należała do nich.

Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewał.

Przez całe życie próbował trzymać się wspomnień o niej jak czegoś bezpiecznego. Ostatniej dobrej rzeczy, jaka mu została. A teraz wszystko zaczynało się rozpadać.

— Ona mnie kochała… — wyszeptał bardziej do siebie niż do Garildy.

Kobieta spojrzała na niego dziwnie łagodnie.

— Kochała. Właśnie dlatego to zrobiła.

Rafael uniósł gwałtownie wzrok.

— Przygotowała mnie na to?!

— Myślała, że cię ocali. Że jeśli moc obudzi się pod jej kontrolą, nie staniesz się potworem.

— Potworem… — powtórzył cicho.

Płomienie wokół nich poruszyły się niespokojnie.

Garilda zrobiła krok bliżej.

— Twoja matka wierzyła, że obecny świat jest chory. Że królestwa gniją od środka. Że tylko prawdziwy ogień może wszystko oczyścić.

Rafael poczuł mdłości.

— Nie… ona nie chciała nikogo skrzywdzić.

— Fanatycy bardzo rzadko myślą, że robią coś złego.

Zapadła cisza.

Rafael odwrócił wzrok. Nagle zrobiło mu się duszno. Jakby ściany komnaty zaczynały się zaciskać wokół niego.

— Dlaczego mi to mówisz?

Garilda patrzyła na niego długo.

— Bo jesteś ostatnim z nich.

— Nie chcę tym być.

— To nie ma już znaczenia.

Te słowa wywołały w nim nagły wybuch gniewu.

Ogień eksplodował gwałtownie wokół sali. Złote płomienie wspięły się po filarach, a temperatura wzrosła tak szybko, że Rafael aż cofnął się o krok.

— Przestań mówić tak, jakby wszystko było już przesądzone!

Garilda nawet nie drgnęła.

I właśnie wtedy Rafael zrozumiał coś jeszcze. Płomienie jej nie dotykały. Nie cofały się przed nią. Nie reagowały agresywnie. Otaczały ją spokojnie. Rafael patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.

— Ty też…

Kobieta uśmiechnęła się blado.

— Dawno temu ogień wybrał również mnie.

Przez chwilę Rafael po prostu stał nieruchomo.

— Więc jesteś taka jak ja?

— Nie. — Pokręciła głową powoli. — Ty jesteś czymś znacznie bardziej niebezpiecznym.

Te słowa zawisły między nimi ciężko. Rafael poczuł nagły chłód mimo gorąca wypełniającego komnatę.

— Dlaczego zostałaś w zamku?

— Żeby cię pilnować.

— Dla kultu?

Garilda zawahała się pierwszy raz.

— Dla twojej matki.

To zabrzmiało prawie jak wyrzut sumienia.

Rafael patrzył na nią długo, próbując zrozumieć, czy może jej wierzyć choć odrobinę. Ale zanim zdążył odpowiedzieć, nagle usłyszał odległy huk. Krzyki. I dźwięk otwieranych metalowych wrót gdzieś wysoko nad nimi.

Garilda odwróciła głowę.

— Za późno…

Rafael zmarszczył brwi.

— O czym ty mówisz?

Kobieta spojrzała na niego z niepokojem, którego wcześniej u niej nie widział.

— Oni już wiedzą, że tu jesteś.