Rozdział 34 – Serce ognia
Kolejny krzyk przeszył zamek
tak gwałtownie, że nawet kamienne ściany zdawały się zadrżeć. Rafael poderwał
głowę natychmiast. Oddychał szybko, nierówno, a złote światło pod jego skórą
pulsowało coraz mocniej.
— Gavriel…
Lior od razu złapał go za
ramiona.
— Raffy, spokojnie—
— Oni sobie nie poradzą…
To nie zabrzmiało jak domysł. To zabrzmiało tak, jakby naprawdę widział, co dzieje się kilka poziomów niżej.
Wracaj.
Pozwól nam wejść.
Rafael syknął cicho,
zaciskając dłonie na własnej koszuli. Płomienie w kominku buchnęły wyżej.
Valmar ruszył do niego
natychmiast.
— Rafael, zostajesz tutaj.
Chłopak spojrzał na niego gwałtownie. W jego oczach po raz pierwszy od dawna nie było tylko strachu. Była desperacja.
— Jeśli tam nie pójdę, oni
zginą.
I zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać, wyrwał się z objęć Lior'a i wybiegł z komnaty. Valmar zaklął gwałtownie i ruszył za nim razem z Lior'em.
Korytarze zamku pogrążone były
w chaosie. Strażnicy biegali z pochodniami, część służby barykadowała drzwi, a
w powietrzu unosił się ciężki zapach dymu i krwi. Rafael biegł jednak bez
zawahania, jakby coś prowadziło go dokładnie tam, gdzie powinien dotrzeć.
Im niżej schodzili, tym gorzej
wyglądały korytarze. Na ścianach pojawiały się długie smugi krwi, gdzieniegdzie
leżały porzucone miecze i pochodnie. Jeden z martwych strażników nadal trzymał
kurczowo własne gardło, choć połowa jego klatki piersiowej była rozerwana jak
papier.
Lior pobladł gwałtownie.
— Boże…
Rafael prawie tego nie zauważył. Słyszał już tylko głosy. I krzyki.
Kiedy wbiegli do zachodniego korytarza, wszystko wyglądało jak scena z koszmaru. Gavriel i kilkunastu strażników cofali się powoli, próbując utrzymać linię obrony, ale ludzie byli wyraźnie przerażeni. Kamienna posadzka była śliska od krwi, a kilka ciał leżało pod ścianami w nienaturalnych pozycjach. To coś nie miało już normalnego kształtu.
Mrok przesuwał się po suficie i ścianach jak żywe stworzenie. Czasami przypominał ludzką sylwetkę, ale chwilę później wydłużał się w długie, czarne kończyny zakończone czymś przypominającym spalone palce. Rozżarzone oczy błysnęły w ciemności.
Jeden ze strażników wrzasnął nagle, kiedy cień rzucił się na niego z sufitu. Rozległ się mokry trzask łamanych kości, a potem potwór dosłownie przeciągnął mężczyznę po podłodze. Paznokcie strażnika zostawiły długie, krwawe ślady na kamieniach, zanim jego ciało zniknęło w ciemności. Krzyk urwał się gwałtownie. Kilka sekund później spod cienia wytoczył się fragment rozerwanego ramienia.
Gavriel zauważył Rafaela od
razu.
— Co wy do cholery robicie?!
Mieliście zostać na górze!
Ale było już za późno. Potwór momentalnie wyczuł obecność Rafaela.
Cień zatrzymał się gwałtownie. Rozżarzone oczy odwróciły się prosto na niego.
Wracaj.
Korytarz zatrząsnął się lekko.
Rafael zachwiał się, ale nie cofnął ani o krok. Złote światło zaczęło przesuwać się po jego szyi i dłoniach coraz mocniej. Valmar zamarł. Bo pierwszy raz ogień nie wyglądał już jak coś wymykającego się spod kontroli. Wyglądał, jakby odpowiadał Rafaelowi. Potwór ruszył powoli do przodu. Strażnicy momentalnie cofnęli się w panice. Tylko Rafael został nieruchomo pośrodku korytarza.
— Raffy, odsuń się! — krzyknął
Lior.
Ale chłopak ledwo go słyszał.Głosy w jego głowie wrzeszczały coraz głośniej.
Otwórz drogę.
Wracaj do nas.
Oddaj nam serce.
Rafael zacisnął pięści tak
mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórę.
— Nie jesteście mną… —
wyszeptał drżąco.
Cień zawył gwałtownie. I rzucił się prosto na strażników stojących najbliżej Gavriela. Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Jeden z ludzi nawet nie zdążył unieść miecza. Czarna kończyna przebiła jego brzuch na wylot, a chwilę później ciało zostało odrzucone na ścianę z mokrym trzaskiem łamanych kości. Krew rozbryznęła się po kamieniach i twarzy stojącego obok strażnika. Linia obrony zaczęła się łamać. I wtedy Rafael krzyknął.
Złote światło eksplodowało z jego ciała jak fala ognia. Płomienie wystrzeliły po ścianach i suficie, odcinając potwora od ludzi dosłownie w ostatniej chwili. Uderzenie było tak silne, że część strażników przewróciła się na ziemię.
Cień zawył przeraźliwie. Po raz pierwszy. Z bólu.
Rafael oddychał ciężko, cały drżąc. Krew spłynęła mu cienką strużką z nosa, ale mimo to zrobił krok do przodu. Potem kolejny. Valmar patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
— Rafael…
Chłopak nawet nie odwrócił
głowy.
Bo po raz pierwszy od początku tego koszmaru naprawdę czuł, że może walczyć. Cień cofnął się gwałtownie pod ścianę, wijąc się chaotycznie pomiędzy płomieniami. Fragmenty ciemności odrywały się od niego i rozpływały w powietrzu jak spalony popiół. A wtedy Rafael zobaczył coś jeszcze. Twarze.
Na ułamek sekundy w środku cienia pojawiły się ludzkie sylwetki. Spalone. Wykrzywione bólem. Jakby dziesiątki ludzi były uwięzione w środku tego czegoś. Nosiciele. Poprzedni. Rafael zamarł gwałtownie. I właśnie ta chwila zawahania wystarczyła. Potwór rzucił się prosto na niego z rykiem.
Valmar był szybszy.
W jednej chwili znalazł się przed Rafaelem, przecinając cień mieczem. Ogień eksplodował wokół nich gwałtownie, a korytarz zatrząsł się tak mocno, że z sufitu posypały się kamienie. Strażnicy zaczęli krzyczeć. Ktoś został przygnieciony odłamkiem filaru.
Lior dopadł do Rafaela i
szarpnął go do tyłu.
— Raffy! Musimy się wycofać!
Ale chłopak patrzył już tylko na wijący się w ogniu cień. Bo właśnie zrozumiał coś przerażającego. To coś nie próbowało go zabić. Ono próbowało wrócić do domu.