poniedziałek, 14 września 2026

Książę w Ramionach Mroku 42

 

Rozdział 42 – Krew i cień

Krzyki rozniosły się po tunelach niemal natychmiast, odbijając się echem od kamiennych ścian. Rafael zesztywniał gwałtownie, bo słyszał ich dużo wyraźniej niż pozostali. Kroki. Przyspieszone oddechy. Metal ocierający się o kamień. I serca bijące szybko gdzieś w ciemności.

Za dużo serc.

— Ilu ich jest… — wyszeptał Lior.

— Wystarczająco — mruknął Gavriel, wyciągając miecz. — Ustawić się przy wejściu!

Strażnicy momentalnie przesunęli się bliżej tunelu prowadzącego do kuźni. Valmar nadal trzymał ostrze w dłoni, a czerwone zdobienia na rękojeści pulsowały niespokojnie, jakby broń reagowała na zbliżający się cień.

Rafael poczuł nagły ucisk pod żebrami.

Nie głód.

Coś gorszego.

Serce płomienia budziło się coraz mocniej.

Kolejny wstrząs przeszedł przez podziemia. Tym razem tak silny, że część kamieni odpadła od sufitu. Jeden ze strażników ledwo uskoczył w bok.

A potem z ciemności wyłonili się pierwsi ludzie kultu.

Czarne kaptury.

Zakryte twarze.

Symbole wypalone na dłoniach.

Szli powoli, niemal spokojnie, jakby byli absolutnie pewni, że już wygrali.

Rafael poczuł lodowaty chłód przebiegający po karku.

Rozpoznawał te symbole.

Widział je w snach.

Na ludziach stojących wokół płonących dzieci.

Lior przesunął się bliżej Rafaela odruchowo.

— Raffy…

Jeden z kultystów zatrzymał się nagle kilka metrów od wejścia do kuźni.

— Naczynie żyje — powiedział ochryple.

Rafael poczuł obrzydzenie niemal natychmiast.

Nie „Rafael”.

Nie człowiek.

Naczynie.

Valmar momentalnie stanął przed nim.

— Jeszcze jedno słowo i wyrwę ci język.

Kultysta zaśmiał się cicho spod kaptura.

— Za późno, Valmarze. Serce już się budzi.

Za jego plecami pojawili się kolejni. Dziesiątki.

Gavriel zaklął pod nosem.

— Świetnie.

Rafael ścisnął mocniej palce na ostrzu.

I wtedy usłyszał coś jeszcze.

Szept.

Nie należący do kultu.

Uciekaj.

Chłopak drgnął gwałtownie. - Nosiciele.

Valmar spojrzał na niego natychmiast.

— Rafael?

— Oni nie przyszli tylko po ostrze.

Jakby w odpowiedzi podłoga zatrzęsła się gwałtownie. Pęknięcie przebiegło przez część kamiennej sali, a z głębi tuneli rozległ się niski ryk.

Nie ludzki.

Lior pobladł momentalnie.

— O nie…

Kultysta stojący najbliżej uniósł dłonie powoli.

— Serce płomienia wraca do życia. Wasza walka nie ma już znaczenia.

Valmar uniósł miecz bez wahania.

— Spróbuj powiedzieć to jeszcze raz.

Ale Rafael nagle zrozumiał coś dużo gorszego. Cień nie próbował ich zabić. Jeszcze nie. On próbował odzyskać ostrze.

— Val…

Król spojrzał na niego gwałtownie.

— Ono chce tej broni.

I niemal natychmiast wszyscy poczuli to samo. Powietrze zrobiło się cięższe. Dużo cięższe. Płomienie wokół paleniska zgasły jednocześnie. A potem cień pojawił się pośrodku sali.

Nie cały.

Jeszcze nie.

Czarna masa przypominająca dym zaczęła wylewać się ze szczelin w podłodze, wijąc się wokół kamieni jak żywe stworzenie. Strażnicy cofnęli się odruchowo.

Jeden z nich nie zdążył.

Cień uderzył w niego gwałtownie.

Mężczyzna nawet nie zdążył krzyknąć.

Czarne smugi owinęły się wokół jego ciała, a potem jego skóra zaczęła pękać. Dosłownie. Jakby coś wypalało go od środka. Krew trysnęła na kamień, a ciało rozpadło się gwałtownie w rękach cienia, zostawiając po sobie jedynie zwęglone kości.

Lior odruchowo złapał Rafaela za rękę.

— Boże…

Drugi strażnik rzucił się do przodu z mieczem, ale cień przeciął go niemal na pół jednym ruchem czarnej masy. Wnętrzności rozlały się po kamiennej podłodze, a krzyk urwał się nagle, kiedy cień pochłonął resztę jego ciała.

Kult nie cofnął się ani o krok.

Wręcz przeciwnie.

Kilku z nich uklękło.

Jakby właśnie widzieli własnego boga.

Rafael poczuł mdłości.

— Oni są szaleni…

— Nie. — Gavriel ścisnął miecz mocniej. — Oni są fanatykami.

Cień zawył gwałtownie.

Tym razem cały zamek zatrząsł się tak mocno, że część sufitu runęła na tyły kuźni. Strażnicy zaczęli krzyczeć, próbując utrzymać pozycję.

Valmar przesunął się bliżej Rafaela.

— Musimy stąd wyjść. Teraz.

Ale było już za późno. Cień zatrzymał się nagle. I skierował się dokładnie na Rafaela. Chłopak poczuł lodowaty ucisk pod żebrami. Bo mimo przemiany… mimo śmierci… mimo utraty ognia… Cień nadal go pamiętał.

Cień zatrzymał się kilka kroków przed Rafael'em. Nie miał twarzy ani prawdziwego ciała, a jednak chłopak czuł na sobie jego spojrzenie wyraźniej niż wzrok jakiegokolwiek człowieka. Czarna masa falowała niespokojnie, jakby próbowała zdecydować, czy rzucić się na niego natychmiast, czy zrobić coś znacznie gorszego.

W jego głowie rozległ się niski szept.

Wróć.

Chłopak zacisnął palce na ostrzu gwałtowniej.

— Nie.

Cień poruszył się natychmiast.

Valmar był szybszy.

Król rzucił się przed Rafael'a dokładnie w chwili, gdy czarna masa eksplodowała do przodu. Ostrze przecięło powietrze gwałtownie i po raz pierwszy cień zawył z bólu. Nie jak zwierzę. Jak coś starego i wściekłego.

Czerwone zdobienia na rękojeści rozbłysły gwałtownie.

Miecz przeciął cień.

Dosłownie.

Czarna masa rozpadła się na moment, cofając się gwałtownie po kamieniach niczym wrząca ciecz.

Wszyscy zamarli.

Gavriel spojrzał na ostrze z niedowierzaniem.

— To naprawdę działa…

Valmar oddychał ciężko, nadal stojąc przed Rafael'em.

— Bo powinno.

Ale Rafael widział coś dużo gorszego.

Cień się nie bał.

On był wściekły.

Czarna masa zaczęła zbierać się ponownie szybciej niż wcześniej. Pulsowała gwałtownie, a z każdą sekundą robiła się większa.

Kult zaczął szeptać coś pod kapturami.

Modlitwy.

Rytuał.

Rafael poczuł lodowaty ucisk w żołądku.

— Oni go wzmacniają…

Gavriel odwrócił się gwałtownie do strażników.

— Zabić ich! Wszystkich!

Wybuchł chaos.

Strażnicy rzucili się na kultystów, a wąskie tunele natychmiast wypełniły się krzykami i szczękiem metalu. Jeden z ludzi kultu wyciągnął ukryte ostrze i poderżnął gardło strażnikowi stojącemu najbliżej. Krew trysnęła na kamienne symbole, a cień zawył z satysfakcją.

— Nie pozwólcie im krwawić na symbole! — krzyknął Rafael.

Za późno.

Krew spływająca po kamieniach rozjarzyła stare znaki czerwonym światłem. Cała kuźnia zatrzęsła się gwałtownie.

I wtedy cień uderzył znowu. Tym razem prosto w kultystów.

Rafael patrzył z przerażeniem, jak czarna masa dosłownie rozrywa ich na kawałki. Ciała pękały pod jej dotykiem jak zbyt cienkie szkło. Kości trzaskały głośno, krew rozlewała się po podłodze, a krzyki urywały się jeden po drugim. Cień nie odróżniał już swoich od obcych.

On był głodny.

Lior pobladł gwałtownie, kiedy fragment ludzkiego ramienia uderzył o kamień kilka kroków od niego.

— O kurwa…

Gavriel wbił miecz w pierś kolejnego kultysty i od razu odciągnął Lior'a, przyciągając go bliżej siebie.

— Nie patrz.

— Trochę trudno nie patrzeć!

Valmar nadal stał przed Rafael'em, nie opuszczając ostrza nawet na centymetr.

A Rafael nagle zrozumiał coś jeszcze.

Cień nie próbował zabić go od razu. On próbował odzyskać połączenie. Szept wrócił niemal natychmiast.

Jesteś mój.

Rafael zacisnął szczękę tak mocno, że zabolało.

— Nie należę do ciebie.

Cień zawył gwałtownie. I wtedy cała kuźnia eksplodowała ciemnością.

1 komentarz:

  1. Hejka,
    naprawdę wspaniale, ale mam przeczucie że powoli zbliżamy się do końca tej hiatorii, a za bardzo nie chcę się z nimi rozstawać...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Zośka

    OdpowiedzUsuń