Rozdział 39 – Serce płomienia
Burza nie ustępowała przez
całą noc. Wiatr uderzał w mury zamku z taką siłą, jakby coś próbowało dostać
się do środka, a głuche drgania pod fundamentami wracały coraz częściej. Rafael
siedział na łóżku oparty o wezgłowie, nadal blady po przemianie i wyraźnie
osłabiony. Czuł się dziwnie lekki. Ogień zniknął. Żadnych szeptów. Żadnego gorąca pod skórą.
Żadnego bólu rozrywającego wnętrzności. Powinien czuć ulgę, a jednak pustka po
nim wydawała się niemal nienaturalna.
Valmar siedział obok i nie
puszczał jego dłoni ani na moment, jakby nadal próbował upewnić się, że Rafael
naprawdę wrócił. Lior krążył niespokojnie po komnacie, co chwilę zerkając na
chłopaka, a Gavriel stał przy oknie, obserwując ciemność za szybami.
— Zwiadowcy wrócili z dolnych
korytarzy — odezwał się w końcu. — Kult opuścił stare komnaty rytualne.
Valmar uniósł wzrok powoli.
— Uciekli?
— Nie. Schodzą coraz głębiej
pod zamek, jakby wszyscy zbierali się w jednym miejscu.
Rafael zesztywniał gwałtownie. Lior zauważył to pierwszy.
— Raffy?
Chłopak podniósł głowę powoli.
W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy strachem a zrozumieniem.
— On tam schodzi.
Valmar spojrzał na niego
uważnie.
— Twój ojciec.
Rafael skinął głową bardzo
powoli.
— Wie, że ogień mnie opuścił.
Wie, że cień słabnie. Jeśli chce uratować rytuał, będzie próbował połączyć się
z sercem płomienia osobiście.
W komnacie zapadła ciężka
cisza. Lior pobladł wyraźnie.
— Po tym wszystkim nadal chce
to kontynuować?
Rafael zaśmiał się krótko,
gorzko.
— Dla niego to nigdy nie było
szaleństwo. On naprawdę wierzy, że robi coś wielkiego. Matka oddała życie dla
rytuału. Ja miałem zostać naczyniem. A on od początku prowadził kult.
Valmar wyprostował się powoli.
W jego oczach nie było już strachu. Została tylko zimna, spokojna wściekłość.
— Zabiję go.
To zabrzmiało tak cicho, że aż
gorzej.
Rafael spojrzał na niego
zmęczonym wzrokiem.
— Val…
— Sprzedał własne dziecko.
Patrzył, jak cię niszczą. Jak próbują zamienić cię w potwora. Nie każ mi
udawać, że zasługuje na litość.
Rafael spuścił wzrok. Bo część
niego zgadzała się z każdym słowem.
Za oknami błysnęło gwałtownie.
Zamek zatrząsł się mocniej niż wcześniej, a potem wszyscy usłyszeli niski huk
dochodzący gdzieś spod ziemi. Raz. Potem drugi. Jakby coś ogromnego próbowało
wyrwać się spod kamienia.
Lior zesztywniał.
— Powiedzcie mi, że to nie
próbuje się wydostać.
Rafael poczuł chłód
przebiegający po karku.
— Ono wie, że mnie straciło.
Valmar spojrzał na niego
gwałtownie.
— Co masz na myśli?
— Cień był związany ze mną od
dziecka. Teraz już mnie nie czuje. Więc wraca do źródła.
Gavriel zmarszczył brwi.
— A jeśli tam odzyska siłę?
Rafael spojrzał gdzieś przed
siebie.
— Wtedy wszystko zacznie się
od nowa. Kolejny nosiciel. Kolejne rytuały. Kolejne dzieci.
Cisza po tych słowach była
niemal dusząca. Valmar przesunął dłonią po włosach Rafaela ostrożnie, jakby
nadal nie mógł uwierzyć, że chłopak siedzi obok niego żywy.
— Powiedziałeś, że nosiciele
pokazali ci sposób, żeby to zakończyć.
Rafael skinął głową.
— Serce płomienia nie może
zostać zniszczone zwykłą siłą. Ono jest związane z ogniem, cieniem i duszami
wszystkich nosicieli. Jeśli je roztrzaskamy, cień po prostu znajdzie nowe
naczynie.
Lior pobladł jeszcze bardziej.
— Czyli nawet teraz mogłoby
wrócić…?
— Tak.
W komnacie zrobiło się jeszcze
ciszej. Rafael zamknął oczy na chwilę, przypominając sobie twarze wszystkich
ludzi uwięzionych w ogniu. Dziesiątki głosów błagających go, żeby walczył
dalej.
Jeszcze trochę.
Uwolnij nas.
Otworzył oczy gwałtownie.
— Ale pokazali mi też coś
innego. Krew była kluczem od samego początku.
Valmar zmarszczył brwi lekko.
— Rafael…
— Ogień nie opuścił mnie tylko
dlatego, że umarłem. Opuścił mnie po połączeniu z twoją krwią. Dlatego kult
potrzebował właśnie ciebie. Nie byle jakiego wampira. Ciebie.
Valmar zesztywniał wyraźnie. A
Rafael nagle zrozumiał wszystko dużo wyraźniej niż wcześniej. Ślub. Rytuały.
Obudzenie ognia. Przemiana. To nigdy nie było przypadkowe.
— Oni od początku chcieli
połączyć ogień i noc — wyszeptał.
Gavriel spojrzał między nimi
powoli.
— Czyli cień można zniszczyć
tylko dzięki wam obu.
Rafael skinął głową.
— Nosiciele pokazali mi
ostrze. Specjalną broń tworzoną przez kult setki lat temu. Wykutą z metalu spod
świątyni, zahartowaną krwią nosiciela i aktywowaną krwią wampira.
Lior patrzył na niego szeroko
otwartymi oczami.
— Chcesz powiedzieć, że
musicie stworzyć broń z własnej krwi…?
— Tak.
Valmar milczał przez chwilę.
Potem spojrzał na Rafaela długo.
— I to wystarczy?
Rafael zawahał się.
— Nie wiem.
To była pierwsza całkowicie
szczera odpowiedź od dawna.
Za ścianami rozległ się
kolejny huk. Tym razem dużo bliżej. Kamienie podłogi zadrżały gwałtownie, a
część świec zgasła jednocześnie. Rafael momentalnie zesztywniał. Przez krótką
chwilę zobaczył to znowu — ogromne drzwi pod ziemią, cień wijący się wokół pulsującego
serca i swojego ojca stojącego pośród ludzi kultu.
Czekającego.
Rafael gwałtownie wciągnął
powietrze.
Valmar natychmiast złapał jego
twarz w dłonie.
— Rafael.
Chłopak spojrzał na niego z
trudem.
— On już tam jest.
— Kto?
— Mój ojciec. I myślę… że
czeka na nas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz