Rozdział 42 – Krew i cień
Krzyki rozniosły się po
tunelach niemal natychmiast, odbijając się echem od kamiennych ścian. Rafael
zesztywniał gwałtownie, bo słyszał ich dużo wyraźniej niż pozostali. Kroki.
Przyspieszone oddechy. Metal ocierający się o kamień. I serca bijące szybko gdzieś
w ciemności.
Za dużo serc.
— Ilu ich jest… — wyszeptał
Lior.
— Wystarczająco — mruknął
Gavriel, wyciągając miecz. — Ustawić się przy wejściu!
Strażnicy momentalnie
przesunęli się bliżej tunelu prowadzącego do kuźni. Valmar nadal trzymał ostrze
w dłoni, a czerwone zdobienia na rękojeści pulsowały niespokojnie, jakby broń
reagowała na zbliżający się cień.
Rafael poczuł nagły ucisk pod
żebrami.
Nie głód.
Coś gorszego.
Serce płomienia budziło się
coraz mocniej.
Kolejny wstrząs przeszedł
przez podziemia. Tym razem tak silny, że część kamieni odpadła od sufitu. Jeden
ze strażników ledwo uskoczył w bok.
A potem z ciemności wyłonili
się pierwsi ludzie kultu.
Czarne kaptury.
Zakryte twarze.
Symbole wypalone na dłoniach.
Szli powoli, niemal spokojnie,
jakby byli absolutnie pewni, że już wygrali.
Rafael poczuł lodowaty chłód
przebiegający po karku.
Rozpoznawał te symbole.
Widział je w snach.
Na ludziach stojących wokół
płonących dzieci.
Lior przesunął się bliżej
Rafaela odruchowo.
— Raffy…
Jeden z kultystów zatrzymał
się nagle kilka metrów od wejścia do kuźni.
— Naczynie żyje — powiedział
ochryple.
Rafael poczuł obrzydzenie
niemal natychmiast.
Nie „Rafael”.
Nie człowiek.
Naczynie.
Valmar momentalnie stanął
przed nim.
— Jeszcze jedno słowo i wyrwę
ci język.
Kultysta zaśmiał się cicho
spod kaptura.
— Za późno, Valmarze. Serce
już się budzi.
Za jego plecami pojawili się kolejni. Dziesiątki.
Gavriel zaklął pod nosem.
— Świetnie.
Rafael ścisnął mocniej palce
na ostrzu.
I wtedy usłyszał coś jeszcze.
Szept.
Nie należący do kultu.
Uciekaj.
Chłopak drgnął gwałtownie. - Nosiciele.
Valmar spojrzał na niego
natychmiast.
— Rafael?
— Oni nie przyszli tylko po
ostrze.
Jakby w odpowiedzi podłoga
zatrzęsła się gwałtownie. Pęknięcie przebiegło przez część kamiennej sali, a z
głębi tuneli rozległ się niski ryk.
Nie ludzki.
Lior pobladł momentalnie.
— O nie…
Kultysta stojący najbliżej
uniósł dłonie powoli.
— Serce płomienia wraca do
życia. Wasza walka nie ma już znaczenia.
Valmar uniósł miecz bez
wahania.
— Spróbuj powiedzieć to
jeszcze raz.
Ale Rafael nagle zrozumiał coś dużo gorszego. Cień nie próbował ich zabić. Jeszcze nie. On próbował odzyskać ostrze.
— Val…
Król spojrzał na niego
gwałtownie.
— Ono chce tej broni.
I niemal natychmiast wszyscy poczuli to samo. Powietrze zrobiło się cięższe. Dużo cięższe. Płomienie wokół paleniska zgasły jednocześnie. A potem cień pojawił się pośrodku sali.
Nie cały.
Jeszcze nie.
Czarna masa przypominająca dym
zaczęła wylewać się ze szczelin w podłodze, wijąc się wokół kamieni jak żywe
stworzenie. Strażnicy cofnęli się odruchowo.
Jeden z nich nie zdążył.
Cień uderzył w niego
gwałtownie.
Mężczyzna nawet nie zdążył
krzyknąć.
Czarne smugi owinęły się wokół
jego ciała, a potem jego skóra zaczęła pękać. Dosłownie. Jakby coś wypalało go
od środka. Krew trysnęła na kamień, a ciało rozpadło się gwałtownie w rękach
cienia, zostawiając po sobie jedynie zwęglone kości.
Lior odruchowo złapał Rafaela
za rękę.
— Boże…
Drugi strażnik rzucił się do
przodu z mieczem, ale cień przeciął go niemal na pół jednym ruchem czarnej
masy. Wnętrzności rozlały się po kamiennej podłodze, a krzyk urwał się nagle,
kiedy cień pochłonął resztę jego ciała.
Kult nie cofnął się ani o
krok.
Wręcz przeciwnie.
Kilku z nich uklękło.
Jakby właśnie widzieli
własnego boga.
Rafael poczuł mdłości.
— Oni są szaleni…
— Nie. — Gavriel ścisnął miecz
mocniej. — Oni są fanatykami.
Cień zawył gwałtownie.
Tym razem cały zamek zatrząsł
się tak mocno, że część sufitu runęła na tyły kuźni. Strażnicy zaczęli
krzyczeć, próbując utrzymać pozycję.
Valmar przesunął się bliżej
Rafaela.
— Musimy stąd wyjść. Teraz.
Ale było już za późno. Cień zatrzymał się nagle. I skierował się dokładnie na Rafaela. Chłopak poczuł lodowaty ucisk pod żebrami. Bo mimo przemiany… mimo śmierci… mimo utraty ognia… Cień nadal go pamiętał.
Cień zatrzymał się kilka kroków przed Rafael'em. Nie miał twarzy ani prawdziwego ciała, a jednak chłopak czuł na sobie jego spojrzenie wyraźniej niż wzrok jakiegokolwiek człowieka. Czarna masa falowała niespokojnie, jakby próbowała zdecydować, czy rzucić się na niego natychmiast, czy zrobić coś znacznie gorszego.
W jego głowie rozległ się
niski szept.
Wróć.
Chłopak zacisnął palce na
ostrzu gwałtowniej.
— Nie.
Cień poruszył się natychmiast.
Valmar był szybszy.
Król rzucił się przed Rafael'a
dokładnie w chwili, gdy czarna masa eksplodowała do przodu. Ostrze przecięło
powietrze gwałtownie i po raz pierwszy cień zawył z bólu. Nie jak zwierzę.
Jak coś starego i wściekłego.
Czerwone zdobienia na
rękojeści rozbłysły gwałtownie.
Miecz przeciął cień.
Dosłownie.
Czarna masa rozpadła się na
moment, cofając się gwałtownie po kamieniach niczym wrząca ciecz.
Wszyscy zamarli.
Gavriel spojrzał na ostrze z
niedowierzaniem.
— To naprawdę działa…
Valmar oddychał ciężko, nadal
stojąc przed Rafael'em.
— Bo powinno.
Ale Rafael widział coś dużo
gorszego.
Cień się nie bał.
On był wściekły.
Czarna masa zaczęła zbierać
się ponownie szybciej niż wcześniej. Pulsowała gwałtownie, a z każdą sekundą
robiła się większa.
Kult zaczął szeptać coś pod
kapturami.
Modlitwy.
Rytuał.
Rafael poczuł lodowaty ucisk w
żołądku.
— Oni go wzmacniają…
Gavriel odwrócił się
gwałtownie do strażników.
— Zabić ich! Wszystkich!
Wybuchł chaos.
Strażnicy rzucili się na
kultystów, a wąskie tunele natychmiast wypełniły się krzykami i szczękiem
metalu. Jeden z ludzi kultu wyciągnął ukryte ostrze i poderżnął gardło
strażnikowi stojącemu najbliżej. Krew trysnęła na kamienne symbole, a cień
zawył z satysfakcją.
— Nie pozwólcie im krwawić na
symbole! — krzyknął Rafael.
Za późno.
Krew spływająca po kamieniach
rozjarzyła stare znaki czerwonym światłem. Cała kuźnia zatrzęsła się
gwałtownie.
I wtedy cień uderzył znowu. Tym razem prosto w kultystów.
Rafael patrzył z przerażeniem, jak czarna masa dosłownie rozrywa ich na kawałki. Ciała pękały pod jej dotykiem jak zbyt cienkie szkło. Kości trzaskały głośno, krew rozlewała się po podłodze, a krzyki urywały się jeden po drugim. Cień nie odróżniał już swoich od obcych.
On był głodny.
Lior pobladł gwałtownie, kiedy
fragment ludzkiego ramienia uderzył o kamień kilka kroków od niego.
— O kurwa…
Gavriel wbił miecz w pierś
kolejnego kultysty i od razu odciągnął Lior'a, przyciągając go bliżej siebie.
— Nie patrz.
— Trochę trudno nie patrzeć!
Valmar nadal stał przed
Rafael'em, nie opuszczając ostrza nawet na centymetr.
A Rafael nagle zrozumiał coś
jeszcze.
Cień nie próbował zabić go od razu. On próbował odzyskać połączenie. Szept wrócił niemal natychmiast.
Jesteś mój.
Rafael zacisnął szczękę tak
mocno, że zabolało.
— Nie należę do ciebie.
Cień zawył gwałtownie. I wtedy cała kuźnia eksplodowała ciemnością.
Hejka,
OdpowiedzUsuńnaprawdę wspaniale, ale mam przeczucie że powoli zbliżamy się do końca tej hiatorii, a za bardzo nie chcę się z nimi rozstawać...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Zośka