poniedziałek, 5 października 2026

Książę w Ramionach Mroku 43

Rozdział 43 – W dół

Ciemność eksplodowała w całej kuźni, pochłaniając światło świec i płomieni niemal w jednej chwili. Cień rzucił się na ludzi kultu z dziką wściekłością, jakby przestał rozróżniać kogokolwiek na swojej drodze. Krzyki rozdarły podziemia, a czarna masa rozrywała kolejne ciała, rozlewając krew po kamiennych symbolach szerokimi strugami. Jeden z kultystów próbował uciec, ale nie zdążył. Cień dopadł go przy ścianie i wciągnął w ciemność, pozostawiając po nim jedynie zwęgloną rękę i fragment kaptura.

Lior pobladł.

- On zabija wszystkich…

- Bo traci kontrolę - odpowiedział Rafael drżącym głosem. - Serce płomienia rozpada się razem z rytuałem.

Kolejny kultysta wrzasnął przeraźliwie, gdy czarna masa owinęła się wokół jego ciała. Skóra na jego rękach i szyi zaczęła pękać, jakby coś wypalało go od środka. Krew trysnęła na ściany kuźni, a chwilę później mężczyzna osunął się bezwładnie, niemal całkowicie pochłonięty przez cień.

Valmar natychmiast złapał Rafaela za nadgarstek.

- Musimy zejść niżej. Teraz.

Gavriel od razu zrozumiał.

- Otworzyć przejście!

Dwóch strażników rzuciło się do ciężkiej kraty po drugiej stronie kuźni. Mechanizm zaskrzypiał przeciągle, a fragment kamiennej ściany zaczął się powoli przesuwać, odsłaniając wąski tunel prowadzący jeszcze głębiej pod ziemię.

Uderzyła w nich fala gorącego powietrza.

Rafael zesztywniał.

Serce płomienia było blisko.

Czuł jego puls wyraźniej niż własny oddech.

Za nimi cień nadal mordował wszystko, co znalazło się na jego drodze. Kilku ocalałych kultystów próbowało błagać o litość, ale czarna masa nie zawahała się ani na moment. Jeden ze strażników został nagle porwany w ciemność. Krzyczał zaledwie przez sekundę, zanim rozległ się głuchy trzask łamanych kości.

Lior odruchowo zacisnął palce na rękawie Rafaela.

- Raffy…

Valmar popchnął ich obu w stronę tunelu.

- Ruchy!

Gavriel wycofywał się jako ostatni, osłaniając przejście mieczem. Cień rzucił się za nimi, ale Valmar przeciął jego wyciągniętą smugę ostrzem. Czerwone zdobienia na rękojeści rozjarzyły się, a czarna masa cofnęła się z przeciągłym wyciem.

Rafael spojrzał na broń.

- Ono się jej boi…

- I bardzo dobrze - warknął Valmar.

Tunel prowadzący w dół był wąski, stromy i z każdym krokiem coraz gorętszy. Kamienie pod ich stopami parzyły nawet przez podeszwy, a symbole wyryte w ścianach pulsowały złotym światłem. Rafael słyszał wszystko zbyt wyraźnie - urywane oddechy, kroki odbijające się echem od kamienia, serce Liora bijące szybko tuż obok niego.

I coś jeszcze.

Puls.

Ogromny.

Nieregularny.

Serce płomienia.

Im niżej schodzili, tym mocniej Rafael czuł każde jego uderzenie.

Nagle zachwiał się, gdy kolejna wizja wdarła się do jego umysłu.

Dzieci prowadzone tym tunelem.

Płacz.

Krzyki.

Ogień.

Rafael zatrzymał się tak gwałtownie, że Lior niemal na niego wpadł.

Valmar od razu znalazł się przy nim.

- Rafael.

- Oni wszyscy tędy schodzili… - wyszeptał chłopak, wpatrując się w ciemność przed sobą. - Wszyscy nosiciele…

Lior ścisnął jego ramię.

- Raffy, musimy iść dalej.

Miał rację. Cień nadal nadchodził.

Słyszeli go coraz bliżej - niski, nieludzki dźwięk przypominający tysiące szeptów nakładających się na siebie w ciemności. Ziemia zatrzęsła się tak mocno, że wszyscy zachwiali się na nogach. Fragment sufitu runął za nimi, zasypując część przejścia.

Przez chwilę zapadła cisza.

Potem spod kamieni dobiegło wściekłe wycie.

Cień zaczął się przez nie przebijać.

Valmar mocniej zacisnął palce na rękojeści miecza.

- Ono wie, dokąd idziemy.

Rafael spojrzał przed siebie.

- Bo serce też to wie.

Tunel skończył się nagle.

Wszyscy zamarli.

Przed nimi rozciągała się ogromna przestrzeń wykuta głęboko pod ziemią. Kolumny wysokie jak wieże ginęły w ciemności, a pośrodku komnaty pulsowało coś, co tylko kształtem przypominało serce. Gigantyczna struktura z ognia i czarnej materii kurczyła się i rozszerzała w powolnym rytmie, a każde jej uderzenie wprawiało kamienną posadzkę w drżenie.

Serce płomienia.

Wokół niego leżały ciała kultystów.

Dziesiątki.

Rozszarpanych.

Spalonych.

Jakby nawet własny rytuał przestał ich chronić.

A pośrodku tego wszystkiego stał ojciec Rafaela.

Król Aldemar.

Sam.

Nie przypominał już władcy Aerandoru. Czarne symbole pokrywały jego szyję i dłonie, złote światło płonęło w oczach, a kiedy zobaczył Rafaela, na jego twarzy pojawił się spokojny uśmiech.

Jakby właśnie doczekał się powrotu ukochanego syna.

- Wiedziałem, że przyjdziesz - powiedział.

Rafael poczuł obrzydzenie tak silne, że ścisnęło mu żołądek.

Valmar bez słowa przesunął się bliżej niego.

Serce płomienia uderzyło ponownie.

Tym razem mocniej.

Fala ognia przebiegła przez komnatę, rozświetlając kolumny, a czarna materia wijąca się wokół serca uniosła się wyżej, jakby wyczuła zarówno Rafaela, jak i ostrze trzymane przez Valmara.

Aldemar uśmiechnął się szerzej.

- Spójrz na to, synu. Wszystko, co poświęciliśmy… nie poszło na marne.

- Nie nazywaj mnie tak - syknął Rafael. - Nie masz już prawa.

Ojciec nawet nie drgnął.

- Nadal jesteś moim synem.

- Nie. Ojciec nie oddaje własnego dziecka potworowi tylko po to, żeby dokończyć chory rytuał.

Aldemar spojrzał na niego niemal ze współczuciem.

- Ty naprawdę nadal niczego nie rozumiesz. To miało uczynić cię kimś większym niż człowiek.

Valmar zrobił krok naprzód. Czerwone zdobienia na ostrzu rozjarzyły się natychmiast.

- Jeszcze jedno słowo i wyrwę ci serce.

Aldemar przeniósł na niego spokojne spojrzenie.

- Ty również byłeś częścią tego od samego początku, Valmarze. Krew nocy i ognia miały się połączyć. Dzięki wam cień mógł wreszcie narodzić się naprawdę.

Rafael poczuł mdłości. Nie dlatego, że uwierzył ojcu.

Dlatego, że Aldemar sam wierzył w każde wypowiedziane słowo. Za nimi rozległ się niski ryk.

Cień wdarł się do komnaty, rozlewając po kamieniach niczym żywa ciemność. Kolumny zadrżały, a serce płomienia zaczęło bić coraz szybciej.

Aldemar powoli rozłożył ramiona.

- Widzisz? Ono wraca do domu.

Tym razem Rafael się nie cofnął.

Spojrzał na ostrze.

Potem na ojca.

- Nie. Dzisiaj to się kończy.

Serce uderzyło tak mocno, że ogień eksplodował w całej komnacie.

Cień rzucił się na nich.

Valmar złapał Rafaela za rękę i pociągnął go prosto w stronę serca płomienia. Miecz zadrżał w ich dłoniach i wydał niski, niemal zwierzęcy dźwięk, jakby sam rozpoznał swój cel. Czerwień na rękojeści zapłonęła mocniej, a złote światło zaczęło przesuwać się wzdłuż ostrza.

Aldemar zrozumiał, co zamierzają.

- Nie!

Rzucił się w ich stronę, ale Gavriel przechwycił go w pół kroku. Uderzył go barkiem, odrzucając na jedną z kolumn, po czym przycisnął przedramieniem do kamienia i przystawił ostrze miecza do jego gardła.

Król Aerandoru zawarczał ze wściekłością i spróbował się wyrwać.

Gavriel docisnął go mocniej.

- Ani kroku.

Cień rozlał się po całej sali z dziką furią. Czarna masa wspinała się po kolumnach i suficie, wyciągając ku Rafaelowi długie, poszarpane smugi, ale blask ostrza zatrzymywał je kilka kroków przed nim.

Lior krzyknął:

- Raffy, teraz!

Rafael spojrzał na Valmara.

I przez jedną krótką chwilę wszystko ucichło.

Strach.

Ból.

Ogień.

Valmar położył dłoń na jego ręce trzymającej miecz.

Razem.

Nie dlatego, że tak zaplanował kult.

Nie dlatego, że zdecydował o tym Aldemar.

Dlatego, że sami dokonali tego wyboru.

Serce płomienia wydało przeciągły ryk. A potem razem wbili ostrze prosto w jego środek. Komnatę zalało oślepiające światło.

Cień wrzasnął tak głośno, że kamienne ściany zaczęły pękać. Ogień wyrwał się z serca szeroką falą i przetoczył przez salę niczym burza. Rafael poczuł tysiące głosów rozbrzmiewających jednocześnie w jego głowie.

Tym razem jednak nie krzyczały z bólu.

Brzmiała w nich ulga.

Wolność.

Złote światło zaczęło wydobywać się z czarnej materii szerokimi smugami. Wokół nich pojawiały się kolejne sylwetki.

Dzieci.

Dorośli.

Poprzedni nosiciele.

Setki dusz więzionych przez kult przez całe stulecia.

Jedna po drugiej odrywały się od cienia.

A wtedy on zaczął się rozpadać.

Czarna masa pękała fragment po fragmencie, rozsypując się w powietrzu niczym spalony popiół.

Aldemar patrzył na wszystko szeroko otwartymi oczami.

- Nie… - wyszeptał. - Nie. To niemożliwe…

Przez serce płomienia przebiegło pierwsze pęknięcie.

Potem drugie.

Jeszcze większe.

A chwilę później cała ogromna struktura rozpadła się w eksplozji złotego światła.

Uderzenie rzuciło ich na kilka kroków w tył.

Cień zniknął. Serce płomienia przestało istnieć.

Rafael stał nieruchomo pośród opadających smug złotego światła i próbował złapać oddech. Ostrze w jego dłoniach zaczęło pękać. Czerwone zdobienia gasły jedno po drugim, aż w końcu cały miecz rozsypał się w drobny popiół, który przesypał się pomiędzy jego palcami.

Lior patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.

Gavriel powoli zwolnił uścisk, a Aldemar osunął się na kolana pośród ruin własnego rytuału.

Valmar natomiast nie spuszczał wzroku z Rafaela.

Bo chłopak wyglądał coraz gorzej.

Był blady.

Drżał.

Oddychał płytko i nierówno.

Jego ciało znajdowało się na granicy wytrzymałości. Przemiana nadal trwała, a od chwili, kiedy się rozpoczęła, Rafael ani razu się nie pożywił. Strach, ból, śmierć i walka odebrały mu resztki sił.

Rafael zamknął oczy.

Tylko na moment.

Potem spojrzał na ostatnie drobiny złotego światła rozpływające się wokół nich.

- Nareszcie… - wyszeptał. - To koniec.

Kolana ugięły się pod nim.

Runąłby na kamienną posadzkę, gdyby Valmar nie dopadł go w ostatniej chwili i nie złapał w ramiona.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz