Rozdział 43 – W dół
Ciemność eksplodowała w całej
kuźni, pochłaniając światło świec i płomieni niemal w jednej chwili. Cień
rzucił się na ludzi kultu z dziką wściekłością, jakby przestał rozróżniać
kogokolwiek na swojej drodze. Krzyki rozdarły podziemia, a czarna masa rozrywała
kolejne ciała, rozlewając krew po kamiennych symbolach szerokimi strugami.
Jeden z kultystów próbował uciec, ale nie zdążył. Cień dopadł go przy ścianie i
wciągnął w ciemność, pozostawiając po nim jedynie zwęgloną rękę i fragment
kaptura.
Lior pobladł.
- On zabija wszystkich…
- Bo traci kontrolę -
odpowiedział Rafael drżącym głosem. - Serce płomienia rozpada się razem z
rytuałem.
Kolejny kultysta wrzasnął
przeraźliwie, gdy czarna masa owinęła się wokół jego ciała. Skóra na jego
rękach i szyi zaczęła pękać, jakby coś wypalało go od środka. Krew trysnęła na
ściany kuźni, a chwilę później mężczyzna osunął się bezwładnie, niemal całkowicie
pochłonięty przez cień.
Valmar natychmiast złapał
Rafaela za nadgarstek.
- Musimy zejść niżej. Teraz.
Gavriel od razu zrozumiał.
- Otworzyć przejście!
Dwóch strażników rzuciło się
do ciężkiej kraty po drugiej stronie kuźni. Mechanizm zaskrzypiał przeciągle, a
fragment kamiennej ściany zaczął się powoli przesuwać, odsłaniając wąski tunel
prowadzący jeszcze głębiej pod ziemię.
Uderzyła w nich fala gorącego
powietrza.
Rafael zesztywniał.
Serce płomienia było blisko.
Czuł jego puls wyraźniej niż
własny oddech.
Za nimi cień nadal mordował
wszystko, co znalazło się na jego drodze. Kilku ocalałych kultystów próbowało
błagać o litość, ale czarna masa nie zawahała się ani na moment. Jeden ze
strażników został nagle porwany w ciemność. Krzyczał zaledwie przez sekundę,
zanim rozległ się głuchy trzask łamanych kości.
Lior odruchowo zacisnął palce
na rękawie Rafaela.
- Raffy…
Valmar popchnął ich obu w
stronę tunelu.
- Ruchy!
Gavriel wycofywał się jako
ostatni, osłaniając przejście mieczem. Cień rzucił się za nimi, ale Valmar
przeciął jego wyciągniętą smugę ostrzem. Czerwone zdobienia na rękojeści
rozjarzyły się, a czarna masa cofnęła się z przeciągłym wyciem.
Rafael spojrzał na broń.
- Ono się jej boi…
- I bardzo dobrze - warknął
Valmar.
Tunel prowadzący w dół był
wąski, stromy i z każdym krokiem coraz gorętszy. Kamienie pod ich stopami
parzyły nawet przez podeszwy, a symbole wyryte w ścianach pulsowały złotym
światłem. Rafael słyszał wszystko zbyt wyraźnie - urywane oddechy, kroki odbijające
się echem od kamienia, serce Liora bijące szybko tuż obok niego.
I coś jeszcze.
Puls.
Ogromny.
Nieregularny.
Serce płomienia.
Im niżej schodzili, tym
mocniej Rafael czuł każde jego uderzenie.
Nagle zachwiał się, gdy
kolejna wizja wdarła się do jego umysłu.
Dzieci prowadzone tym tunelem.
Płacz.
Krzyki.
Ogień.
Rafael zatrzymał się tak
gwałtownie, że Lior niemal na niego wpadł.
Valmar od razu znalazł się
przy nim.
- Rafael.
- Oni wszyscy tędy schodzili…
- wyszeptał chłopak, wpatrując się w ciemność przed sobą. - Wszyscy nosiciele…
Lior ścisnął jego ramię.
- Raffy, musimy iść dalej.
Miał rację. Cień nadal nadchodził.
Słyszeli go coraz bliżej -
niski, nieludzki dźwięk przypominający tysiące szeptów nakładających się na
siebie w ciemności. Ziemia zatrzęsła się tak mocno, że wszyscy zachwiali się na
nogach. Fragment sufitu runął za nimi, zasypując część przejścia.
Przez chwilę zapadła cisza.
Potem spod kamieni dobiegło
wściekłe wycie.
Cień zaczął się przez nie
przebijać.
Valmar mocniej zacisnął palce
na rękojeści miecza.
- Ono wie, dokąd idziemy.
Rafael spojrzał przed siebie.
- Bo serce też to wie.
Tunel skończył się nagle.
Wszyscy zamarli.
Przed nimi rozciągała się
ogromna przestrzeń wykuta głęboko pod ziemią. Kolumny wysokie jak wieże ginęły
w ciemności, a pośrodku komnaty pulsowało coś, co tylko kształtem przypominało
serce. Gigantyczna struktura z ognia i czarnej materii kurczyła się i rozszerzała
w powolnym rytmie, a każde jej uderzenie wprawiało kamienną posadzkę w drżenie.
Serce płomienia.
Wokół niego leżały ciała
kultystów.
Dziesiątki.
Rozszarpanych.
Spalonych.
Jakby nawet własny rytuał
przestał ich chronić.
A pośrodku tego wszystkiego
stał ojciec Rafaela.
Król Aldemar.
Sam.
Nie przypominał już władcy
Aerandoru. Czarne symbole pokrywały jego szyję i dłonie, złote światło płonęło
w oczach, a kiedy zobaczył Rafaela, na jego twarzy pojawił się spokojny
uśmiech.
Jakby właśnie doczekał się
powrotu ukochanego syna.
- Wiedziałem, że przyjdziesz -
powiedział.
Rafael poczuł obrzydzenie tak
silne, że ścisnęło mu żołądek.
Valmar bez słowa przesunął się
bliżej niego.
Serce płomienia uderzyło
ponownie.
Tym razem mocniej.
Fala ognia przebiegła przez
komnatę, rozświetlając kolumny, a czarna materia wijąca się wokół serca uniosła
się wyżej, jakby wyczuła zarówno Rafaela, jak i ostrze trzymane przez Valmara.
Aldemar uśmiechnął się
szerzej.
- Spójrz na to, synu.
Wszystko, co poświęciliśmy… nie poszło na marne.
- Nie nazywaj mnie tak -
syknął Rafael. - Nie masz już prawa.
Ojciec nawet nie drgnął.
- Nadal jesteś moim synem.
- Nie. Ojciec nie oddaje
własnego dziecka potworowi tylko po to, żeby dokończyć chory rytuał.
Aldemar spojrzał na niego
niemal ze współczuciem.
- Ty naprawdę nadal niczego
nie rozumiesz. To miało uczynić cię kimś większym niż człowiek.
Valmar zrobił krok naprzód.
Czerwone zdobienia na ostrzu rozjarzyły się natychmiast.
- Jeszcze jedno słowo i wyrwę
ci serce.
Aldemar przeniósł na niego
spokojne spojrzenie.
- Ty również byłeś częścią
tego od samego początku, Valmarze. Krew nocy i ognia miały się połączyć. Dzięki
wam cień mógł wreszcie narodzić się naprawdę.
Rafael poczuł mdłości. Nie dlatego, że uwierzył ojcu.
Dlatego, że Aldemar sam wierzył w każde wypowiedziane słowo. Za nimi rozległ się niski ryk.
Cień wdarł się do komnaty,
rozlewając po kamieniach niczym żywa ciemność. Kolumny zadrżały, a serce
płomienia zaczęło bić coraz szybciej.
Aldemar powoli rozłożył
ramiona.
- Widzisz? Ono wraca do domu.
Tym razem Rafael się nie
cofnął.
Spojrzał na ostrze.
Potem na ojca.
- Nie. Dzisiaj to się kończy.
Serce uderzyło tak mocno, że
ogień eksplodował w całej komnacie.
Cień rzucił się na nich.
Valmar złapał Rafaela za rękę
i pociągnął go prosto w stronę serca płomienia. Miecz zadrżał w ich dłoniach i
wydał niski, niemal zwierzęcy dźwięk, jakby sam rozpoznał swój cel. Czerwień na
rękojeści zapłonęła mocniej, a złote światło zaczęło przesuwać się wzdłuż
ostrza.
Aldemar zrozumiał, co
zamierzają.
- Nie!
Rzucił się w ich stronę, ale
Gavriel przechwycił go w pół kroku. Uderzył go barkiem, odrzucając na jedną z
kolumn, po czym przycisnął przedramieniem do kamienia i przystawił ostrze
miecza do jego gardła.
Król Aerandoru zawarczał ze
wściekłością i spróbował się wyrwać.
Gavriel docisnął go mocniej.
- Ani kroku.
Cień rozlał się po całej sali
z dziką furią. Czarna masa wspinała się po kolumnach i suficie, wyciągając ku
Rafaelowi długie, poszarpane smugi, ale blask ostrza zatrzymywał je kilka
kroków przed nim.
Lior krzyknął:
- Raffy, teraz!
Rafael spojrzał na Valmara.
I przez jedną krótką chwilę
wszystko ucichło.
Strach.
Ból.
Ogień.
Valmar położył dłoń na jego
ręce trzymającej miecz.
Razem.
Nie dlatego, że tak zaplanował
kult.
Nie dlatego, że zdecydował o
tym Aldemar.
Dlatego, że sami dokonali tego
wyboru.
Serce płomienia wydało przeciągły ryk. A potem razem wbili ostrze prosto w jego środek. Komnatę zalało oślepiające światło.
Cień wrzasnął tak głośno, że
kamienne ściany zaczęły pękać. Ogień wyrwał się z serca szeroką falą i
przetoczył przez salę niczym burza. Rafael poczuł tysiące głosów
rozbrzmiewających jednocześnie w jego głowie.
Tym razem jednak nie krzyczały
z bólu.
Brzmiała w nich ulga.
Wolność.
Złote światło zaczęło
wydobywać się z czarnej materii szerokimi smugami. Wokół nich pojawiały się
kolejne sylwetki.
Dzieci.
Dorośli.
Poprzedni nosiciele.
Setki dusz więzionych przez
kult przez całe stulecia.
Jedna po drugiej odrywały się
od cienia.
A wtedy on zaczął się
rozpadać.
Czarna masa pękała fragment po
fragmencie, rozsypując się w powietrzu niczym spalony popiół.
Aldemar patrzył na wszystko
szeroko otwartymi oczami.
- Nie… - wyszeptał. - Nie. To
niemożliwe…
Przez serce płomienia
przebiegło pierwsze pęknięcie.
Potem drugie.
Jeszcze większe.
A chwilę później cała ogromna
struktura rozpadła się w eksplozji złotego światła.
Uderzenie rzuciło ich na kilka
kroków w tył.
Cień zniknął. Serce płomienia przestało istnieć.
Rafael stał nieruchomo pośród
opadających smug złotego światła i próbował złapać oddech. Ostrze w jego
dłoniach zaczęło pękać. Czerwone zdobienia gasły jedno po drugim, aż w końcu
cały miecz rozsypał się w drobny popiół, który przesypał się pomiędzy jego
palcami.
Lior patrzył na niego szeroko
otwartymi oczami.
Gavriel powoli zwolnił uścisk,
a Aldemar osunął się na kolana pośród ruin własnego rytuału.
Valmar natomiast nie spuszczał
wzroku z Rafaela.
Bo chłopak wyglądał coraz
gorzej.
Był blady.
Drżał.
Oddychał płytko i nierówno.
Jego ciało znajdowało się na
granicy wytrzymałości. Przemiana nadal trwała, a od chwili, kiedy się
rozpoczęła, Rafael ani razu się nie pożywił. Strach, ból, śmierć i walka
odebrały mu resztki sił.
Rafael zamknął oczy.
Tylko na moment.
Potem spojrzał na ostatnie
drobiny złotego światła rozpływające się wokół nich.
- Nareszcie… - wyszeptał. - To
koniec.
Kolana ugięły się pod nim.
Runąłby na kamienną posadzkę,
gdyby Valmar nie dopadł go w ostatniej chwili i nie złapał w ramiona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz