Rozdział 2 - Wielka ucieczka małego księcia
Raphael Volkov miał w życiu wiele talentów. Potrafił
rozpoznać drogie wino po jednym łyku, przekonać ojca do zakupu samochodu,
którego absolutnie nie potrzebował, i doprowadzić niemal każdego człowieka do
granic cierpliwości w czasie krótszym niż dziesięć minut. Był również wyjątkowo
dobry w znajdowaniu sposobów na rzeczy, których mu zabraniano. Zwłaszcza jeśli
zakazy wydawał ktoś, kogo szczerze nie znosił.
A Dante Reyes właśnie znalazł się na samym szczycie tej
listy.
Raphael wszedł do swojej sypialni, zamknął drzwi biodrem i
postawił miseczkę truskawek na biurku. Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując
się w przestrzeń przed sobą, po czym odwrócił głowę w stronę łazienki. Jeszcze
godzinę temu został brutalnie wyrwany z łóżka, przerzucony przez ramię jak
worek ziemniaków i wsadzony pod lodowaty prysznic. A człowiek odpowiedzialny za
tę zbrodnię siedział teraz spokojnie na dole, popijając kawę, jakby nic się nie
wydarzyło.
To było niedopuszczalne.
Raphael sięgnął po telefon i wybrał numer Ethana. Przyjaciel
odebrał po trzecim sygnale.
— Jeśli dzwonisz, żeby jeszcze raz opowiedzieć mi o
prysznicu, to uprzedzam, że nadal mnie to bawi.
— Jesteś okropnym przyjacielem.
— Wiem. Ale przynajmniej nigdy nie wrzuciłem cię pod zimną
wodę.
— Ethan.
— Dobrze, dobrze. Już jestem poważny.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, a następnie rozległ
się stłumiony śmiech.
Raphael zamknął oczy.
— Przysięgam, że kiedyś cię uduszę.
— Najpierw musisz wydostać się z domu. Podobno masz zakaz
wychodzenia.
— Właśnie dlatego dzwonię. Spotykamy się dzisiaj.
— Jak?
— Jeszcze nie wiem.
— To brzmi jak doskonały plan.
Raphael opadł na łóżko i sięgnął po truskawkę.
— Mam zamiar udowodnić temu nadętemu idiocie, że nie może
zamknąć mnie w domu tylko dlatego, że ojciec dał mu trochę władzy.
— Raffy, nie chcę psuć ci zabawy, ale ktoś próbował cię
zastrzelić.
— Pamiętam. Byłem tam.
— Właśnie dlatego może powinieneś chociaż raz posłuchać
ochroniarza?
Raphael spojrzał na telefon z takim oburzeniem, jakby Ethan
właśnie zaproponował mu dobrowolne oddanie wszystkich kart kredytowych.
— Czy ty jesteś po jego stronie?
— Jestem po stronie ludzi, którzy nie mają ochoty odwiedzać
cię w kostnicy.
— Dramatyzujesz.
— Ty też. Tylko zazwyczaj w droższych ubraniach.
Raphael parsknął mimo woli, ale szybko odzyskał powagę.
— Za dwie godziny będę wolnym człowiekiem. Przygotuj się.
— Raffy...
— I znajdź jakieś przyjemne miejsce. Najlepiej takie, gdzie
podają dobre ciasto.
— Wiesz, że on cię znajdzie?
— Niech spróbuje.
Rozłączył się, zanim Ethan zdążył odpowiedzieć.
Przez następne kilka minut Raphael leżał na łóżku, rozważając
dostępne możliwości. Główna brama odpadała. Dante nie wyglądał na człowieka,
który zapomniałby obsadzić najbardziej oczywiste wyjście z posiadłości. Boczne
furtki również prawdopodobnie znajdowały się pod obserwacją. Mógłby spróbować
wyjechać jednym ze swoich samochodów, ale nie miał wątpliwości, że zanim
dotarłby do końca podjazdu, Reyes siedziałby już na miejscu pasażera i pytał,
dokąd się wybierają.
Raphael skrzywił się na samą myśl.
Nie. Potrzebował czegoś subtelniejszego.
Podniósł się, podszedł do okna i spojrzał na rozległy ogród.
W oddali kilku pracowników zajmowało się przycinaniem żywopłotu, a przy budynku
gospodarczym stał biały samochód dostawczy. Chłopak zmrużył oczy. Przypomniał
sobie, że jako nastolatek wielokrotnie wymykał się z domu przez tylną część
posesji. Wtedy nie było jeszcze tylu kamer, a ochrona znacznie mniej
przejmowała się jego nocnymi wyprawami.
Oczywiście ojciec dowiedział się o wszystkim po tym, jak
pewnego ranka Raphael wrócił o szóstej, pijany, z cudzym butem w ręce i bez
najmniejszego pojęcia, gdzie zostawił własny.
Ale to była zupełnie inna historia.
Teraz wystarczyło ustalić, czy stara droga nadal istnieje.
Dante Reyes miał za sobą zaledwie kilkanaście godzin pracy
dla rodziny Volkovów, a już zaczynał rozumieć, dlaczego jego poprzednicy nie
wytrzymywali na tym stanowisku zbyt długo.
Nie chodziło nawet o groźby. Z nimi potrafił sobie radzić.
Nie przeszkadzały mu również przekleństwa, podniesiony głos ani demonstracyjne
trzaskanie drzwiami. Przez lata służby spotykał ludzi znacznie bardziej
niebezpiecznych od rozpieszczonego dwudziestopięciolatka.
Problem polegał na tym, że Raphael Volkov traktował każdą
najdrobniejszą niedogodność jak osobistą zniewagę wymagającą natychmiastowego
odwetu.
A Dante podejrzewał, że właśnie nad takim odwetem pracuje.
Siedział w gabinecie przeznaczonym dla szefa ochrony,
przeglądając dokumentację z ostatnich miesięcy. Obok laptopa leżały wydrukowane
zdjęcia z klubu, raporty pracowników i lista osób, które znały plany Raphaela
poprzedniego wieczoru. Nadal nie mieli nazwisk napastników. Nie wiedzieli
również, czy celem był wyłącznie młody Volkov, czy ktoś próbował przy okazji
uderzyć w interesy jego ojca.
Dante nie lubił niewiadomych. Zwłaszcza kiedy dotyczyły
bezpieczeństwa człowieka, który uważał, że najlepszą odpowiedzią na zagrożenie
jest wyjście na miasto.
Drzwi gabinetu uchyliły się bez pukania.
— Cześć, Reyes.
Dante uniósł wzrok.
Raphael stał w progu z rękami wsuniętymi do kieszeni jasnych
spodni. Na twarzy miał uśmiech tak niewinny, że od razu wzbudził podejrzenia.
— Czego potrzebujesz? — zapytał Dante.
— Niczego. Nie mogę już przyjść się przywitać?
— Możesz.
— Doskonale. W takim razie witam.
Dante patrzył na niego przez chwilę.
— Co zrobiłeś?
Raphael przyłożył dłoń do piersi.
— Jestem głęboko urażony.
— Przeżyjesz.
— Wiesz, zaczynam rozumieć, dlaczego nie masz przyjaciół.
— Nie rozmawialiśmy o moich przyjaciołach.
— Bo pewnie nie ma o czym.
Dante wrócił wzrokiem do dokumentów.
Raphael wszedł głębiej do gabinetu, rozejrzał się po
pomieszczeniu i usiadł na brzegu biurka, choć obok stały dwa wolne krzesła.
Dante zerknął na niego znad ekranu.
— Zejdź z dokumentów.
— Nie siedzę na dokumentach.
— Siedzisz na rogu mapy.
Chłopak spojrzał pod siebie, przesunął się o kilka
centymetrów i uśmiechnął triumfalnie.
— Lepiej?
— Zdecydowanie.
— Właściwie przyszedłem powiedzieć, że przemyślałem naszą
rozmowę.
Dante odłożył długopis.
— Słucham.
— Uznałem, że nie ma sensu się kłócić. Skoro tak bardzo
zależy ci, żebym siedział w domu, dzisiaj zostanę w domu.
Przez moment panowała cisza.
— Dobrowolnie? — zapytał Dante.
— Tak.
— Bez żadnych warunków?
— Tak.
— Rozumiem.
Raphael zmarszczył brwi.
— Mógłbyś przynajmniej wyglądać na zadowolonego.
— Jestem zachwycony.
— Masz wyjątkowo dziwny sposób okazywania radości.
Dante przyjrzał mu się uważniej. Chłopak wyglądał na zbyt
zadowolonego z siebie. To nie pasowało do człowieka, który jeszcze kilkanaście
minut wcześniej groził mu zwolnieniem.
— Raphael.
— Dante.
— Nie kombinuj.
Uśmiech chłopaka zrobił się jeszcze szerszy.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie ranisz tym brakiem
zaufania.
Zsunął się z biurka i wyszedł, zanim Dante zdążył
odpowiedzieć.
Mężczyzna przez chwilę patrzył na zamknięte drzwi. Następnie
sięgnął po telefon i wybrał numer jednego z ochroniarzy.
— Zwracajcie dzisiaj szczególną uwagę na młodego Volkova —
polecił.
— Jest podejrzanie grzeczny.
Maria od ponad dwudziestu lat pracowała w rezydencji Volkovów
i znała Raphaela na tyle dobrze, żeby rozpoznać kłopoty, zanim jeszcze zdążył
je spowodować.
Dlatego kiedy pojawił się w kuchni i zapytał, czy może jej w
czymś pomóc, natychmiast odłożyła ścierkę.
— Co zbroiłeś?
Raphael westchnął.
— Czy wszyscy w tym domu muszą mnie o coś podejrzewać?
— Ostatnim razem, kiedy zaproponowałeś mi pomoc, miałeś
szesnaście lat i chciałeś pożyczyć kluczyki do samochodu.
— To było dziewięć lat temu.
— A samochód znaleźliśmy w fontannie.
— Nie w fontannie. Obok fontanny.
— Przodem w wodzie.
Raphael machnął ręką.
— Szczegóły.
Maria pokręciła głową, ale w kącikach jej ust pojawił się
uśmiech. Podała mu talerz z pokrojonymi owocami, który miał zanieść do jadalni.
Chłopak przyjął go z przesadną wdzięcznością, po czym niby mimochodem zerknął
przez okno.
— Dużo dzisiaj ludzi w ogrodzie.
— Jesienne porządki. Muszą skończyć przed deszczami.
— A ten samochód przy budynku gospodarczym?
— Przyjechali po sprzęt. Dlaczego pytasz?
— Zainteresowałem się ogrodnictwem.
Maria powoli odwróciła głowę.
— Ty?
— Co w tym dziwnego?
— W zeszłym roku powiedziałeś, że kwiaty są ładne tylko
wtedy, kiedy ktoś inny je podlewa.
— Ludzie się zmieniają.
— Oczywiście, kochanie.
Raphael zabrał talerz i ruszył do wyjścia.
— A o której wyjeżdżają? — rzucił jeszcze przez ramię.
— Za jakieś pół godziny.
— Cudownie.
— Raphael?
Zatrzymał się.
— Tak?
Maria zmrużyła oczy.
— Nie rób nic głupiego.
Uśmiechnął się do niej najpiękniej, jak potrafił.
— Nigdy.
Kobieta westchnęła ciężko.
— Właśnie tego się obawiam.
Pół godziny później Raphael znajdował się w pomieszczeniu
gospodarczym, gdzie pachniało wilgotną ziemią, nawozem i świeżo skoszoną trawą.
Jego białe buty zdecydowanie nie pasowały do tego otoczenia, podobnie jak
zegarek, który odruchowo schował pod mankietem.
Za otwartymi drzwiami dwóch pracowników przenosiło sprzęt do
samochodu. Raphael obserwował ich przez chwilę, po czym wyszedł na zewnątrz i
zawołał jednego z mężczyzn.
— Hej! Możemy porozmawiać?
Starszy ogrodnik, którego Raphael kojarzył z poprzednich lat,
zatrzymał się z niewielką skrzynką w rękach.
— Pan Raphael? Co pan tutaj robi?
— Podziwiam przyrodę.
Mężczyzna spojrzał na rząd worków z ziemią.
— Rozumiem.
— Potrzebuję drobnej przysługi.
Pięć minut później ogrodnik patrzył na plik banknotów, który
Raphael wsunął mu do ręki.
— Panie Raphael, ja nie wiem, czy to dobry pomysł...
— To świetny pomysł. Jeden z moich najlepszych.
— Ale pan Reyes...
— Pan Reyes jest bardzo zajętym człowiekiem. Nie możemy
zawracać mu głowy każdą drobnostką.
Ogrodnik wyraźnie się wahał.
— Jeśli ktoś się dowie, stracę pracę.
Raphael spoważniał.
— Nie stracisz. Jeśli ojciec będzie miał pretensje, powiem,
że cię zmusiłem. Zresztą to prawda. Jestem wyjątkowo przekonujący.
— To akurat wiem.
Ostatecznie mężczyzna zgodził się podrzucić go do
niewielkiego parkingu za osiedlem, kilka minut jazdy od posiadłości. Raphael
musiał tylko zaczekać, aż samochód zostanie załadowany i dostanie zgodę na
wyjazd.
W teorii brzmiało to prosto.
W praktyce okazało się, że jedynym miejscem, w którym mógł
ukryć się przed wzrokiem ochroniarza przy bramie, była przestrzeń za tylnym
rzędem siedzeń, pomiędzy workami ziemi ogrodowej a skrzynkami z narzędziami.
Raphael spojrzał na swoje spodnie.
Potem na worki.
Potem ponownie na spodnie.
— Absolutnie nie.
Ogrodnik rozłożył ręce.
— To może pan wróci do domu?
Raphael zacisnął usta.
Pięć minut później siedział skulony pomiędzy workami, z
kolanami niemal pod brodą i miną człowieka, którego właśnie pozbawiono
wszelkiej godności.
Kiedy samochód ruszył, jeden z worków przesunął się i
rozsypał odrobinę ziemi na jego nogawkę.
— O nie. Nie, nie, nie...
Próbował otrzepać materiał, ale tylko rozmazał brud.
— Te spodnie kosztowały więcej niż twój samochód —
wymamrotał.
— Słyszałem! — dobiegło z przodu.
— To dobrze! Przynajmniej rozumiesz powagę sytuacji!
Samochód zwolnił przy bramie.
Raphael wstrzymał oddech.
Usłyszał krótką rozmowę, szelest papierów i znajomy dźwięk
otwierającego się szlabanu. Przez kilka sekund był pewien, że ktoś zajrzy do
środka, otworzy tylne drzwi i wyciągnie go za kołnierz. Nic takiego jednak nie
nastąpiło.
Samochód ruszył dalej.
Raphael odczekał chwilę, a potem ostrożnie wychylił głowę.
Za tylną szybą zobaczył oddalającą się bramę rezydencji.
Uśmiechnął się szeroko.
— Tak jest, do cholery!
— Ciszej tam! — zawołał kierowca.
Raphael opadł z powrotem między worki, śmiejąc się pod nosem.
Udało się.
Naprawdę się udało.
Dante Reyes, wielki, groźny, nieznośnie opanowany ochroniarz,
właśnie został pokonany przez dwudziestopięciolatka w zabrudzonych spodniach.
To było piękne.
Dante odkrył zniknięcie Raphaela kilkanaście minut później.
Nie dlatego, że chłopak przestał odpowiadać na telefon. To
akurat było normalne. Zaniepokoił go dopiero raport jednego z ochroniarzy,
który widział młodego Volkova idącego w stronę ogrodu, ale nie potrafił
powiedzieć, kiedy wrócił do domu.
Dante najpierw sprawdził kuchnie. Pusta. Potem siłownię,
salon i taras. Nikt nie widział Raphaela od dłuższego czasu.
W końcu skierował swoje kroki do pokoju chłopaka, gdzie na środku łóżka
zauważył leżącą niewielką kartkę.
Nie czekaj z obiadem. Całusy,
R. 🖤
Dante wziął ją do ręki. Przeczytał. Jeszcze raz spojrzał na
starannie narysowane serduszko przy literze R.
— Ten mały drań — mruknął.
Wyjął telefon.
— Zamknąć wszystkie wyjazdy z posesji. Sprawdzić nagrania z
ostatnich trzydziestu minut. Chcę wiedzieć, którędy wyszedł i z kim — Polecił
bez podnoszenia głosu.
Po drugiej stronie padło krótkie potwierdzenie.
Dante schował kartkę do kieszeni i ruszył na dół.
Nie miał czasu się denerwować. Raphael znajdował się poza
chronionym terenem, a ludzie odpowiedzialni za strzelaninę nadal pozostawali na
wolności. Każda minuta miała znaczenie.
Dopiero kiedy na nagraniu z tylnej kamery zobaczył sylwetkę znikającą za drzwiami budynku gospodarczego, pozwolił sobie na krótkie,
ciężkie westchnienie.
— Oczywiście.
Jeden z ochroniarzy spojrzał na niego niepewnie.
— Szefie?
— Znajdźcie kierowcę samochodu ogrodników. I sprawdźcie, czy
młody Volkov kontaktował się dzisiaj ze swoim przyjacielem.
— Ethanem?
— Ilu ma przyjaciół, którzy pomagają mu robić głupoty?
Mężczyzna zawahał się.
— Trudno powiedzieć, szefie.
Dante przymknął oczy.
— Świetnie.
Ethan zobaczył Raphaela, zanim ten zdążył wejść do kawiarni.
Siedział przy stoliku pod oknem, z filiżanką cappuccino w
dłoni, i obserwował, jak jego najlepszy przyjaciel wysiada z taksówki, poprawia
włosy w odbiciu szyby, a następnie przez kilkanaście sekund próbuje pozbyć się
ziemi z jasnych spodni.
Kiedy Raphael wreszcie wszedł do środka, Ethan już się śmiał.
— Nawet nie zaczynaj — Ostrzegł go chłopak, siadając
naprzeciwko.
— Raffy... co ci się stało?
— Odzyskałem wolność.
— W kopalni?
— Bardzo zabawne.
Ethan odchylił się na krześle i przyjrzał mu się uważnie.
— Ty naprawdę uciekłeś.
Raphael rozłożył ręce.
— A czy wyglądam na człowieka, który siedzi w domu?
— Wyglądasz na człowieka, który przegrał walkę z workiem
ziemniaków.
— To była ziemia ogrodowa.
Ethan wybuchnął śmiechem.
Raphael przewrócił oczami i sięgnął po kartę deserów.
— Zamawiam największe ciasto, jakie mają. Należy mi się.
— Powiedz mi chociaż, jak to zrobiłeś.
Raphael opowiedział mu wszystko, nie pomijając szczegółów
dotyczących samochodu ogrodników, worków ziemi ani dramatycznego momentu
przejazdu przez bramę. Z każdą kolejną minutą Ethan śmiał się coraz głośniej,
aż w końcu musiał otrzeć łzy z kącików oczu.
— Nie wierzę, że to zrobiłeś.
— A jednak.
— Twój ochroniarz cię zamorduje.
— Najpierw musi mnie znaleźć.
— Raffy, on pracował w wojsku.
— Gratuluję mu kariery zawodowej.
— I najwyraźniej nie ma problemu z noszeniem cię na ramieniu.
Raphael spojrzał na niego morderczo.
— Jeszcze jedno słowo o prysznicu, a wyleję ci tę kawę na
głowę.
Ethan uniósł dłonie w geście poddania.
— Dobrze. Koniec. Ale poważnie... nie boisz się?
Raphael przestał przeglądać menu.
— Czego?
— Tego, co wydarzyło się w klubie.
Przez moment chłopak patrzył na przyjaciela. Potem wzruszył
ramionami.
— Nie zamierzam żyć jak więzień tylko dlatego, że jakiś
idiota nie umie celować.
Ethan nie uśmiechnął się tym razem.
— Raffy.
— Co?
— Ktoś naprawdę próbował cię zabić.
Raphael odwrócił wzrok w stronę okna. Na ulicy przechodzili
ludzie z zakupami, ktoś prowadził psa, a po drugiej stronie jezdni kurier
próbował przecisnąć się rowerem między zaparkowanymi samochodami. Wszystko
wyglądało zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że przez chwilę trudno było uwierzyć, iż
poprzedniej nocy kilka kul przeleciało zaledwie centymetry od jego głowy.
Pamiętał huk. Rozbite szkło. Dłoń Dantego zaciskającą się na
jego ramieniu.
I to jedno, przerażająco krótkie uderzenie serca, podczas
którego naprawdę pomyślał, że może nie wyjść z klubu żywy.
Zacisnął palce na karcie deserów.
— Wiem, Ethan.
Przyjaciel przyglądał mu się przez chwilę, ale ostatecznie
nie drążył tematu.
— Dobrze. To co zamawiamy?
Raphael natychmiast odzyskał uśmiech.
— Wszystko, co ma czekoladę.
Telefon leżący obok jego dłoni zawibrował.
Chłopak zerknął na ekran, spodziewając się kolejnej
wiadomości od ojca albo Dantego.
Numer był nieznany: Ładnie ci w białym, Volkov.
Raphael znieruchomiał.
Przez moment nie rozumiał, co właściwie czyta. Potem powoli
uniósł wzrok i rozejrzał się po kawiarni.
Przy stoliku pod ścianą siedziała starsza para. Obok okna
dwie dziewczyny robiły zdjęcia deserom. Mężczyzna przy barze rozmawiał przez
telefon, a kelnerka właśnie podawała komuś rachunek.
Nikt nie patrzył w jego stronę.
— Raffy?
Drgnął.
— Co?
Ethan zmarszczył brwi.
— Wszystko okej?
Raphael ponownie spojrzał na wiadomość. Serce biło mu
odrobinę szybciej, ale zmusił się do spokojnego oddechu.
Ktoś mógł go rozpoznać. Nie było w tym nic dziwnego. Nazwisko
Volkov pojawiało się w gazetach, a on sam nie należał do ludzi unikających
aparatów fotograficznych. To mógł być głupi żart. Nic więcej.
— Tak — odpowiedział, blokując ekran. — Jakiś kretyn pomylił
numer.
— Na pewno?
— Ethan, jeśli będziesz się tak na mnie patrzył, zacznę
podejrzewać, że zakochałeś się we mnie.
— Nie schlebiaj sobie.
Raphael uśmiechnął się i wsunął telefon do kieszeni.
Nie powiedział mu o wiadomości. Nie chciał kolejnego wykładu.
Nie chciał też wracać do domu i przyznać Dantemu, że może jednak nie powinien
był uciekać. A przede wszystkim nie chciał, żeby ktokolwiek zobaczył, jak
bardzo przestraszyło go kilka zwyczajnych słów.
Dante odnalazł ich czterdzieści minut później.
Raphael siedział właśnie nad drugim kawałkiem ciasta,
opowiadając Ethanowi o planach na weekend, kiedy przyjaciel nagle zamilkł.
— Raffy?
— Co?
— Nie odwracaj się.
Raphael natychmiast się odwrócił.
I poczuł, jak cała jego radość z odniesionego zwycięstwa
rozpada się na drobne kawałki. Dante Reyes stał przy wejściu do kawiarni.
Miał na sobie ciemne spodnie i czarną koszulę z podwiniętymi
rękawami. Jego twarz pozostawała spokojna, ale Raphael zdążył już nauczyć się,
że w przypadku tego człowieka spokój niekoniecznie oznaczał dobry humor.
— O nie — wymamrotał.
Ethan zakrył usta dłonią.
— O tak.
— Ani słowa.
Dante zauważył ich niemal natychmiast. Ruszył między
stolikami, nie spiesząc się ani trochę. Raphael przez krótką chwilę rozważał
ucieczkę przez zaplecze, ale jeden rzut oka na szerokie ramiona ochroniarza
wystarczył, żeby przypomnieć mu poranny prysznic.
Nie zamierzał ponownie zostać przerzucony przez ramię.
Przynajmniej nie publicznie.
— Raphael — odezwał się Dante, zatrzymując przy stoliku.
Chłopak rozpromienił się natychmiast.
— Dante! Co za niespodzianka! Kawy?
— Wstawaj. Wychodzimy w tej chwili.
— Dopiero przyszedłeś. Usiądź, odpocznij. Wyglądasz na
spiętego.
Ethan odwrócił głowę, usiłując ukryć uśmiech. Dante nawet na
niego nie spojrzał.
— Samochód czeka.
— A moje ciasto?
— Zabierzemy na wynos.
Raphael spojrzał na talerzyk.
— Ale ja jeszcze nie skończyłem.
— Raphael.
— Dante.
— Wstawaj.
Chłopak oparł się wygodniej na krześle i skrzyżował ręce na
piersi.
— Nie.
Przez moment mierzyli się spojrzeniami. Dante pochylił się w
końcu nad stolikiem, opierając jedną dłoń o jego krawędź.
— Możemy wyjść stąd normalnie — powiedział cicho — Albo mogę cię wynieść. Wybieraj.
Raphael otworzył usta. Zamknął je. Następnie spojrzał na
Ethana, który wyglądał, jakby za chwilę miał umrzeć ze śmiechu.
— Nie śmiej się — syknął.
— Nawet nie próbuję — wydusił przyjaciel.
— Nienawidzę was obu.
Dante wyprostował się.
— Doskonale. To możemy już iść.
Raphael wstał tak gwałtownie, że krzesło przesunęło się po
podłodze.
— Jeszcze jedno. — Wskazał palcem na ochroniarza. — Płacisz
za moje ciasto.
— Dobrze.
Chłopak zamrugał.
— Co?
— Zapłacę.
— I za kawę Ethana.
— Również.
Raphael zmrużył oczy, wyraźnie rozczarowany brakiem
sprzeciwu.
— I napiwek.
— Raphael, nie zbankrutuje płacąc rachunek za kawę jeśli o to
ci chodzi, a teraz rusz się.
Ethan parsknął śmiechem.
Kilka minut później wyszli na ulicę. Raphael szedł pierwszy,
z pudełkiem ciasta w dłoni i miną człowieka prowadzonego na egzekucję. Dante
trzymał się tuż obok niego, uważnie obserwując otoczenie.
Dopiero kiedy znaleźli się przy samochodzie, chłopak
zatrzymał się i spojrzał na niego z triumfalnym błyskiem w zielonych oczach.
— Ale przyznaj, że ci uciekłem.
Dante otworzył tylne drzwi.
— Wsiadaj.
— Przyznaj.
— Raphael.
— No powiedz.
Mężczyzna spojrzał mu prosto w oczy.
— Tak. Uciekłeś.
Raphael uśmiechnął się szeroko.
— Wiedziałem!
— I naraziłeś siebie oraz ludzi, którzy musieli cię szukać.
Uśmiech chłopaka przygasł.
— Nie zaczynaj. To tylko wyjście na kawę.
— Wsiadaj.
Tym razem Raphael posłuchał. Przez pierwsze kilka minut jazdy
milczeli.
Raphael siedział na tylnym siedzeniu, trzymając pudełko z
ciastem na kolanach. Dante zajmował miejsce obok kierowcy i co jakiś czas
zerkał w lusterko, obserwując ruch za samochodem.
Chłopak w końcu nie wytrzymał.
— Przyznaj, że jesteś pod wrażeniem.
— Czego?
— Mojego geniuszu.
— Twojego geniuszu?
— Wydostałem się z pilnowanej rezydencji, nie uruchamiając
żadnego alarmu.
— Przekupiłeś ogrodnika.
Raphael skrzywił się.
— Nie musisz od razu odbierać temu całej magii.
— Następnym razem wybierz sobie mniej kosztowną rozrywkę.
— Moje pieniądze, moja sprawa.
— Nie chodzi o pieniądze.
Dante odwrócił głowę i westchnął cicho.
— Czy ktokolwiek zaczepiał cię w kawiarni?
Pytanie padło tak niespodziewanie, że Raphael przez moment
zamarł.
— Co?
— Czy ktoś do ciebie podchodził? Rozmawiał z tobą? Próbował
zrobić zdjęcie?
Chłopak przypomniał sobie wiadomość.
„Ładnie ci w białym, Volkov.”
Odruchowo zacisnął palce na pudełku.
— Nie.
Dante przyglądał mu się przez chwilę.
— Jesteś pewien?
— Tak, mamo.
— Raphael.
— Nic się nie wydarzyło, Reyes. Zjadłem ciasto, wypiłem kawę
i porozmawiałem z przyjacielem. Wiem, że dla ciebie brzmi to jak ekstremalny
sport, ale zapewniam, że większość ludzi robi takie rzeczy codziennie.
Dante nie odpowiedział od razu. Przez moment obserwował go w
lusterku, a potem ponownie spojrzał na drogę.
— Następnym razem pomyśl, zanim zaryzykujesz życie tylko po
to, żeby udowodnić mi swoją rację.
Raphael prychnął.
Chłopak odwrócił głowę do okna. Nie zamierzał przyznawać, że
słowa Dantego w jakikolwiek sposób go poruszyły. Nie zamierzał też mówić mu o
wiadomości. Gdyby to zrobił, Reyes natychmiast uznałby, że miał rację, a
Raphael wolałby chyba dobrowolnie oddać wszystkie swoje samochody, niż dać temu
człowiekowi podobną satysfakcję.
Za szybą przesuwały się znajome ulice.
Raphael pomyślał o człowieku, który mógł obserwować go w kawiarni.
Nie lubił tego uczucia.
Nie lubił świadomości, że choć przez chwilę poczuł ulgę na
widok człowieka, którego od rana próbował doprowadzić do szaleństwa.
Po powrocie do rezydencji Raphael nie czekał na kolejną
rozmowę wychowawczą. Wysiadł z samochodu, minął ochroniarzy przy wejściu i
ruszył prosto na piętro.
Dante nie próbował go zatrzymywać. Miał ważniejsze rzeczy do
zrobienia.
W gabinecie czekał już jeden z członków zespołu z tabletem w
ręce.
— Mamy coś — oznajmił, gdy tylko Dante zamknął drzwi.
Na ekranie widniało nagranie z kamery miejskiej. Widać było
fragment ulicy, wejście do kawiarni i kilka zaparkowanych samochodów.
— Ciemny sedan pojawił się osiem minut po przyjeździe młodego
Volkova — wyjaśnił ochroniarz. — Stał po drugiej stronie ulicy przez cały czas,
kiedy chłopak był w środku.
Dante przyjrzał się obrazowi.
— Numer rejestracyjny?
— Częściowo zasłonięty. Pracujemy nad tym.
— Kiedy odjechał?
— Dwie minuty po nas.
Dante milczał przez chwilę.
To mogło nic nie znaczyć. W centrum miasta codziennie
parkowały setki samochodów, a jeden ciemny sedan nie stanowił dowodu na niczyje
złe zamiary. Jednak po strzelaninie w klubie nie zamierzał ignorować nawet
najmniejszej nieprawidłowości.
— Sprawdźcie pozostałe kamery — polecił. — Chcę wiedzieć,
skąd przyjechał i dokąd pojechał. Bez zgadywania. Same fakty.
— Rozumiem.
Dante ponownie spojrzał na nieruchomy obraz.
Nie wiedział jeszcze, czy ktoś naprawdę śledził Raphaela. Nie
miał też żadnego powodu, żeby zakładać, że chłopak coś przed nim ukrywa.
Ale jedno było pewne.
Jeżeli młody Volkov zamierzał nadal urządzać sobie podobne
wycieczki, prędzej czy później wystawi się komuś prosto pod nos.
A Dante nie zamierzał dopuścić, żeby ten ktoś wykorzystał
okazję.
Raphael leżał na łóżku z telefonem w dłoni, kiedy za oknem
zaczęło się ściemniać.
Zdążył już wziąć prysznic. Tym razem ciepły i całkowicie
dobrowolny, przebrać się w wygodne spodnie i miękką bluzę oraz zjeść resztę
ciasta, które przywiózł z kawiarni. Ethan przesłał mu kilkanaście wiadomości, z
których większość dotyczyła miny Dantego i sposobu, w jaki ochroniarz pojawił
się przy ich stoliku.
Raphael odpowiedział mu zdjęciem środkowego palca. Potem
odłożył telefon na poduszkę i spojrzał w sufit. To był dobry dzień. Uciekł.
Spotkał się z Ethanem. Zjadł doskonałe ciasto. Udowodnił, że Dante Reyes nie
jest wszechmocny. Powinien być z siebie zadowolony. A jednak co jakiś czas
wracał myślami do wiadomości, którą dostał w kawiarni. Sięgnął po telefon i
otworzył rozmowę z nieznanym numerem. Ładnie ci w białym, Volkov.
Przeczytał te słowa jeszcze raz. Próbował przekonać samego
siebie, że to nic takiego. Ktoś mógł go zobaczyć przez okno. Ktoś mógł znać
jego numer. Nie był przecież anonimowym człowiekiem. Był synem Aleksandra
Volkova.
Właśnie zamierzał zablokować nadawcę, kiedy ekran ponownie
się rozświetlił. Nowa wiadomość. Z tego samego numeru.
„Następnym razem nie będziesz miał tyle szczęścia.”
Raphael przestał oddychać. Przez kilka sekund patrzył
nieruchomo na ekran, czując, jak po plecach przebiega mu nieprzyjemny chłód.
Tym razem nie było mowy o pomyłce. Ktoś wiedział, gdzie był. Ktoś
wiedział, że Dante go znalazł. I ktoś najwyraźniej zamierzał zrobić coś więcej
niż tylko wysyłać wiadomości.
Raphael powoli usiadł na łóżku. Za drzwiami rozległy się
czyjeś kroki. Chłopak drgnął, zanim zdążył nad sobą zapanować. Po chwili
usłyszał znajomy, niski głos Dantego, który rozmawiał z jednym z ochroniarzy na
korytarzu. Przez moment Raphael miał ochotę otworzyć drzwi. Pokazać mu telefon.
Powiedzieć, że może jednak coś się wydarzyło. Że ktoś go obserwował. Że nie
podoba mu się to wszystko ani trochę. Zacisnął jednak szczękę. Nie. Nie
zamierzał dawać Reyesowi kolejnego powodu do traktowania go jak bezradnego
dzieciaka. Zablokował ekran i odłożył telefon na szafkę nocną. Nie usunął
wiadomości. Sam nie wiedział dlaczego. Kroki na korytarzu oddaliły się. Raphael
położył się z powrotem, naciągnął kołdrę pod brodę i zamknął oczy. Po raz
pierwszy od bardzo dawna cisza jego ogromnej sypialni nie wydawała mu się
przyjemna. A kiedy kilka minut później telefon zawibrował ponownie, nie miał
odwagi po niego sięgnąć.