Rozdział 25 Serce pod
ziemią
Symbole wokół kamiennego kręgu zapłonęły jednocześnie, a złote światło rozlało się po ścianach podziemnej sali. Powietrze momentalnie zrobiło się cięższe i gorętsze. Strażnicy cofnęli się odruchowo, jeden z nich niemal upuścił pochodnię. Rafael nie potrafił oderwać wzroku od kręgu. Znaki świeciły dokładnie takim samym światłem jak symbole pojawiające się czasami na jego skórze. I wtedy usłyszał głos wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Wracaj.
Gorąco przesunęło się przez
jego ciało niemal boleśnie. Chłopak zrobił krok do przodu, zanim zdążył
pomyśleć.
— Rafael — odezwał się Valmar
natychmiast.
Nie odpowiedział. Kamień pod
jego stopami był ciepły, choć całe podziemia pozostawały lodowate. Im bliżej
kręgu podchodził, tym mocniej czuł bijące od niego ciepło. Jak puls. Jak serce.
— Rafael, zatrzymaj się —
powiedział tym razem Gavriel ostrzej.
Chłopak słyszał ich głosy, ale
wydawały się dziwnie odległe. Wszystko wokół zaczynało rozmywać się poza
światłem symboli.
Wracaj do mnie.
Kolejny krok.
Płomienie buchnęły gwałtownie
wokół kamiennego kręgu. Strażnicy poderwali broń niemal w panice.
— Odsunąć się!
— To się wali!
— Wasza Wysokość!
Ogień wyrósł nagle pomiędzy
Rafaelem, a resztą sali jak żywa ściana. Valmar ruszył do przodu natychmiast,
ale płomienie eksplodowały mocniej i zmusiły go do zatrzymania się. Pierwszy
raz od wielu dni Rafael zobaczył na jego twarzy prawdziwą panikę.
— Rafael!
Chłopak drgnął lekko, słysząc
własne imię, ale nie potrafił się zatrzymać. Każdy rozsądny odruch kazał mu
uciekać, wrócić do Valmara, wyjść z tych przeklętych podziemi. Ale nie
potrafił. Coś pod ziemią wołało właśnie jego.
Lior zrobił krok do przodu
odruchowo.
— Rafael!
Gavriel złapał go natychmiast
za ramię.
— Nie podchodź tam!
— On tam jest sam!
— Właśnie dlatego nie możesz
tam wejść!
Lior wyrwał rękę gwałtownie.
— To nasz przyjaciel!
— A jeśli za chwilę przestanie
nim być?! — warknął Gavriel.
Cisza po tych słowach była krótka, ale brutalna. Rafael słyszał każde z nich. I zabolały bardziej niż ogień. Valmar jednak nawet nie spojrzał na pozostałych. Patrzył tylko na Rafaela, jakby cała reszta świata przestała istnieć.
— Wróć do mnie — powiedział
cicho, ale stanowczo.
To było gorsze niż krzyk. Bo w jego głosie był strach. Prawdziwy. Rafaelowi zadrżał oddech. Na jedną krótką chwilę naprawdę chciał zawrócić. I wtedy obrazy uderzyły go nagle. Ludzie stojący wokół ognia. Kamienne symbole. Krzyki. Dziecko płaczące pośrodku płomieni. Kobieta trzymająca jego twarz obiema dłońmi. Matka.
— Naczynie musi przeżyć.
Rafael zachwiał się
gwałtownie. Zobaczył więcej. Inne dzieci. Innych nosicieli. Spalone ciała.
Zwęglone dłonie. Ogień pochłaniający wszystkich po kolei.
Nie przeżyli.
Żaden z nich.
Chłopak wciągnął powietrze
drżąco i złapał się za głowę.
— Rafael! — krzyknął Valmar.
Ale wtedy podziemia zatrzęsły się nagle. Kamienne kolumny zadrżały, pył posypał się z sufitu, a niski dźwięk rozszedł się po całej sali. Nie przypominał huku ani trzęsienia ziemi. Przypominał oddech. Coś ogromnego poruszyło się pod zamkiem. Strażnicy cofnęli się gwałtownie. Jeden z nich uniósł kuszę drżącymi rękami.
— To przez niego…
Valmar odwrócił się tak
szybko, że nawet Gavriel zesztywniał.
— Opuść broń.
— Wasza Wysokość, jeśli on—
Król przyłożył miecz do gardła
strażnika, zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć.
— Powiedziałem. Opuść. Broń.
W sali zapadła martwa cisza. Nawet ogień na moment jakby zwolnił. Strażnik pobladł i opuścił kuszę drżącymi rękami. Rafael patrzył na to oszołomiony. Valmar naprawdę był gotów zagrozić własnym ludziom dla niego. I właśnie ta myśl przestraszyła go najbardziej. Bo jeśli to wszystko skończy się katastrofą… Valmar spłonie razem z nim. Szept wrócił niemal natychmiast.
Nie jesteś sam.
Rafael odwrócił się gwałtownie w stronę środka kręgu. Kamień pośrodku sali pulsował teraz złotym światłem. Czekał. Chłopak ruszył przed siebie jeszcze raz.
— Rafael, nie! — Valmar
spróbował wejść za nim.
Płomienie eksplodowały gwałtownie i odrzuciły króla kilka kroków do tyłu. Lior pobladł, a Gavriel momentalnie wyciągnął miecz. A Rafael po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, że istnieje coś silniejszego niż nawet Valmar. Coś, co od samego początku próbowało go tu sprowadzić. Powoli uklęknął przy kamieniu i dotknął go dłonią. W tej samej chwili całe podziemia zatrzęsły się gwałtownie. Symboliczne kręgi zapłonęły oślepiającym światłem, a gdzieś głęboko pod nimi rozległ się niski, przeciągły ryk. Rafael patrzył na pulsujący kamień szeroko otwartymi oczami, oddychając szybko i nierówno. Złote światło przesuwało się po jego skórze coraz wyraźniej, jakby coś pod ziemią odpowiadało na samą jego obecność. Valmar podniósł się gwałtownie po tym, jak płomienie odepchnęły go od kręgu, i od razu ruszył znowu do przodu, choć ogień nadal wirował między nimi niespokojnie.
— Rafael, odejdź od tego —
powiedział ostro. — Natychmiast.
Chłopak odwrócił głowę powoli.
W jego oczach nie było szaleństwa. Była determinacja.
— Nie możemy teraz uciec.
— To nie jest moment na
bohaterstwo — warknął Gavriel, ściskając miecz tak mocno, że pobielały mu
knykcie. — To miejsce jest przeklęte.
— Właśnie dlatego musimy iść
dalej! — Rafael podniósł głos pierwszy raz od dawna tak gwałtownie. Echo odbiło
się od kamiennych ścian, a płomienie zadrżały mocniej. — Jeśli teraz stąd
wyjdziemy, oni znikną! Ukryją się znowu!
Cisza zapadła niemal
natychmiast.
Rafael oddychał ciężko.
— Nie dowiemy się, kto należy do kultu. Kto nam pomaga, a kto chce naszej
śmierci. Nie dowiemy się, co to wszystko naprawdę jest ani jak to zatrzymać.
Valmar patrzył na niego
nieruchomo.
— Rafael—
— Nie chcę już żyć w strachu!
— wyrzucił z siebie drżącym głosem. — Nie chcę zamykać się w komnatach i
czekać, aż wszyscy uznają mnie za potwora!
Ogień wybuchł gwałtownie wokół
kręgu, ale tym razem Rafael nawet się nie cofnął.
— Chcę, żeby to się skończyło…
— wyszeptał ciszej. — Naprawdę chcę, żeby to się skończyło.
To ostatnie zdanie zabrzmiało gorzej niż krzyk. Bo wszyscy usłyszeli w nim zmęczenie. Valmar zamknął oczy tylko na moment. Kiedy spojrzał na Rafaela ponownie, wyglądał jak człowiek stojący dokładnie pomiędzy miłością a katastrofą.
— A jeśli to miejsce chce cię
wykorzystać? — zapytał cicho. — Jeśli właśnie tego od ciebie oczekuje?
Rafael spojrzał na pulsujący
kamień.
— To i tak już mnie znalazło.
Nikt nie potrafił mu zaprzeczyć. Gdzieś głęboko pod ziemią znowu rozległ się niski dźwięk przypominający oddech ogromnego stworzenia. Kamienne ściany zadrżały lekko, a część symboli rozświetliła się mocniej.
Lior przełknął ślinę.
— Mam bardzo złe przeczucia…
— Ja też — mruknął Gavriel.
Ale Rafael już prawie ich nie słyszał. Bo kamień pod jego dłonią zaczął robić się gorący. A potem po całej powierzchni kręgu zaczęły pojawiać się nowe symbole. A potem po całej powierzchni kręgu zaczęły pojawiać się nowe symbole. Rozchodziły się coraz dalej po kamiennej podłodze niczym rozżarzone pęknięcia. Złote światło pulsowało nierówno, a gorąco w sali stawało się coraz bardziej duszące. Rafael cofnął rękę dopiero wtedy, gdy poczuł pieczenie aż pod skórą, ale było już za późno. Kamienny krąg zatrzeszczał głucho. A potem środek podłogi zaczął się powoli rozsuwać. Strażnicy odskoczyli natychmiast. Kilku z nich uniosło broń ponownie mimo rozkazu Valmar'a. Z głębi nowo otwartego przejścia buchnęło gorące powietrze pachnące popiołem i czymś starym. Bardzo starym. Pod kręgiem znajdowały się schody prowadzące jeszcze niżej. Lior spojrzał w ciemność i pobladł.
— Na bogów…
Niski dźwięk rozległ się znowu. Tym razem wyraźniejszy. Nie przypominał już oddechu. Przypominał bicie serca. Powolne. Ogromne. Rafael patrzył w dół nieruchomo. Coś w jego klatce piersiowej odpowiadało na ten rytm. Każde kolejne uderzenie czuł aż pod żebrami.
Wracaj.
Chłopak zrobił krok w stronę
schodów.
Valmar złapał go natychmiast
za ramię.
— Nie zejdziesz tam sam.
Rafael spojrzał na niego
zmęczonym wzrokiem.
— Jeśli pozwolimy im uciec, nigdy nie dowiemy się, kto należy do kultu.
— To może być pułapka.
— Wszystko od początku było pułapką — odpowiedział cicho Rafael.
— Ale ktoś nadal tu przychodził. Ktoś
otworzył te przejścia. Ktoś działa wewnątrz zamku i czeka, aż stracę nad sobą
kontrolę.
Gavriel zacisnął szczękę
mocniej.
— Właśnie dlatego powinniśmy wrócić z większą liczbą ludzi.
Rafael odwrócił się
gwałtownie.
— A potem co? Znowu zamkniecie mnie w komnacie? Będziecie czekać, aż wszystko
samo się rozwiąże?
— Rafael—
— Nie! — przerwał ostro.
Płomienie wokół kręgu wybuchły gwałtownie mocniej. — Nie chcę już przed tym
uciekać! Nie chcę budzić się każdej nocy z myślą, że coś we mnie powoli
przejmuje kontrolę!
Cisza uderzyła w salę niemal boleśnie. Rafael oddychał ciężko, a złote światło pod jego skórą pulsowało coraz wyraźniej.
— Chcę wiedzieć, czym jestem —
powiedział ciszej. — Nawet jeśli odpowiedź mi się nie spodoba.
Valmar patrzył na niego długo. Zbyt długo. A potem powoli puścił jego ramię. Lior spojrzał na króla z niedowierzaniem.
— Valmar…
— Nie spuszczę go z oczu —
odpowiedział chłodno król. — Ani na sekundę.
Coś ścisnęło Rafaela pod żebrami. Bo mimo strachu… mimo wszystkiego… Valmar nadal wybierał jego. Nawet teraz. Schody prowadziły głęboko pod ziemię. Im niżej schodzili, tym cieplejsze robiło się powietrze. Kamienne ściany pokrywały stare symbole, częściowo starte przez czas. Rafael przesuwał po nich wzrokiem coraz wolniej. Na jednej ze ścian zobaczył malowidło przedstawiające grupę ludzi klęczących wokół ognia. A pośrodku stało dziecko. Jego dłonie płonęły złotym światłem. Rafael zatrzymał się gwałtownie.
— Valmar…
Król podszedł bliżej i
spojrzał na fresk. Jego twarz momentalnie stwardniała.
— To niemożliwe — mruknął
Gavriel.
Bo twarz dziecka była niemal
identyczna jak twarz Rafaela.
Lior przełknął ślinę nerwowo.
— To jakaś przepowiednia?
— Nie — odezwał się cicho
Valmar. — To już kiedyś się wydarzyło.
Rafael poczuł lodowaty ciężar
w żołądku.
— Byli inni tacy jak ja…
Nikt mu nie zaprzeczył. I
właśnie to przestraszyło go najbardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz