Rozdział 21 Ci, którzy
pamiętają
Huk nad podziemiami rozległ
się ponownie, tym razem znacznie bliżej. Kamienne ściany zadrżały lekko, a z
sufitu osypał się pył. Rafael odruchowo spojrzał w stronę schodów prowadzących
wyżej, ale Garilda nagle chwyciła go mocno za nadgarstek.
— Musimy iść. Teraz.
Rafael wyrwał rękę niemal
odruchowo. — Kto nas szuka?
— Ludzie, którzy nie mogą cię
jeszcze zobaczyć w tym miejscu. — Jej głos był spokojny, ale wyraźnie napięty.
— Jeśli zostaniesz tutaj, znajdą cię wszyscy naraz. Straż. Lordowie. Ludzie
kultu. A wtedy nikt nie będzie już myślał rozsądnie.
Nie czekając na odpowiedź,
ruszyła w stronę wąskiego przejścia ukrytego pomiędzy filarami. Kamienna ściana
otworzyła się ciężko, odsłaniając ciemny tunel schodzący jeszcze głębiej pod
zamek. Rafael zawahał się tylko sekundę, zanim poszedł za nią.
Tunel był wąski, wilgotny i
gorący jednocześnie. Im dalej schodzili, tym mocniej Rafael czuł dziwne
pulsowanie pod skórą. Jakby coś znajdującego się pod zamkiem reagowało na jego
obecność. W końcu zatrzymał się gwałtownie i oparł dłoń o kamienną ścianę.
— To przez to miejsce? —
zapytał cicho, ale ostro. — Dlatego tracę kontrolę?
Garilda odwróciła się do niego
powoli. — Nie. To miejsce nie tworzy mocy, Rafaelu. Ono ją budzi.
Poczuł nieprzyjemny ciężar pod
żebrami. — Więc naprawdę coś jest ze mną nie tak.
— Jesteś tym, czym cię
stworzono.
Te słowa zabolały bardziej,
niż powinny. Rafael odwrócił wzrok gwałtownie i ruszył dalej tunelem, próbując
uspokoić oddech. Każda kolejna odpowiedź tylko pogarszała wszystko. Kult.
Naczynie. Matka, która go kochała i jednocześnie przygotowywała dla czegoś
starszego od całego królestwa. Nie wiedział już, czego powinien bać się
bardziej.
Nad nimi znowu rozległ się
huk, tym razem bliżej.
— Kto dokładnie nas ściga? —
zapytał Rafael.
— Ludzie, którzy od dawna
szukali serca zamku. — Garilda zwolniła dopiero, gdy tunel rozszerzył się w
starą kamienną komnatę pełną wypalonych symboli. — Kult płomienia nigdy
naprawdę nie zniknął. Po upadku świątyń część wyznawców ukryła się na dworach.
W armiach. Wśród doradców. Czekali przez lata.
Rafael spojrzał na nią
gwałtownie. — Na mnie?
— Na przebudzenie.
Poczuł lodowaty dreszcz mimo
gorąca wokół. Nagle wszystkie szepty na dworze zaczęły nabierać nowego
znaczenia. Spojrzenia. Strach. Ludzie obserwujący go zbyt długo. Może niektórzy
wiedzieli od początku.
Garilda nagle uniosła głowę,
jakby coś usłyszała. Chwilę później w tunelu rozległ się znajomy głos.
— Odsuń się od niego.
Rafael odwrócił się
gwałtownie.
Valmar stał kilka metrów dalej
z mieczem w dłoni. Wyglądał, jakby przebiegł przez pół zamku — włosy miał
rozczochrane, oddech ciężki, a na ciemnym płaszczu widniały ślady sadzy. Za nim
zatrzymali się strażnicy, ale żaden nie odważył się wejść głębiej w podziemia.
Król patrzył wyłącznie na Rafaela, jakby bał się, że chłopak zniknie, jeśli
choć na moment spuści go z oczu.
Valmar stał nieruchomo pośród
ciemnego tunelu, a światło płomieni odbijało się w jego czerwonych oczach.
Przez chwilę nikt się nie poruszył. Nawet strażnicy za jego plecami wyglądali
tak, jakby bali się oddychać zbyt głośno.
Garilda westchnęła cicho. —
Nadal próbujesz chronić go siłą.
— A ty próbujesz go
wykorzystać — odpowiedział lodowato Valmar.
— Gdybym chciała go
wykorzystać, już dawno oddałabym go kultowi.
Król zacisnął mocniej dłoń na
rękojeści miecza. — Nie wypowiadaj przy nim tej nazwy !!
Rafael czuł narastające napięcie niemal fizycznie. Ogień pod jego skórą znowu zaczął reagować niespokojnie, jakby emocje wszystkich wokół mieszały się z jego własnymi. Gorąco pulsowało coraz mocniej w dłoniach i klatce piersiowej. Valmar zrobił powolny krok do przodu.
— Rafael. Chodź do mnie.
To powinno być proste. Powinien ruszyć bez wahania. Przecież ufał mu bardziej niż komukolwiek innemu. A jednak głosy odezwały się ponownie, ciche i lepkie, niemal czule.
On też zacznie się ciebie bać.
Rafael drgnął gwałtownie i
cofnął się o krok. Valmar zauważył to natychmiast. W jego spojrzeniu pojawił
się ból, ale nie zatrzymał się.
— Spójrz na mnie — powiedział
spokojnie. — Tylko na mnie.
Rafael przełknął ślinę i uniósł wzrok. Dopiero wtedy zobaczył, jak zmęczony wygląda Valmar. Jak bardzo był spięty. Jak bardzo się bał. Ale mimo tego nadal szedł w jego stronę. Bez zawahania.
— Nie powinieneś tu być —
wyszeptał Rafael. — Jeśli znowu stracę kontrolę…
— To sobie poradzimy.
— Valmar—
— Poradzimy sobie.
Te słowa powinny uspokajać. A
jednak Rafael czuł tylko coraz większy ciężar pod żebrami.
— Oni chcą mnie zabić —
powiedział nagle.
Król zatrzymał się kilka
kroków przed nim. — Nie pozwolę na to.
— Nie możesz zatrzymać całego
królestwa.
— Mogę zatrzymać każdego, kto
spróbuje cię tknąć.
Garilda obserwowała ich w
milczeniu, ale w jej oczach pojawił się niepokój.
— Wasza Wysokość… to właśnie
doprowadzi do wojny.
Valmar nawet na nią nie
spojrzał. — Więc niech będzie wojna.
Rafael poczuł, jak serce
ściska mu się boleśnie. To nie tak miało wyglądać. Nie chciał być powodem
chaosu. Nie chciał patrzeć, jak wszystko wokół zaczyna się rozpadać przez
niego.
— Przestań… — wyszeptał. —
Przestań mówić tak, jakbym był wart więcej od całego twojego królestwa.
Valmar spojrzał na niego
długo. — A jeśli właśnie jesteś?
Te słowa uderzyły mocniej niż
powinny. Rafael odwrócił wzrok gwałtownie, czując narastające gorąco pod skórą.
Płomienie przy ścianach poruszyły się niespokojnie.
Garilda zauważyła to pierwsza.
— Rafael—
— Nie — przerwał jej od razu.
— Nie mów mi, żebym się uspokoił.
Oddychał coraz szybciej. Głosy
wracały znowu. Ciche. Coraz liczniejsze.
Pozwól nam wyjść.
Zacisnął dłonie na własnych
rękawach tak mocno, że aż zabolały go palce.
Valmar powoli schował miecz do
pochwy i zrobił ostatni krok, zmniejszając dystans między nimi niemal do zera.
— Rafael. Podejdź do mnie.
— A jeśli cię skrzywdzę?
— Nie skrzywdzisz.
— Skąd możesz to wiedzieć?!
W tunelu nagle zrobiło się
goręcej. Strażnicy za plecami króla cofnęli się odruchowo.
Valmar jednak nawet nie
drgnął.
— Bo ci ufam.
Rafaelowi załamał się oddech. To było najgorsze. Nie strach ludzi. Nie głosy. Nie kult. Tylko to, że Valmar nadal mu ufał, podczas gdy on sam coraz bardziej przestawał ufać sobie. Przez chwilę po prostu patrzyli na siebie w ciszy. A potem Rafael powoli zrobił jeden krok do przodu. I jeszcze jeden. Valmar odetchnął niemal niezauważalnie, jakby dopiero teraz pozwolił sobie uwierzyć, że naprawdę go odzyskał. Ale wtedy zza pleców strażników rozległ się kolejny głos.
— Wasza Wysokość.
Do tunelu wszedł jeden z
królewskich doradców. Twarz miał bladą i wyraźnie spiętą.
— Rada już się rozpoczęła.
Lordowie żądają natychmiastowej decyzji w sprawie księcia Rafaela.
Cisza zgęstniała natychmiast.
— Jakiej decyzji? — zapytał
chłodno Valmar, choć chyba znał odpowiedź.
Doradca zawahał się tylko
sekundę.
— Izolacji. Aresztu. Niektórzy
mówią już otwarcie o egzekucji, zanim moc całkowicie się przebudzi.
Rafael poczuł nagły chłód mimo gorąca wypełniającego podziemia. W głowie natychmiast pojawiły się obrazy ludzi cofających się przed nim na korytarzach. Strach służby. Szepty. Przerażone spojrzenia. I może najgorsze było to, że zaczynał ich rozumieć. Valmar powoli objął go dłonią za kark i przyciągnął bliżej siebie, jakby chciał pokazać wszystkim wokół, po czyjej stoi stronie.
— Nie pozwolę im go tknąć —
powiedział lodowato.
Garilda patrzyła na niego
długo, a potem zamknęła oczy.
— A jeśli pewnego dnia
będziesz musiał wybierać między nim a własnym królestwem?
Valmar odpowiedział bez chwili
zawahania.
— Już wybrałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz