Za chwilę wstawię jeszcze jeden chapter. Tak, żebyście mieli co poczytać :) <3 Rozdziały będą pojawiały się co tydzień. <3 Miłego czytania
PS: Jak zawszę dziękuje za komentarz "Zośka". Miło wiedzieć, że ktoś jeszcze czyta moje wypociny <3 Zastanawiam się nad przeniesieniem się gdzieś indziej. Tutaj trudno znaleźć mój blog :(
Rozdział 22 Przed tronem
Rafael nie opuszczał swoich
komnat od wielu dni. Zasłony pozostawały zasunięte nawet w ciągu dnia, świece
paliły się nisko, a powietrze było ciężkie od ciszy i zapachu popiołu. Valmar
przychodził codziennie. Czasem mówił niewiele, czasem po prostu siedział obok
niego godzinami, jakby sama obecność miała wystarczyć, by utrzymać Rafaela przy
zdrowych zmysłach.
Tego ranka jednak wszystko
było inne.
Valmar wszedł do komnaty
jeszcze przed świtem. Nie miał na sobie królewskiego płaszcza, tylko ciemny
mundur i pas z przypiętym mieczem. Wyglądał bardziej jak dowódca idący na wojnę
niż król rozpoczynający obrady rady. Rafael siedział przy oknie, owinięty
kocem i od razu zauważył napięcie w jego twarzy.
— Co się stało?
Valmar zatrzymał się kilka
kroków od niego.
— Rada chce cię zobaczyć.
Rafael zesztywniał.
— Nie.
— Rafael—
— Powiedziałem nie.
Głos chłopaka drgnął mocniej,
niż sam chciał. Ogień w świecach zareagował natychmiast, płomienie poruszyły
się niespokojnie, ale Valmar nawet na nie nie spojrzał. Patrzył tylko na niego.
— Nie pozwolę im zrobić z
ciebie potwora ukrywanego w ciemności — powiedział spokojnie.
— A jeśli nim jestem?
To pytanie zawisło między nimi
ciężko i boleśnie. Valmar podszedł bliżej. Dopiero teraz Rafael zauważył, jak
bardzo jest zmęczony. Cienie pod oczami, napięta szczęka, dłonie zaciskające
się momentami tak mocno, jakby ledwo panował nad własnym gniewem.
— Nie jesteś nim.
— Skąd możesz to wiedzieć? —
wyszeptał Rafael. — Ja już sam nie wiem, co siedzi mi w głowie.
Przez chwilę Valmar milczał.
Potem uklęknął przed nim powoli i położył dłonie na jego kolanach.
— Bo widziałem cię wtedy, gdy
byłeś przerażony tym, co zrobiłeś. Potwory nie boją się własnych czynów.
Rafael poczuł pieczenie pod
powiekami.
— Oni chcą mnie zabić.
— Nie pozwolę na to.
— Nie możesz walczyć z całym
królestwem.
Valmar spojrzał na niego
długo.
— Spróbuję.
To zabrzmiało zbyt szczerze.
Zbyt prawdziwie. I właśnie dlatego przeraziło Rafaela najbardziej.
Korytarze zamku wydawały się
dziwnie ciche, gdy szli w stronę sali obrad. Strażnicy odwracali wzrok albo
przeciwnie — obserwowali Rafaela z napięciem, jakby spodziewali się, że za
chwilę wszystko wokół stanie w ogniu. Rafael szedł blisko Valmara, z opuszczoną
głową i kapturem narzuconym na włosy. Czuł spojrzenia na własnej skórze.
Przy wejściu do sali czekali
już Gavriel i Lior.
Lior ruszył pierwszy.
— Rafael…
W jego głosie było tyle ulgi,
że chłopakowi ścisnęło gardło. Lior wyglądał, jakby od wielu dni nie spał
normalnie. Bez zastanowienia objął Rafaela mocno, a ten przez chwilę naprawdę
miał ochotę po prostu się w niego wtulić i zapomnieć o wszystkim.
Ale wtedy zauważył Gavriela.
Dowódca stał kilka kroków dalej w pełnej czarnej zbroi. Wyprostowany. Napięty. Jego dłoń spoczywała blisko rękojeści miecza niemal odruchowo. I patrzył na Rafaela inaczej niż wcześniej. Uważniej. Ostrożniej. Jak na coś, czego nie był już pewien. Rafael poczuł zimno pod żebrami. Lior też to zauważył. Odwrócił się gwałtownie w stronę Gavriela.
— Naprawdę aż tak bardzo mu
nie ufasz?
— To nie kwestia zaufania.
— Więc czego?
Gavriel milczał chwilę zbyt
długo.
— Bezpieczeństwa.
Lior prychnął z
niedowierzaniem.
— On jest naszym przyjacielem.
— A jeśli pewnego dnia
przestanie nim być?
Cisza po tych słowach była
niemal gorsza od krzyku. Rafael spuścił wzrok.
Valmar zrobił krok do przodu
natychmiast.
— Wystarczy.
Ton jego głosu był lodowaty.
Gavriel od razu skłonił głowę, ale napięcie nie zniknęło. Wręcz przeciwnie.
Tylko urosło.
Drzwi sali obrad otworzyły się ciężko. W środku panowała niemal absolutna cisza. Dziesiątki spojrzeń skierowały się od razu na Rafaela. Lordowie siedzący przy długim stole nie wyglądali na wściekłych. Wyglądali na przestraszonych. I to było dużo gorsze.
Rafael poczuł, jak jego oddech
zaczyna przyspieszać.
Valmar położył dłoń na jego
plecach i poprowadził go prosto w stronę tronu. Nie pozwolił mu usiąść niżej.
Nie pozwolił mu zostać z boku. Posadził go obok siebie. Wyraźnie. Publicznie.
Jakby chciał przypomnieć wszystkim obecnym, po czyjej stronie stoi król.
Przez długą chwilę nikt się
nie odzywał.
A potem jeden ze starszych
lordów wstał powoli.
— Czy to prawda — zaczął
ostrożnie — że moc chłopca wymknęła się spod kontroli?
Rafael poczuł, jak wszystkie
spojrzenia znów wbijają się w niego mocniej, ale Valmar odpowiedział pierwszy.
— Uczy się nad nią panować.
— A jeśli mu się nie uda?
Kolejny lord odezwał się
natychmiast:
— Kilku ludzi zostało rannych.
— Następnym razem może spłonąć
pół zamku.
— To nie był jego wybór —
warknął Valmar.
— Ale może stać się naszym
problemem.
Rafael zacisnął dłonie na
materiale własnego płaszcza tak mocno, że aż zabolały go palce. I wtedy
usłyszał szept.
Nie walcz z nimi.
Płomienie w świecach poruszyły
się gwałtownie. Kilku lordów odsunęło się odruchowo. Valmar zauważył to
natychmiast. Bez słowa sięgnął dłonią pod stół i ścisnął rękę Rafaela mocno.
Stabilnie. Jak kotwicę.
— Nikt nie skrzywdzi go pod
moim dachem — powiedział chłodno król. — I radzę wszystkim dobrze o tym
pamiętać.
W sali zrobiło się jeszcze
ciszej. Bo pierwszy raz zabrzmiał nie jak władca chroniący poddanego. Tylko jak
człowiek gotowy zagrozić własnemu królestwu dla jednej osoby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz