Rozdział 24 Pod zamkiem
Przez kilka sekund po słowach
Gavriela nikt się nie odezwał. W komnacie zapadła ciężka cisza, a Rafael
momentalnie poczuł nieprzyjemny ucisk pod żebrami. Valmar wyprostował się
powoli i spojrzał na dowódcę chłodno.
— Kto tam był?
— Nie wiemy — odpowiedział Gavriel. — Straż znalazła otwarte przejście za
magazynami południowego skrzydła. Pieczęcie zostały złamane niedawno.
Rafael zmarszczył brwi.
— Pieczęcie?
— Stare symbole ochronne. Większość była ukryta pod kamieniem. Część wyglądała,
jakby coś wypaliło je od środka.
Ostatnie słowa sprawiły, że w
komnacie zrobiło się jeszcze chłodniej. Valmar wymienił z Gavrielem krótkie
spojrzenie.
— Ilu ludzi o tym wie?
— Tylko moi żołnierze. Kazałem zamknąć przejście i nikogo nie wpuszczać.
— Dobrze. Tak ma zostać.
Rafael słuchał ich w
milczeniu, ale z każdą kolejną chwilą coraz wyraźniej czuł dziwne gorąco pod
skórą. Jakby coś głęboko w nim obudziło się na samą myśl o podziemiach. Serce
zaczęło bić szybciej.
Znajdź mnie.
Zacisnął dłonie gwałtownie.
Valmar zauważył to od razu.
— Rafael?
Chłopak przełknął ślinę.
— Chcę tam zejść.
Gavriel natychmiast pokręcił
głową.
— Nie ma mowy.
— Może właśnie tam znajdziemy odpowiedzi — powiedział Rafael, patrząc głównie
na Valmara. — Jeśli to wszystko jest związane ze mną, może…
— Właśnie dlatego tam nie zejdziesz sam — przerwał mu ostro Gavriel.
Rafael uniósł wzrok. W głosie
dowódcy po raz pierwszy od dawna nie było wyłącznie chłodu. Był strach.
Prawdziwy, trudny do ukrycia strach. Valmar odwrócił się powoli w stronę
Gavriela.
— Przygotuj ludzi.
— Wasza Wysokość—
— To rozkaz.
Ton króla przeciął powietrze
jak ostrze. Gavriel zacisnął szczękę, ale skinął głową.
— Tak jest.
Kiedy drzwi zamknęły się za
dowódcą, Rafael spojrzał na Valmara niepewnie.
— Naprawdę zamierzasz tam ze mną iść?
Valmar prychnął cicho.
— Myślałeś, że pozwolę ci zejść tam bez mnie?
Przez krótką chwilę Rafael
naprawdę chciał się uśmiechnąć, ale wtedy gorąco pod jego skórą wróciło
gwałtownie. Pulsowało nierówno, niemal boleśnie. Chłopak oparł dłoń o stół i
zamknął oczy.
Wracaj do mnie.
Głos był bliżej niż wcześniej.
Znacznie bliżej. Rafael zachwiał się lekko, a Valmar znalazł się przy nim
natychmiast.
— Rafael.
— Słyszę to coraz częściej… — wyszeptał. — Już nawet nie tylko nocą.
Król ujął jego kark ostrożnie.
— Co mówi?
Rafael zawahał się przez moment.
— Żebym wrócił.
Tym razem nawet Valmar nie
potrafił ukryć niepokoju.
Wieczorem południowy korytarz
zamku był niemal całkowicie pusty. Strażnicy Gavriel’a ustawili barykady przy
starym przejściu, a na kamiennych ścianach nadal widniały resztki dawnych
symboli ochronnych. Część była popękana, inne wyglądały tak, jakby coś wypaliło
je od środka. W powietrzu unosił się dziwny zapach wilgoci i spalenizny.
Lior stał przy wejściu razem z
Gavriel’em i wyraźnie nie podobało mu się to miejsce. Co chwilę rozglądał się
nerwowo po ciemnym korytarzu.
— Nadal uważam, że to fatalny pomysł — mruknął Lior.
— Nie jesteś jedyny — odpowiedział Gavriel chłodno.
Lior spojrzał na niego ostro.
— Więc czemu wyglądasz, jakbyś szedł na własną egzekucję?
Mięśnie szczęki Gavriela
napięły się wyraźnie.
— Bo może właśnie tam idziemy.
Lior zmarszczył brwi, ale nie
zdążył odpowiedzieć, bo na końcu korytarza pojawił się Valmar z Rafaelem.
Rozmowy ucichły natychmiast. Rafael miał na sobie ciemny płaszcz, jednak nawet
spod materiału czasem przebijało delikatne złote światło przesuwające się pod
jego skórą. Kilku strażników odruchowo odsunęło się o krok.
Valmar zatrzymał się przy
ciężkiej kracie.
— Otworzyć.
Metal zaskrzypiał przeciągle.
Gdy przejście uchyliło się powoli, z podziemi uderzyło lodowate, wilgotne
powietrze. Rafael poczuł dreszcz przebiegający po plecach niemal natychmiast.
To miejsce było stare. Starsze niż sam zamek. Czuł to całym sobą.
Niżej.
Szept zabrzmiał niemal
łagodnie.
Dom.
Rafael gwałtownie zacisnął
palce na rękawie płaszcza. Valmar spojrzał na niego uważnie.
— Co jest?
Chłopak milczał przez chwilę
zbyt długo. Potem podniósł wzrok powoli.
— Ono wie, że tu jestem.
Valmar przez moment nic nie
powiedział. W ciemnym przejściu pod zamkiem jego twarz wydawała się jeszcze
bardziej napięta niż zwykle. Potem bez słowa wyciągnął rękę w stronę Rafaela.
Chłopak zawahał się tylko sekundę, nim splótł z nim palce. Dopiero wtedy zeszli
niżej. Kamienne schody były wąskie i nierówne. Im głębiej schodzili, tym
chłodniejsze stawało się powietrze, choć Rafael czuł pod skórą dokładnie
odwrotne gorąco. Z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było mu oddychać
spokojnie. Miał wrażenie, że coś pod ziemią naprawdę na niego czekało.
Strażnicy nieśli pochodnie,
ale ich światło dziwnie drżało. Płomienie momentami wyginały się w stronę
Rafaela, jakby reagowały na jego obecność. Lior zauważył to pierwszy i ściszył
głos.
— To chyba nie jest normalne…
— Nic w tym miejscu nie jest
normalne — mruknął Gavriel.
Korytarz ciągnął się długo,
znacznie dalej, niż ktokolwiek powinien był budować pod zamkiem. Ściany
pokrywały stare symbole przypominające płomienie i pęknięcia. Niektóre
wyglądały identycznie jak znaki pojawiające się czasami na skórze Rafaela.
Chłopak zwolnił nagle, bo przed nimi znajdowały się ogromne kamienne drzwi.
Były częściowo otwarte.
Valmar od razu położył dłoń na
rękojeści miecza.
— Straż przede mną.
Dwóch żołnierzy ruszyło
pierwszych. W środku panowała ciemność tak gęsta, że światło pochodni ledwo ją
przebijało. Rafael jednak od początku wiedział, że nie są tam sami. Czuł czyjąś
obecność. Chwilę później zauważył ślady na podłodze. Świeże odciski butów.
Resztki wypalonego wosku. Ktoś był tu niedawno. Bardzo niedawno.
Gavriel zaklął cicho pod
nosem.
— Powinniśmy zawrócić.
— Nie — odezwał się Rafael
szybciej, niż sam się spodziewał.
Wszyscy spojrzeli na niego.
Sam nie wiedział, czemu powiedział to tak stanowczo. Po prostu czuł, że musi
iść dalej. Szept w jego głowie stawał się coraz wyraźniejszy.
Już blisko.
Valmar obserwował go uważnie.
— Rafael.
— Jeśli teraz wyjdziemy, oni
wrócą.
— „Oni”? — zapytał Lior
niepewnie.
Rafael spojrzał gdzieś w
ciemność.
— Nie wiem… ale czuję ich.
Przez chwilę nikt się nie
ruszał. W końcu Valmar westchnął ciężko i skinął głową strażnikom. Ruszyli
dalej. Sala za drzwiami była ogromna. Znacznie większa, niż pozwalałyby na to
fundamenty zamku. Pośrodku znajdował się okrągły kamienny krąg pokryty symbolami,
a wokół niego ustawiono wysokie kolumny przypominające zwęglone drzewa.
Rafael zatrzymał się
gwałtownie, bo część symboli świeciła złotym światłem. Takim samym jak znaki na
jego skórze.
Lior odruchowo zrobił krok
bliżej Gavriela. Nawet strażnicy wyglądali, jakby chcieli natychmiast opuścić
to miejsce. Tylko Rafael nie potrafił oderwać wzroku od środka kręgu. Serce
waliło mu coraz mocniej. A potem zobaczył coś jeszcze. Na kamieniu leżał świeży
ślad krwi. Valmar momentalnie zesztywniał.
— Gavriel.
Dowódca uklęknął przy śladzie
i dotknął go ostrożnie palcami.
— Jeszcze nie zaschła.
W tej samej chwili gdzieś
głęboko pod nimi rozległ się niski dźwięk. Jakby coś ogromnego poruszyło się
pod ziemią. Strażnicy natychmiast unieśli broń. Lior pobladł. Rafael natomiast
poczuł nagłą falę gorąca przebiegającą przez całe ciało.
I wtedy symbole wokół
kamiennego kręgu zapłonęły jednocześnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz