poniedziałek, 22 czerwca 2026

Książę w Ramionach Mroku 24

 

Rozdział 24 Pod zamkiem

 

Przez kilka sekund po słowach Gavriela nikt się nie odezwał. W komnacie zapadła ciężka cisza, a Rafael momentalnie poczuł nieprzyjemny ucisk pod żebrami. Valmar wyprostował się powoli i spojrzał na dowódcę chłodno.
— Kto tam był?
— Nie wiemy — odpowiedział Gavriel. — Straż znalazła otwarte przejście za magazynami południowego skrzydła. Pieczęcie zostały złamane niedawno.
Rafael zmarszczył brwi.
— Pieczęcie?
— Stare symbole ochronne. Większość była ukryta pod kamieniem. Część wyglądała, jakby coś wypaliło je od środka.

Ostatnie słowa sprawiły, że w komnacie zrobiło się jeszcze chłodniej. Valmar wymienił z Gavrielem krótkie spojrzenie.
— Ilu ludzi o tym wie?
— Tylko moi żołnierze. Kazałem zamknąć przejście i nikogo nie wpuszczać.
— Dobrze. Tak ma zostać.

Rafael słuchał ich w milczeniu, ale z każdą kolejną chwilą coraz wyraźniej czuł dziwne gorąco pod skórą. Jakby coś głęboko w nim obudziło się na samą myśl o podziemiach. Serce zaczęło bić szybciej.

Znajdź mnie.

Zacisnął dłonie gwałtownie. Valmar zauważył to od razu.
— Rafael?
Chłopak przełknął ślinę.
— Chcę tam zejść.

Gavriel natychmiast pokręcił głową.
— Nie ma mowy.
— Może właśnie tam znajdziemy odpowiedzi — powiedział Rafael, patrząc głównie na Valmara. — Jeśli to wszystko jest związane ze mną, może…
— Właśnie dlatego tam nie zejdziesz sam — przerwał mu ostro Gavriel.

Rafael uniósł wzrok. W głosie dowódcy po raz pierwszy od dawna nie było wyłącznie chłodu. Był strach. Prawdziwy, trudny do ukrycia strach. Valmar odwrócił się powoli w stronę Gavriela.
— Przygotuj ludzi.
— Wasza Wysokość—
— To rozkaz.

Ton króla przeciął powietrze jak ostrze. Gavriel zacisnął szczękę, ale skinął głową.
— Tak jest.

Kiedy drzwi zamknęły się za dowódcą, Rafael spojrzał na Valmara niepewnie.
— Naprawdę zamierzasz tam ze mną iść?
Valmar prychnął cicho.
— Myślałeś, że pozwolę ci zejść tam bez mnie?

Przez krótką chwilę Rafael naprawdę chciał się uśmiechnąć, ale wtedy gorąco pod jego skórą wróciło gwałtownie. Pulsowało nierówno, niemal boleśnie. Chłopak oparł dłoń o stół i zamknął oczy.

Wracaj do mnie.

Głos był bliżej niż wcześniej. Znacznie bliżej. Rafael zachwiał się lekko, a Valmar znalazł się przy nim natychmiast.
— Rafael.
— Słyszę to coraz częściej… — wyszeptał. — Już nawet nie tylko nocą.
Król ujął jego kark ostrożnie.
— Co mówi?
Rafael zawahał się przez moment.
— Żebym wrócił.

Tym razem nawet Valmar nie potrafił ukryć niepokoju.

Wieczorem południowy korytarz zamku był niemal całkowicie pusty. Strażnicy Gavriel’a ustawili barykady przy starym przejściu, a na kamiennych ścianach nadal widniały resztki dawnych symboli ochronnych. Część była popękana, inne wyglądały tak, jakby coś wypaliło je od środka. W powietrzu unosił się dziwny zapach wilgoci i spalenizny.

Lior stał przy wejściu razem z Gavriel’em i wyraźnie nie podobało mu się to miejsce. Co chwilę rozglądał się nerwowo po ciemnym korytarzu.
— Nadal uważam, że to fatalny pomysł — mruknął Lior.
— Nie jesteś jedyny — odpowiedział Gavriel chłodno.

Lior spojrzał na niego ostro.
— Więc czemu wyglądasz, jakbyś szedł na własną egzekucję?

Mięśnie szczęki Gavriela napięły się wyraźnie.
— Bo może właśnie tam idziemy.

Lior zmarszczył brwi, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo na końcu korytarza pojawił się Valmar z Rafaelem. Rozmowy ucichły natychmiast. Rafael miał na sobie ciemny płaszcz, jednak nawet spod materiału czasem przebijało delikatne złote światło przesuwające się pod jego skórą. Kilku strażników odruchowo odsunęło się o krok.

Valmar zatrzymał się przy ciężkiej kracie.
— Otworzyć.

Metal zaskrzypiał przeciągle. Gdy przejście uchyliło się powoli, z podziemi uderzyło lodowate, wilgotne powietrze. Rafael poczuł dreszcz przebiegający po plecach niemal natychmiast. To miejsce było stare. Starsze niż sam zamek. Czuł to całym sobą.

Niżej.

Szept zabrzmiał niemal łagodnie.

Dom.

Rafael gwałtownie zacisnął palce na rękawie płaszcza. Valmar spojrzał na niego uważnie.
— Co jest?

Chłopak milczał przez chwilę zbyt długo. Potem podniósł wzrok powoli.
— Ono wie, że tu jestem.

Valmar przez moment nic nie powiedział. W ciemnym przejściu pod zamkiem jego twarz wydawała się jeszcze bardziej napięta niż zwykle. Potem bez słowa wyciągnął rękę w stronę Rafaela. Chłopak zawahał się tylko sekundę, nim splótł z nim palce. Dopiero wtedy zeszli niżej. Kamienne schody były wąskie i nierówne. Im głębiej schodzili, tym chłodniejsze stawało się powietrze, choć Rafael czuł pod skórą dokładnie odwrotne gorąco. Z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było mu oddychać spokojnie. Miał wrażenie, że coś pod ziemią naprawdę na niego czekało.

Strażnicy nieśli pochodnie, ale ich światło dziwnie drżało. Płomienie momentami wyginały się w stronę Rafaela, jakby reagowały na jego obecność. Lior zauważył to pierwszy i ściszył głos.
— To chyba nie jest normalne…

— Nic w tym miejscu nie jest normalne — mruknął Gavriel.

Korytarz ciągnął się długo, znacznie dalej, niż ktokolwiek powinien był budować pod zamkiem. Ściany pokrywały stare symbole przypominające płomienie i pęknięcia. Niektóre wyglądały identycznie jak znaki pojawiające się czasami na skórze Rafaela. Chłopak zwolnił nagle, bo przed nimi znajdowały się ogromne kamienne drzwi. Były częściowo otwarte.

Valmar od razu położył dłoń na rękojeści miecza.
— Straż przede mną.

Dwóch żołnierzy ruszyło pierwszych. W środku panowała ciemność tak gęsta, że światło pochodni ledwo ją przebijało. Rafael jednak od początku wiedział, że nie są tam sami. Czuł czyjąś obecność. Chwilę później zauważył ślady na podłodze. Świeże odciski butów. Resztki wypalonego wosku. Ktoś był tu niedawno. Bardzo niedawno.

Gavriel zaklął cicho pod nosem.
— Powinniśmy zawrócić.

— Nie — odezwał się Rafael szybciej, niż sam się spodziewał.

Wszyscy spojrzeli na niego. Sam nie wiedział, czemu powiedział to tak stanowczo. Po prostu czuł, że musi iść dalej. Szept w jego głowie stawał się coraz wyraźniejszy.

Już blisko.

Valmar obserwował go uważnie.
— Rafael.

— Jeśli teraz wyjdziemy, oni wrócą.

— „Oni”? — zapytał Lior niepewnie.

Rafael spojrzał gdzieś w ciemność.
— Nie wiem… ale czuję ich.

Przez chwilę nikt się nie ruszał. W końcu Valmar westchnął ciężko i skinął głową strażnikom. Ruszyli dalej. Sala za drzwiami była ogromna. Znacznie większa, niż pozwalałyby na to fundamenty zamku. Pośrodku znajdował się okrągły kamienny krąg pokryty symbolami, a wokół niego ustawiono wysokie kolumny przypominające zwęglone drzewa.

Rafael zatrzymał się gwałtownie, bo część symboli świeciła złotym światłem. Takim samym jak znaki na jego skórze.

Lior odruchowo zrobił krok bliżej Gavriela. Nawet strażnicy wyglądali, jakby chcieli natychmiast opuścić to miejsce. Tylko Rafael nie potrafił oderwać wzroku od środka kręgu. Serce waliło mu coraz mocniej. A potem zobaczył coś jeszcze. Na kamieniu leżał świeży ślad krwi. Valmar momentalnie zesztywniał.
— Gavriel.

Dowódca uklęknął przy śladzie i dotknął go ostrożnie palcami.
— Jeszcze nie zaschła.

W tej samej chwili gdzieś głęboko pod nimi rozległ się niski dźwięk. Jakby coś ogromnego poruszyło się pod ziemią. Strażnicy natychmiast unieśli broń. Lior pobladł. Rafael natomiast poczuł nagłą falę gorąca przebiegającą przez całe ciało.

I wtedy symbole wokół kamiennego kręgu zapłonęły jednocześnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz