Rozdział 23 Nosiciel płomienia
Po obradach rady zamek wydawał
się jeszcze cichszy niż wcześniej. Cisza jednak nie oznaczała spokoju. Rafael
czuł spojrzenia wszędzie. Strażnicy milkli, gdy przechodził obok, służba
odsuwała się dyskretnie na bok, a nawet powietrze wydawało się cięższe, jakby
całe królestwo wstrzymywało oddech i czekało, aż wydarzy się coś strasznego.
Najgorsze były szepty. Nie te
w jego głowie. Te prawdziwe.
— To on podpalił zachodni
korytarz…
— Mówią, że to dopiero początek…
— Jeśli kult wróci…
Rafael przyspieszył kroku.
Kaptur płaszcza zsunął mu się niżej na oczy, ale to nie pomagało. Nadal czuł na
sobie strach ludzi. Wrócił do swoich komnat szybciej niż planował i dopiero gdy
drzwi zamknęły się za nim ciężko, pozwolił sobie oprzeć dłonie o stół i zamknąć
oczy. Nie powinien tu być.
Szept wrócił niemal
natychmiast.
Oni już się ciebie boją.
Płomień świecy drgnął
gwałtownie. Rafael cofnął rękę odruchowo.
— Zamknij się…
— Rozmawiasz już sam ze sobą?
Drgnął gwałtownie. Valmar stał
przy wejściu do komnaty. Musiał wejść niemal bezszelestnie. Król wyglądał źle.
Jeszcze gorzej niż rano. Rozpięty kołnierz, zmęczone oczy, dłonie pobrudzone
atramentem.
Rafael zmarszczył brwi.
— Nie spałeś.
— Ty też nie.
Valmar podszedł bliżej i
położył na stole kilka starych pergaminów.
— Co to?
— Kroniki sprzed trzystu lat.
Rafael spojrzał na niego
niepewnie.
— Znowu byłeś w archiwach?
— Całą noc.
— Valmar…
— Muszę znaleźć sposób, żeby
ci pomóc.
To zabrzmiało niemal szorstko.
Jakby był już zbyt zmęczony, by ukrywać desperację. Rafael patrzył chwilę na
pergaminy. Większość była nadpalona, część tekstu ledwo dało się odczytać.
— Myślałem, że wszystko
związane z kultem zostało zniszczone.
— Oficjalnie tak było.
Valmar usiadł ciężko naprzeciw
niego.
— Po upadku kultu płomienia
podziemia pod zamkiem zostały zapieczętowane. Zakazano wejścia tam komukolwiek
poza królem i wybranymi strażnikami korony. Nawet kroniki miały zostać spalone.
— Ale nie zostały.
— Nie wszystkie.
Rafael przesunął palcami po
jednej z pożółkłych stron. Zobaczył symbol identyczny jak ten, który czasami
pojawiał się na jego skórze. Poczuł nieprzyjemne gorąco pod palcami.
— Co właściwie tam jest? Pod
zamkiem?
Valmar zawahał się pierwszy
raz od początku rozmowy.
— Coś starszego niż to
królestwo.
To nie zabrzmiało jak legenda.
To zabrzmiało jak ostrzeżenie.
— Garilda powiedziała, że
płomień „śpi” pod zamkiem.
— Powinienem był przewidzieć,
że cię odnajdzie.
— Kim ona naprawdę jest?
— Jedną z ostatnich osób,
które wiedzą cokolwiek o dawnym płomieniu.
— Miała go w sobie?
Valmar milczał chwilę.
— Nie tak jak ty. Ale jej ród
służył kultowi przez pokolenia. Strażnicy ognia, kapłani, opiekunowie rytuałów…
różnie ich nazywano.
Rafael poczuł chłód w żołądku.
— Więc ona od początku
wiedziała, czym jestem?
— Podejrzewała.
— A ty?
To pytanie zawisło ciężko
między nimi. Valmar spuścił wzrok na stare pergaminy.
— Nie chciałem wierzyć.
Rafael patrzył na niego długo.
Potem odsunął od siebie jeden z dokumentów gwałtowniej, niż planował.
— A jeśli oni mają rację? —
wyszeptał. — Jeśli naprawdę skończę jak ci wszyscy ludzie z kronik?
Valmar podniósł wzrok
natychmiast.
— Nie skończysz.
— Skąd możesz to wiedzieć?!
Głos Rafaela drgnął zbyt
mocno. Świece wokół nich buchnęły wyżej, a ogień zatańczył po ścianach. Valmar
jednak nawet się nie poruszył.
— Bo nie jesteś sam.
Rafael zaśmiał się gorzko.
— Właśnie o to chodzi. Wszyscy
wokół mnie zaczną cierpieć.
Król wstał powoli i podszedł
bliżej.
— Posłuchaj mnie uważnie. Nie
obchodzi mnie, co jest pod tym zamkiem. Nie obchodzi mnie, co próbował zrobić
kult. Znajdę sposób, żebyś nad tym zapanował.
— A jeśli taki sposób nie
istnieje?
Valmar zatrzymał się tuż przed
nim.
— Wtedy stworzymy własny.
Przez chwilę Rafael tylko na
niego patrzył. Na zmęczone oczy. Na napięcie ukryte pod spokojnym głosem. Na
człowieka, który od tygodni prawie nie spał, bo próbował go uratować. I nagle
poczuł coś gorszego niż strach.
Poczucie winy.
— Przestań ratować mnie
kosztem siebie… — wyszeptał.
Valmar ujął jego twarz
ostrożnie.
— Za późno.
I wtedy rozległo się gwałtowne
pukanie do drzwi. Do komnaty wszedł Gavriel. Tym razem nawet nie próbował
wyglądać spokojnie.
— Wasza Wysokość… znaleźliśmy
kolejne wejście do podziemi.
W komnacie natychmiast zapadła
cisza.
A potem Gavriel dodał ciszej:
— I ktoś był tam przed nami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz