wtorek, 16 czerwca 2026

Książę w Ramionach Mroku 23

 

Rozdział 23 Nosiciel płomienia


Po obradach rady zamek wydawał się jeszcze cichszy niż wcześniej. Cisza jednak nie oznaczała spokoju. Rafael czuł spojrzenia wszędzie. Strażnicy milkli, gdy przechodził obok, służba odsuwała się dyskretnie na bok, a nawet powietrze wydawało się cięższe, jakby całe królestwo wstrzymywało oddech i czekało, aż wydarzy się coś strasznego.

Najgorsze były szepty. Nie te w jego głowie. Te prawdziwe.

— To on podpalił zachodni korytarz…
— Mówią, że to dopiero początek…
— Jeśli kult wróci…

Rafael przyspieszył kroku. Kaptur płaszcza zsunął mu się niżej na oczy, ale to nie pomagało. Nadal czuł na sobie strach ludzi. Wrócił do swoich komnat szybciej niż planował i dopiero gdy drzwi zamknęły się za nim ciężko, pozwolił sobie oprzeć dłonie o stół i zamknąć oczy. Nie powinien tu być.

Szept wrócił niemal natychmiast.

Oni już się ciebie boją.

Płomień świecy drgnął gwałtownie. Rafael cofnął rękę odruchowo.

— Zamknij się…

— Rozmawiasz już sam ze sobą?

Drgnął gwałtownie. Valmar stał przy wejściu do komnaty. Musiał wejść niemal bezszelestnie. Król wyglądał źle. Jeszcze gorzej niż rano. Rozpięty kołnierz, zmęczone oczy, dłonie pobrudzone atramentem.

Rafael zmarszczył brwi.

— Nie spałeś.

— Ty też nie.

Valmar podszedł bliżej i położył na stole kilka starych pergaminów.

— Co to?

— Kroniki sprzed trzystu lat.

Rafael spojrzał na niego niepewnie.

— Znowu byłeś w archiwach?

— Całą noc.

— Valmar…

— Muszę znaleźć sposób, żeby ci pomóc.

To zabrzmiało niemal szorstko. Jakby był już zbyt zmęczony, by ukrywać desperację. Rafael patrzył chwilę na pergaminy. Większość była nadpalona, część tekstu ledwo dało się odczytać.

— Myślałem, że wszystko związane z kultem zostało zniszczone.

— Oficjalnie tak było.

Valmar usiadł ciężko naprzeciw niego.

— Po upadku kultu płomienia podziemia pod zamkiem zostały zapieczętowane. Zakazano wejścia tam komukolwiek poza królem i wybranymi strażnikami korony. Nawet kroniki miały zostać spalone.

— Ale nie zostały.

— Nie wszystkie.

Rafael przesunął palcami po jednej z pożółkłych stron. Zobaczył symbol identyczny jak ten, który czasami pojawiał się na jego skórze. Poczuł nieprzyjemne gorąco pod palcami.

— Co właściwie tam jest? Pod zamkiem?

Valmar zawahał się pierwszy raz od początku rozmowy.

— Coś starszego niż to królestwo.

To nie zabrzmiało jak legenda. To zabrzmiało jak ostrzeżenie.

— Garilda powiedziała, że płomień „śpi” pod zamkiem.

— Powinienem był przewidzieć, że cię odnajdzie.

— Kim ona naprawdę jest?

— Jedną z ostatnich osób, które wiedzą cokolwiek o dawnym płomieniu.

— Miała go w sobie?

Valmar milczał chwilę.

— Nie tak jak ty. Ale jej ród służył kultowi przez pokolenia. Strażnicy ognia, kapłani, opiekunowie rytuałów… różnie ich nazywano.

Rafael poczuł chłód w żołądku.

— Więc ona od początku wiedziała, czym jestem?

— Podejrzewała.

— A ty?

To pytanie zawisło ciężko między nimi. Valmar spuścił wzrok na stare pergaminy.

— Nie chciałem wierzyć.

Rafael patrzył na niego długo. Potem odsunął od siebie jeden z dokumentów gwałtowniej, niż planował.

— A jeśli oni mają rację? — wyszeptał. — Jeśli naprawdę skończę jak ci wszyscy ludzie z kronik?

Valmar podniósł wzrok natychmiast.

— Nie skończysz.

— Skąd możesz to wiedzieć?!

Głos Rafaela drgnął zbyt mocno. Świece wokół nich buchnęły wyżej, a ogień zatańczył po ścianach. Valmar jednak nawet się nie poruszył.

— Bo nie jesteś sam.

Rafael zaśmiał się gorzko.

— Właśnie o to chodzi. Wszyscy wokół mnie zaczną cierpieć.

Król wstał powoli i podszedł bliżej.

— Posłuchaj mnie uważnie. Nie obchodzi mnie, co jest pod tym zamkiem. Nie obchodzi mnie, co próbował zrobić kult. Znajdę sposób, żebyś nad tym zapanował.

— A jeśli taki sposób nie istnieje?

Valmar zatrzymał się tuż przed nim.

— Wtedy stworzymy własny.

Przez chwilę Rafael tylko na niego patrzył. Na zmęczone oczy. Na napięcie ukryte pod spokojnym głosem. Na człowieka, który od tygodni prawie nie spał, bo próbował go uratować. I nagle poczuł coś gorszego niż strach.

Poczucie winy.

— Przestań ratować mnie kosztem siebie… — wyszeptał.

Valmar ujął jego twarz ostrożnie.

— Za późno.

I wtedy rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Do komnaty wszedł Gavriel. Tym razem nawet nie próbował wyglądać spokojnie.

— Wasza Wysokość… znaleźliśmy kolejne wejście do podziemi.

W komnacie natychmiast zapadła cisza.

A potem Gavriel dodał ciszej:

— I ktoś był tam przed nami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz