Rozdział 36 – Cisza
— Przerwij cykl.
Głos matki rozpadł się wśród
płomieni dokładnie w chwili, gdy cały korytarz zatrząsł się ponownie. Kamienie
pękały pod nogami strażników, a cień wił się po suficie i ścianach coraz
gwałtowniej, jakby sam zaczął rozumieć, co Rafael właśnie usłyszał.
Chłopak patrzył w ogień
nieruchomo. Oddychał ciężko, ale pierwszy raz od wielu dni jego spojrzenie było
całkowicie trzeźwe. Jakby coś nagle ułożyło się w całość.
Valmar zauważył to od razu.
— Rafael…
Chłopak odwrócił się powoli.
— Ona miała rację.
— Nie.
— Valmar, posłuchaj mnie.
— Nie.
Król wypowiedział to ostrzej niż zamierzał. W jego głosie pojawiło się coś niebezpiecznego. Strach zmieszany z desperacją.
Rafael zacisnął powieki na
krótką chwilę.
— To już się nie
zatrzyma.
— Znajdziemy inny sposób.
— Jaki?!
To pytanie odbiło się echem od kamiennych ścian. Valmar zamilkł. Bo nie miał odpowiedzi. Rafael zaśmiał się krótko, gorzko.
— Właśnie.
Kilka metrów dalej strażnicy
wynosili rannych. Jeden z nich wykrwawiał się na kamiennej posadzce, dusząc się
własną krwią. Rafael patrzył na to z twarzą bladą jak śmierć.
— To mnie szuka. To przeze
mnie oni umierają.
Złote symbole przesuwały się
po jego szyi i policzkach coraz szybciej. Ogień obejmował go kawałek po
kawałku, a cień stawał się coraz silniejszy.
Rafael spojrzał na własne dłonie. I pierwszy raz naprawdę wyglądał, jakby się poddał.
— Ja już nie potrafię tego
zatrzymać.
Valmar złapał go za twarz
natychmiast.
— Patrz na mnie.
Rafael uniósł wzrok powoli. Król wyglądał źle. Załamany. Wściekły.
Przerażony.
— Nie oddam cię temu.
Rafaelowi zadrżały usta.
— Ale ja już tam jestem.
To zabolało Valmara bardziej
niż cokolwiek wcześniej. Król przyciągnął go bliżej gwałtownie, jakby sama siła
objęcia mogła zatrzymać wszystko.
— Nie pozwolę ci umrzeć.
Rafael zamknął oczy.
Na krótką chwilę wtulił twarz
w jego ramię.
A potem wyszeptał:
— Jeśli tego nie zrobisz…
zrobię to sam.
Lior spojrzał na Rafaela z
przerażeniem.
— Raffy, nie.
Ale chłopak już patrzył tylko
na Valmara.
— Słyszysz je? Ja słyszę je
cały czas. Nie przestają ani na chwilę.
Wracaj.
Oddaj nam serce.
Pozwól nam żyć.
Rafael zacisnął dłonie
gwałtownie.
— Chcę ciszy… Chociaż raz.
Tylko raz.
Valmar wyglądał, jakby właśnie
rozrywano go od środka.
— Nie każ mi tego zrobić.
— Nie proszę cię o to dla
siebie. Proszę cię, żebyś uratował wszystkich innych.
Cień zawył gwałtownie, jakby wyczuł zagrożenie. Płomienie wybuchły po ścianach, a podłoga zatrzęsła się ponownie. Gavriel spojrzał na Valmara ciężko. I po raz pierwszy nic nie powiedział. Bo wszyscy wiedzieli już, że Rafael ma rację. Do komnat wrócili w ciszy.
Za oknami zamek nadal drżał od
odległych wstrząsów, ale tutaj panował dziwny spokój. Ogień w kominku palił się
nisko, rzucając ciepłe światło na ciężkie zasłony i ciemne ściany sypialni.
Rafael siedział na łóżku
owinięty kocem. Wyglądał coraz gorzej. Złote symbole obejmowały już całą szyję
i pół twarzy, a jego dłonie drżały lekko przy każdym oddechu.
Lior stał pod ścianą z
czerwonymi oczami. Gavriel trzymał go blisko siebie, jakby bał się, że chłopak
zaraz się rozsypie.
Valmar milczał. Od chwili, gdy weszli do komnaty, praktycznie się nie poruszył.
Rafael spojrzał na niego
powoli.
— Nie patrz na mnie tak.
Król uniósł wzrok gwałtownie.
— Jak?
Blady uśmiech pojawił się na
ustach chłopaka.
— Jakbyś już mnie stracił.
To zabolało bardziej, niż
Rafael się spodziewał. Widział to od razu w oczach Valmara.
Za ścianami rozległ się
kolejny niski huk. Rafael momentalnie zesztywniał, a głosy wróciły gwałtownie.
Wracaj.
Wracaj do nas.
Chłopak syknął cicho z bólu i
zacisnął dłonie na materiale koca.
— Val… ja naprawdę już nie
potrafię…
Król znalazł się przy nim
natychmiast.
— Rafael.
— Proszę… zrób to teraz…
Rafael spojrzał na niego
długo, jakby próbował zapamiętać jego twarz dokładnie taką, jaka była w tej
chwili.
— Kocham cię.
To słowo niemal zniszczyło
Valmara.
Król przyciągnął go do siebie
gwałtownie i pocałował mocno, rozpaczliwie, jak człowiek próbujący zatrzymać
ostatnie sekundy świata. Rafael odpowiedział od razu, chociaż dłonie drżały mu
coraz bardziej.
Potem Valmar usiadł na łóżku i
oparł się o wezgłowie, przyciągając Rafaela do własnej piersi. Chłopak wtulił
się w niego odruchowo, zmęczony, jakby właśnie tam było jedyne miejsce, w
którym jeszcze czuł się bezpiecznie.
Przez krótką chwilę po prostu siedzieli w ciszy. Tak normalnie. Tak boleśnie spokojnie.
— Boję się… — wyszeptał
Rafael.
Valmar objął go mocniej.
— Ja też.
To była pierwsza całkowicie
szczera odpowiedź od bardzo dawna.
Rafael zaśmiał się cicho, ale
głos mu zadrżał.
— To straszne zakończenie
naszej historii.
— To nie koniec.
— Nawet teraz próbujesz mnie
okłamywać.
Valmar nie odpowiedział.
Za ścianami zamek zatrząsł się
ponownie. Płomienie w kominku wybuchły gwałtownie wyżej.
Wracaj.
WRACAJ.
ODDAJ NAM—
Rafael drgnął mocno i zacisnął
dłonie na koszuli Valmara.
— Proszę…
Król pochylił się do jego szyi
powoli.
Rafael napiął się odruchowo,
ale nie odsunął ani o milimetr.
Kiedy kły przebiły skórę,
syknął cicho z bólu i mocniej zacisnął palce na ubraniu Valmar'a. Ogień pod jego
skórą eksplodował gwałtownie. Złote światło rozlało się po całej komnacie,
płomienie buchnęły w kominku tak wysoko, że niemal sięgnęły sufitu.
Valmar pił powoli. Bardzo powoli. Tak, jakby odwlekał każdą kolejną sekundę.
Rafael oddychał coraz ciężej w jego ramionach. Głosy wrzeszczały w jego głowie coraz głośniej, aż w końcu wszystko zaczęło mieszać się w jeden nieznośny dźwięk.
I nagle…
…cisza.
Prawdziwa. Pierwsza od wielu tygodni. Rafael drgnął gwałtownie.
Łzy spłynęły mu po policzkach.
— Val… One zniknęły…
Valmar momentalnie przestał
oddychać.
Rafael spojrzał na niego
zamglonym wzrokiem. Był coraz zimniejszy. Coraz słabszy. Serce biło już tak
wolno, że niemal nie dało się go wyczuć.
Ale mimo to uśmiechnął się blado. Spokojnie.
— Dziękuję…
Jego ciało zadrżało lekko. Potem jeszcze raz. I jeszcze.
Aż w końcu całkowicie zwiotczało w ramionach Valmar'a. Płomienie w kominku zgasły jednocześnie. A serce Rafaela przestało bić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz