Rozdział 38 – Przebudzenie
cienia
Trzeciej nocy zamek znowu
zaczął drżeć.
Nie tak gwałtownie jak
wcześniej. To nie były już eksplozje ognia ani wrzaski cienia rozchodzące się
po murach. Raczej coś gorszego. Powolne, nieregularne drgania przypominające
bicie ogromnego serca ukrytego gdzieś głęboko pod ziemią.
Valmar uniósł głowę
natychmiast.
Przez ostatnie dni praktycznie
nie opuszczał komnaty Rafaela. Ogień zniknął z ciała chłopaka całkowicie, ale
on sam nadal pozostawał nieruchomy. Oddychał słabo, czasem zbyt płytko, czasem
gwałtowniej, jakby śnił coś okropnego.
Lior spał zwinięty na fotelu
przy łóżku. A właściwie próbował spać. Budził się przy każdym ruchu Rafaela,
przy każdym drgnięciu jego dłoni, przy każdym cięższym oddechu.
Gavriel wszedł do komnaty bez
pukania.
I to wystarczyło, żeby Valmar
od razu wiedział, że coś się stało.
Dowódca wyglądał źle. Jeszcze
gorzej niż wcześniej. Na jego zbroi widać było świeżą krew, a napięcie na
twarzy sprawiało, że wyglądał bardziej jak człowiek wracający z wojny niż z
patrolu po własnym zamku.
— Co się dzieje? — zapytał
Valmar cicho.
Gavriel spojrzał najpierw na
Rafaela.
Dopiero potem odpowiedział:
— Znaleźliśmy ich.
Lior momentalnie poderwał
głowę.
— Kult?
Gavriel skinął powoli.
— Nie uciekli z zamku. Ukryli
się w starych kryptach pod południowym skrzydłem. — Zacisnął szczękę mocniej. —
I wygląda na to, że czekali.
Valmar zmrużył oczy.
— Na co?
Właśnie wtedy zamek zatrząsł
się ponownie.
Tym razem mocniej.
Świece zadrżały gwałtownie, a
gdzieś daleko rozległ się niski huk przypominający pękanie kamienia.
Gavriel spojrzał w stronę
podłogi.
— Na to.
Lior pobladł.
— Myślałem, że to się
skończyło…
— Ja też — mruknął Gavriel.
Valmar odwrócił wzrok powoli w
stronę łóżka.
Rafael nadal się nie poruszał. Ale coś było inaczej. Jego dłonie drżały lekko. Jakby ciało reagowało na to, co budziło się pod zamkiem. Król momentalnie znalazł się przy nim.
— Rafael?
Brak odpowiedzi. Ale oddech chłopaka przyspieszył. Lior podszedł bliżej.
— Raffy?
I wtedy Rafael poruszył się
pierwszy raz od trzech dni.
Jego palce zacisnęły się gwałtownie na prześcieradle. Twarz wykrzywił ból.
— Nie… — wyszeptał nagle.
Valmar zesztywniał.
— Rafael.
Chłopak oddychał coraz
szybciej.
— Nie otwierajcie… —
wymamrotał drżąco. — Nie pozwólcie mu—
Całe jego ciało napięło się gwałtownie. A potem poderwał się z krzykiem. Lior aż cofnął się o krok.
Rafael siedział na łóżku
dysząc ciężko, z szeroko otwartymi oczami, jakby nadal znajdował się gdzieś
pomiędzy snem a rzeczywistością. Pot spływał mu po skroniach, dłonie drżały tak
mocno, że ledwo był w stanie utrzymać własny ciężar.
Valmar złapał go natychmiast.
— Rafael. Spokojnie. Jesteś
tutaj.
Chłopak spojrzał na niego gwałtownie. Przez krótką chwilę wyglądał, jakby go nie poznawał. Potem nagle złapał Valmar'a za ubranie obiema rękami.
— Musimy zamknąć wejście.
Głos miał ochrypły. Słaby. Ale całkowicie świadomy. Liorowi aż zaszkliły się oczy.
— Raffy…
Rafael spojrzał na niego dopiero po chwili. I wtedy coś w jego twarzy pękło.
— Lior…
To jedno słowo zabrzmiało tak
słabo, że chłopak momentalnie rzucił się do łóżka i objął go mocno.
— Idioto… — wyszeptał drżąco.
— Pieprzony idioto…
Rafael zaśmiał się cicho,
chociaż głos mu zadrżał.
— Też się cieszę, że żyję.
Lior rozpłakał się
jeszcze bardziej.
Valmar nadal trzymał Rafaela
przy sobie, jakby bał się, że jeśli puści go choćby na sekundę, wszystko znowu
zniknie.
Ale radość nie trwała długo. Bo zamek zatrząsł się ponownie. Tym razem dużo mocniej. Gdzieś w oddali rozległ się krzyk. Potem następny.
Gavriel odwrócił się
natychmiast w stronę drzwi.
— To wróciło.
Rafael momentalnie
zesztywniał.
— Nie… — wyszeptał.
Obrazy ze snu wróciły natychmiast. Kamienny krąg. Ogromne drzwi pod ziemią. Serce płomienia. I cień próbujący wydostać się na wolność. Rafael spojrzał gwałtownie na Valmara.
— Ono nadal żyje.
Cisza w komnacie zrobiła się ciężka. Gavriel zacisnął dłoń na rękojeści miecza.
— Wytłumacz.
Rafael oddychał nierówno,
próbując uporządkować własne myśli.
— Ogień opuścił moje ciało…
ale cień nadal istnieje. Jest związany z czymś pod zamkiem. Z czymś starszym
niż kult. — Podniósł wzrok powoli. — Serce płomienia.
Valmar zmarszczył brwi.
— Co to jest?
— Źródło. To nim karmili
wszystko przez setki lat. Nosicieli. Rytuały. Ogień. Dusze.
Lior pobladł.
— Dusze…?
Rafael zamknął oczy na krótką
chwilę.
— Oni tam nadal są.
W komnacie zapadła cisza.
— Widziałem ich — wyszeptał. —
Wszystkich poprzednich nosicieli.
Valmar momentalnie
zesztywniał.
— Rafael—
— To nie były sny.
Chłopak spojrzał na własne dłonie. Po złotych symbolach nie zostało już nic. Ani śladu. I właśnie to przerażało go najbardziej. Bo pierwszy raz od bardzo dawna nie czuł już ognia. Był pusty. Nienaturalnie pusty.
— Powiedzieli mi, jak to
zakończyć — wyszeptał.
Gavriel zrobił krok bliżej.
— Jak?
Rafael uniósł wzrok powoli. I przez krótką chwilę w komnacie zapanowała całkowita cisza.
— Musimy zejść niżej niż
wcześniej.
Zamek zatrząsł się gwałtownie. A gdzieś głęboko pod nimi coś odpowiedziało przeciągłym, niskim rykiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz