Rozdział 37 – Pomiędzy
Przez kilka sekund nikt się
nie poruszył.
Komnata pogrążona była w ciszy tak ciężkiej, że aż nierealnej. Ogień w kominku zgasł całkowicie, pozostawiając jedynie zapach dymu i krwi unoszący się w powietrzu. Rafael leżał nieruchomo w ramionach Valmar'a, blady, bezwładny, nieludzko spokojny. Jakby po raz pierwszy od dawna naprawdę nic już go nie bolało.
Lior patrzył na to szeroko
otwartymi oczami.
— Raffy…?
Żadnej reakcji.
Chłopak zrobił krok do przodu
chwiejnie, jakby nagle przestał czuć własne nogi.
— Rafael…?
Valmar nawet nie podniósł
głowy.
Wciąż trzymał ciało Rafaela
blisko siebie, jedną dłonią obejmując jego kark, drugą przyciskając go mocniej
do własnej piersi, jakby nadal próbował ogrzać coś, co z każdą sekundą stawało
się coraz zimniejsze.
Lior poczuł, jak coś w nim
pęka.
— Nie… — wyszeptał drżąco. —
Nie, nie, nie…
Gavriel złapał go natychmiast,
kiedy chłopak prawie rzucił się do łóżka.
— Lior—
— Puść mnie!
Głos załamał mu się
całkowicie.
— On nie oddycha!
To właśnie te słowa zniszczyły
resztki ciszy.
Valmar zamknął oczy
gwałtownie.
Jakby dopiero teraz naprawdę
do niego dotarło, co zrobił.
Jego dłonie zacisnęły się mocniej na ciele Rafaela. Za mocno. Prawie desperacko.
Lior wyrwał się Gavriel'owi i
dopadł do łóżka. Drżącymi palcami dotknął policzka Rafaela.
Lodowaty.
— Nie… Raffy, proszę… — głos
ugrzązł mu w gardle. — Proszę, nie rób mi tego…
Nic.
Żadnego oddechu.
Żadnego ruchu.
Żadnego bicia serca.
Valmar nadal milczał.
I właśnie to było najgorsze.
Bo Valmar zawsze coś mówił.
Zawsze walczył. Zawsze miał plan.
A teraz wyglądał jak człowiek
siedzący pośród ruin własnego świata.
Gavriel podszedł bliżej powoli. Spojrzał na Rafaela. Potem na Valmara.
I pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. Za ścianami zamku rozległ się niski huk. Ale coś było inaczej. Nie było już krzyków. Nie było głosów. Nie było tego nieustannego drżenia ognia pod skórą Rafaela. Wszystko nagle ucichło. Lior zauważył to pierwszy.
— Zamek…
Gavriel zmarszczył brwi. Rzeczywiście. Cisza. Prawdziwa. Nawet powietrze wydawało się lżejsze.
Valmar powoli uniósł wzrok. I wtedy zobaczyli, że złote symbole na skórze Rafaela zaczynają gasnąć. Powoli. Jak dogasające płomienie.
Lior wciągnął powietrze
drżąco.
— To działa…?
Valmar spojrzał na chłopaka w swoich ramionach. Nie odpowiedział. Bo to nie miało znaczenia, jeśli Rafael nie wróci. Król przesunął dłonią po jego włosach ostrożnie, niemal czule.
— Rafael… — wyszeptał pierwszy
raz od chwili jego śmierci.
Brak odpowiedzi był jak nóż wbity między żebra. Lior odwrócił wzrok gwałtownie. Łzy spływały mu po twarzy już całkowicie bez kontroli.
— Powiedziałeś, że go
uratujesz…
To było bardziej bolesne niż oskarżenie. Valmar zesztywniał. Bo właśnie tego się bał. Że jednak oddał Rafaela śmierci. Na dobre. Za oknami wiatr zawył gwałtownie. Przez krótką chwilę wszyscy myśleli, że zamek znowu zacznie się trząść. Ale nic się nie stało. Zamiast tego gdzieś głęboko pod zamkiem rozległ się niski, przeciągły dźwięk. Nie przypominał już ryku. Brzmiał bardziej jak… wydech. Jak coś umierającego po bardzo długim cierpieniu.Valmar zamknął oczy na moment. I wtedy poczuł to wyraźnie.
Więź.
Słabą.
Ledwie istniejącą.
Ale nadal obecną.
Jego oczy otworzyły się
gwałtownie.
— Jeszcze nie odszedł.
Lior poderwał głowę
natychmiast.
— Co?
Valmar spojrzał na Rafaela z
napięciem.
— Jeszcze go czuję.
To nie była pewność. To było desperackie trzymanie się ostatniej nadziei. Król uniósł nadgarstek gwałtownie i bez zawahania rozciął własną skórę kłami. Ciemna krew spłynęła po jego dłoni.
Lior wciągnął powietrze
gwałtownie.
— Valmar…
Król przyłożył zakrwawiony
nadgarstek do ust Rafaela.
Nic.
Krople krwi spłynęły po
nieruchomych wargach chłopaka.
Komnata zamarła.
Sekunda.
Druga.
Trzecia.
A potem ciało Rafaela drgnęło gwałtownie. Lior aż cofnął się o krok.
Złote symbole na szyi chłopaka
rozbłysły nagle ostatni raz, jakby ogień próbował wrócić.
Valmar przyciągnął Rafaela
bliżej natychmiast.
— Nie pozwolę ci go zabrać —
warknął nisko.
Płomienie buchnęły gwałtownie
w pustym kominku.
Rafael wygiął się nagle z
bolesnym spazmem, łapiąc pierwszy oddech tak gwałtownie, jakby ktoś wyciągnął
go spod lodowatej wody.
Rafael jeszcze ich nie widział. Jego oczy otworzyły się
gwałtownie. I przez krótką chwilę płonęły złotem. Potem Rafael krzyknął. To nie
był ludzki dźwięk. Bardziej coś pomiędzy bólem a desperacją setek głosów
wyrwanych naraz z jednego gardła. Całe jego ciało wygięło się gwałtownie w
ramionach Valmar'a, a symbole pod skórą rozbłysły tak jasno, że komnata na
moment zalała się złotym światłem. Płomienie buchnęły ponownie w kominku. Szyby
w oknach popękały z hukiem. Lior cofnął się odruchowo.
— Raffy!
Ale Rafael już ich prawie nie
słyszał. Głosy wróciły nagle wszystkie naraz.
Wracaj.
Nie odchodź.
Oddaj nam ciało.
Oddaj nam ogień.
Chłopak złapał się za własną
klatkę piersiową z bolesnym jękiem, jakby coś próbowało rozerwać go od środka.
Valmar przytrzymał go mocniej natychmiast, nie pozwalając mu opaść z łóżka.
— Rafael, patrz na mnie!
Ale złote światło pod jego
skórą zaczęło pulsować coraz bardziej chaotycznie. Linie symboli przesuwały się
po jego szyi, ramionach i torsie jak żywe. Powietrze zrobiło się gorące do
granic wytrzymałości.
A potem ogień zaczął
wychodzić. Najpierw spomiędzy żeber Rafaela wydostała się cienka złota smuga
przypominająca dym. Chłopak krzyknął gwałtownie, zaciskając palce na koszuli
Valmar'a tak mocno, że materiał niemal pękł. Kolejna smuga wyrwała się z jego
ust. Potem następna. I następna. Złoty ogień wydobywał się z niego powoli,
brutalnie, jakby coś żywego było wyrywane z jego ciała siłą. Wraz z nim
rozległy się dziesiątki głosów. Krzyki. Płacz. Rozpaczliwe błagania ludzi
zamkniętych w płomieniu przez setki lat. Lior zasłonił uszy drżącymi rękami. Nad łóżkiem zaczęła formować się ogromna masa złotego światła
pomieszanego z cieniem. W jej wnętrzu pojawiały się twarze. Dziesiątki twarzy. Spalone.
Przerażone. Zmęczone.
Rafael drżał coraz mocniej. Valmar
czuł, jak ciało chłopaka robi się coraz zimniejsze w jego ramionach.
— Wytrzymaj… — wyszeptał
nisko. — Jeszcze chwilę…
Nagle cały zamek zatrząsł się
gwałtownie. Światło eksplodowało. A potem wszystko ucichło jednocześnie. Ogień
zgasł. Złote symbole na skórze Rafaela zniknęły całkowicie. Nie przygasły. Nie
osłabły. Po prostu zniknęły. Tak, jakby nigdy tam nie istniały. Chłopak
zwiotczał nagle w ramionach Valmar'a i osunął się bezwładnie na jego pierś.
Oddychał. Bardzo słabo. Ale żył. Lior wciągnął powietrze drżąco.
— Raffy…?
Valmar odsunął mokre od potu
włosy z jego czoła i przyłożył dłoń do jego szyi. Tętno było słabe. Nieregularne.
Ale obecne.
— Dlaczego się nie budzi…? —
wyszeptał Lior.
Valmar nie odpowiedział. Bo
sam nie znał odpowiedzi. Mijały godziny. Potem cały dzień i kolejny i kolejny. Rafael
się nie obudził. Leżał nieruchomo pośród ciemnych poduszek, blady i
nienaturalnie spokojny. Zniknęły symbole. Zniknęło złote światło pod skórą. Nie
było już ognia. Ale nie było też Rafaela. Valmar praktycznie nie opuszczał
komnaty. Siedział przy łóżku godzinami, trzymając jego zimną dłoń, jakby
puszczenie jej miało sprawić, że chłopak zniknie całkowicie. Lior zasypiał przy
łóżku dopiero nad ranem z głową opartą o materac. Gavriel pilnował drzwi. A pod
zamkiem po raz pierwszy od dawna panowała całkowita cisza. Rafael śnił. A może
już nie śnił. Stał pośród nieskończonej ciemności, a pod jego stopami płonęły
złote symbole. Wokół niego pojawiały się sylwetki ludzi. Dziesiątki. Setki.
Dzieci, kobiety, mężczyźni. Wszyscy nosili ślady ognia — spalone dłonie,
popękaną skórę, złote symbole pod ciałem. Nosiciele. Poprzedni. Rafael cofnął
się odruchowo.
— Ja was nie znam…
Pierwsza podeszła kobieta o
jasnych włosach. Jego matka. Tym razem nie wyglądała już jak zjawa z płomieni.
Wyglądała spokojnie. Smutno.
— Wiemy — wyszeptała cicho. —
Ale ty możesz zakończyć to za nas wszystkich.
Rafael poczuł ścisk w gardle.
— Myślałem… że to już koniec…
— Jeszcze nie.
W oddali cień poruszył się
gwałtownie. Ogromny. Ranny. Ale nadal żywy. Jeden z nosicieli podszedł bliżej.
Miał może szesnaście lat i oczy całkowicie wypalone złotem.
— Ono nie umrze, dopóki serce
płomienia istnieje.
— Serce…?
Matka Rafaela wyciągnęła dłoń
powoli. I wtedy zobaczył wszystko. Kamienny krąg pod zamkiem. Pęknięte
symbole. Ogromne drzwi ukryte głębiej pod ruinami podziemi. I coś zamkniętego
pod nimi. Źródło. Pulsujące jak żywe serce. Zasilające cień. Trzymające
wszystkie dusze uwięzione razem z nim.
— Musicie zejść niżej niż
wcześniej — wyszeptała jego matka. — Do miejsca, którego kult pilnował przez
stulecia.
— Jak to zniszczyć…?
Tym razem odezwały się
dziesiątki głosów naraz.
— Krew nosiciela.
— Krew króla.
— Ogień i noc razem.
— Wtedy więzi pękną.
Rafael zesztywniał.
— Valmar…
Matka spojrzała na niego
smutno.
— Dlatego to właśnie ty
przeżyłeś.
Cień zawył gdzieś w oddali.
Ogromny.
Wściekły.
A wszyscy nosiciele spojrzeli
na Rafaela jednocześnie.
— Walcz jeszcze trochę.
— Uwolnij nas.
— Nie pozwól mu wrócić.
— Obudź się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz