czwartek, 27 sierpnia 2026

Książę w Ramionach Mroku 37

 

Rozdział 37 – Pomiędzy

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.

Komnata pogrążona była w ciszy tak ciężkiej, że aż nierealnej. Ogień w kominku zgasł całkowicie, pozostawiając jedynie zapach dymu i krwi unoszący się w powietrzu. Rafael leżał nieruchomo w ramionach Valmar'a, blady, bezwładny, nieludzko spokojny. Jakby po raz pierwszy od dawna naprawdę nic już go nie bolało.

Lior patrzył na to szeroko otwartymi oczami.

— Raffy…?

Żadnej reakcji.

Chłopak zrobił krok do przodu chwiejnie, jakby nagle przestał czuć własne nogi.

— Rafael…?

Valmar nawet nie podniósł głowy.

Wciąż trzymał ciało Rafaela blisko siebie, jedną dłonią obejmując jego kark, drugą przyciskając go mocniej do własnej piersi, jakby nadal próbował ogrzać coś, co z każdą sekundą stawało się coraz zimniejsze.

Lior poczuł, jak coś w nim pęka.

— Nie… — wyszeptał drżąco. — Nie, nie, nie…

Gavriel złapał go natychmiast, kiedy chłopak prawie rzucił się do łóżka.

— Lior—

— Puść mnie!

Głos załamał mu się całkowicie.

— On nie oddycha!

To właśnie te słowa zniszczyły resztki ciszy.

Valmar zamknął oczy gwałtownie.

Jakby dopiero teraz naprawdę do niego dotarło, co zrobił.

Jego dłonie zacisnęły się mocniej na ciele Rafaela. Za mocno. Prawie desperacko.

Lior wyrwał się Gavriel'owi i dopadł do łóżka. Drżącymi palcami dotknął policzka Rafaela.

Lodowaty.

— Nie… Raffy, proszę… — głos ugrzązł mu w gardle. — Proszę, nie rób mi tego…

Nic.

Żadnego oddechu.

Żadnego ruchu.

Żadnego bicia serca.

Valmar nadal milczał.

I właśnie to było najgorsze.

Bo Valmar zawsze coś mówił. Zawsze walczył. Zawsze miał plan.

A teraz wyglądał jak człowiek siedzący pośród ruin własnego świata.

Gavriel podszedł bliżej powoli. Spojrzał na Rafaela. Potem na Valmara.

I pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. Za ścianami zamku rozległ się niski huk. Ale coś było inaczej. Nie było już krzyków. Nie było głosów. Nie było tego nieustannego drżenia ognia pod skórą Rafaela. Wszystko nagle ucichło. Lior zauważył to pierwszy.

— Zamek…

Gavriel zmarszczył brwi. Rzeczywiście. Cisza. Prawdziwa. Nawet powietrze wydawało się lżejsze.

Valmar powoli uniósł wzrok. I wtedy zobaczyli, że złote symbole na skórze Rafaela zaczynają gasnąć. Powoli. Jak dogasające płomienie.

Lior wciągnął powietrze drżąco.

— To działa…?

Valmar spojrzał na chłopaka w swoich ramionach. Nie odpowiedział. Bo to nie miało znaczenia, jeśli Rafael nie wróci. Król przesunął dłonią po jego włosach ostrożnie, niemal czule.

— Rafael… — wyszeptał pierwszy raz od chwili jego śmierci.

Brak odpowiedzi był jak nóż wbity między żebra. Lior odwrócił wzrok gwałtownie. Łzy spływały mu po twarzy już całkowicie bez kontroli.

— Powiedziałeś, że go uratujesz…

To było bardziej bolesne niż oskarżenie. Valmar zesztywniał. Bo właśnie tego się bał. Że jednak oddał Rafaela śmierci. Na dobre. Za oknami wiatr zawył gwałtownie. Przez krótką chwilę wszyscy myśleli, że zamek znowu zacznie się trząść. Ale nic się nie stało. Zamiast tego gdzieś głęboko pod zamkiem rozległ się niski, przeciągły dźwięk. Nie przypominał już ryku. Brzmiał bardziej jak… wydech. Jak coś umierającego po bardzo długim cierpieniu.Valmar zamknął oczy na moment. I wtedy poczuł to wyraźnie.

Więź.

Słabą.

Ledwie istniejącą.

Ale nadal obecną.

Jego oczy otworzyły się gwałtownie.

— Jeszcze nie odszedł.

Lior poderwał głowę natychmiast.

— Co?

Valmar spojrzał na Rafaela z napięciem.

— Jeszcze go czuję.

To nie była pewność. To było desperackie trzymanie się ostatniej nadziei. Król uniósł nadgarstek gwałtownie i bez zawahania rozciął własną skórę kłami. Ciemna krew spłynęła po jego dłoni.

Lior wciągnął powietrze gwałtownie.

— Valmar…

Król przyłożył zakrwawiony nadgarstek do ust Rafaela.

Nic.

Krople krwi spłynęły po nieruchomych wargach chłopaka.

Komnata zamarła.

Sekunda.

Druga.

Trzecia.

A potem ciało Rafaela drgnęło gwałtownie. Lior aż cofnął się o krok.

Złote symbole na szyi chłopaka rozbłysły nagle ostatni raz, jakby ogień próbował wrócić.

Valmar przyciągnął Rafaela bliżej natychmiast.

— Nie pozwolę ci go zabrać — warknął nisko.

Płomienie buchnęły gwałtownie w pustym kominku.

Rafael wygiął się nagle z bolesnym spazmem, łapiąc pierwszy oddech tak gwałtownie, jakby ktoś wyciągnął go spod lodowatej wody.

Rafael jeszcze ich nie widział. Jego oczy otworzyły się gwałtownie. I przez krótką chwilę płonęły złotem. Potem Rafael krzyknął. To nie był ludzki dźwięk. Bardziej coś pomiędzy bólem a desperacją setek głosów wyrwanych naraz z jednego gardła. Całe jego ciało wygięło się gwałtownie w ramionach Valmar'a, a symbole pod skórą rozbłysły tak jasno, że komnata na moment zalała się złotym światłem. Płomienie buchnęły ponownie w kominku. Szyby w oknach popękały z hukiem. Lior cofnął się odruchowo.

— Raffy!

Ale Rafael już ich prawie nie słyszał. Głosy wróciły nagle wszystkie naraz.

Wracaj.

Nie odchodź.

Oddaj nam ciało.

Oddaj nam ogień.

Chłopak złapał się za własną klatkę piersiową z bolesnym jękiem, jakby coś próbowało rozerwać go od środka. Valmar przytrzymał go mocniej natychmiast, nie pozwalając mu opaść z łóżka.

— Rafael, patrz na mnie!

Ale złote światło pod jego skórą zaczęło pulsować coraz bardziej chaotycznie. Linie symboli przesuwały się po jego szyi, ramionach i torsie jak żywe. Powietrze zrobiło się gorące do granic wytrzymałości.

A potem ogień zaczął wychodzić. Najpierw spomiędzy żeber Rafaela wydostała się cienka złota smuga przypominająca dym. Chłopak krzyknął gwałtownie, zaciskając palce na koszuli Valmar'a tak mocno, że materiał niemal pękł. Kolejna smuga wyrwała się z jego ust. Potem następna. I następna. Złoty ogień wydobywał się z niego powoli, brutalnie, jakby coś żywego było wyrywane z jego ciała siłą. Wraz z nim rozległy się dziesiątki głosów. Krzyki. Płacz. Rozpaczliwe błagania ludzi zamkniętych w płomieniu przez setki lat. Lior zasłonił uszy drżącymi rękami. Nad łóżkiem zaczęła formować się ogromna masa złotego światła pomieszanego z cieniem. W jej wnętrzu pojawiały się twarze. Dziesiątki twarzy. Spalone. Przerażone. Zmęczone.

Rafael drżał coraz mocniej. Valmar czuł, jak ciało chłopaka robi się coraz zimniejsze w jego ramionach.

— Wytrzymaj… — wyszeptał nisko. — Jeszcze chwilę…

Nagle cały zamek zatrząsł się gwałtownie. Światło eksplodowało. A potem wszystko ucichło jednocześnie. Ogień zgasł. Złote symbole na skórze Rafaela zniknęły całkowicie. Nie przygasły. Nie osłabły. Po prostu zniknęły. Tak, jakby nigdy tam nie istniały. Chłopak zwiotczał nagle w ramionach Valmar'a i osunął się bezwładnie na jego pierś. Oddychał. Bardzo słabo. Ale żył. Lior wciągnął powietrze drżąco.

— Raffy…?

Valmar odsunął mokre od potu włosy z jego czoła i przyłożył dłoń do jego szyi. Tętno było słabe. Nieregularne. Ale obecne.

— Dlaczego się nie budzi…? — wyszeptał Lior.

Valmar nie odpowiedział. Bo sam nie znał odpowiedzi. Mijały godziny. Potem cały dzień i kolejny i kolejny. Rafael się nie obudził. Leżał nieruchomo pośród ciemnych poduszek, blady i nienaturalnie spokojny. Zniknęły symbole. Zniknęło złote światło pod skórą. Nie było już ognia. Ale nie było też Rafaela. Valmar praktycznie nie opuszczał komnaty. Siedział przy łóżku godzinami, trzymając jego zimną dłoń, jakby puszczenie jej miało sprawić, że chłopak zniknie całkowicie. Lior zasypiał przy łóżku dopiero nad ranem z głową opartą o materac. Gavriel pilnował drzwi. A pod zamkiem po raz pierwszy od dawna panowała całkowita cisza. Rafael śnił. A może już nie śnił. Stał pośród nieskończonej ciemności, a pod jego stopami płonęły złote symbole. Wokół niego pojawiały się sylwetki ludzi. Dziesiątki. Setki. Dzieci, kobiety, mężczyźni. Wszyscy nosili ślady ognia — spalone dłonie, popękaną skórę, złote symbole pod ciałem. Nosiciele. Poprzedni. Rafael cofnął się odruchowo.

— Ja was nie znam…

Pierwsza podeszła kobieta o jasnych włosach. Jego matka. Tym razem nie wyglądała już jak zjawa z płomieni. Wyglądała spokojnie. Smutno.

— Wiemy — wyszeptała cicho. — Ale ty możesz zakończyć to za nas wszystkich.

Rafael poczuł ścisk w gardle.

— Myślałem… że to już koniec…

— Jeszcze nie.

W oddali cień poruszył się gwałtownie. Ogromny. Ranny. Ale nadal żywy. Jeden z nosicieli podszedł bliżej. Miał może szesnaście lat i oczy całkowicie wypalone złotem.

— Ono nie umrze, dopóki serce płomienia istnieje.

— Serce…?

Matka Rafaela wyciągnęła dłoń powoli. I wtedy zobaczył wszystko. Kamienny krąg pod zamkiem. Pęknięte symbole. Ogromne drzwi ukryte głębiej pod ruinami podziemi. I coś zamkniętego pod nimi. Źródło. Pulsujące jak żywe serce. Zasilające cień. Trzymające wszystkie dusze uwięzione razem z nim.

— Musicie zejść niżej niż wcześniej — wyszeptała jego matka. — Do miejsca, którego kult pilnował przez stulecia.

— Jak to zniszczyć…?

Tym razem odezwały się dziesiątki głosów naraz.

— Krew nosiciela.

— Krew króla.

— Ogień i noc razem.

— Wtedy więzi pękną.

Rafael zesztywniał.

— Valmar…

Matka spojrzała na niego smutno.

— Dlatego to właśnie ty przeżyłeś.

Cień zawył gdzieś w oddali.

Ogromny.

Wściekły.

A wszyscy nosiciele spojrzeli na Rafaela jednocześnie.

— Walcz jeszcze trochę.

— Uwolnij nas.

— Nie pozwól mu wrócić.

— Obudź się.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz