Mam nadzieję, że jeszcze ktoś zagląda i kto wie, może nawet czyta. <3 Jeśli tak, to dziękuje ślicznie i zapraszam na dwa kolejne rozdziały <3
Love
Wasza Maru ~
Rozdział 35 – Pęknięcie
Korytarz nadal drżał od
eksplozji ognia. Kamienie osypywały się z sufitu, płomienie pełzały po
ścianach, a cień wił się pośród nich jak ranne zwierzę. Strażnicy cofali się
powoli, część rannych próbowała podnieść się z zakrwawionej posadzki, inni po
prostu patrzyli na Rafaela z mieszaniną przerażenia i niedowierzania.
Bo to właśnie on zatrzymał
potwora.
Rafael stał nieruchomo
pośrodku korytarza, oddychając ciężko. Złote symbole przesuwały się po jego
szyi i dłoniach coraz szybciej, jakby ogień pod skórą próbował wyrwać się na
zewnątrz.
Valmar zrobił krok bliżej.
— Rafael, wracamy na górę.
Chłopak nawet nie spojrzał w jego stronę. Patrzył tylko na wijący się cień. Na twarze pojawiające się wewnątrz niego.
Spalone.
Błagające.
Martwe.
I wtedy zrozumiał coś jeszcze. To nie był jeden potwór. To były setki ludzi zamkniętych w jednym płomieniu. Cień zawył nagle. Po ścianach przebiegły nowe symbole, a potem mrok rzucił się gwałtownie na jednego ze strażników stojących najbliżej końca korytarza. Mężczyzna nie zdążył nawet krzyknąć.
Czarna kończyna owinęła się
wokół jego szyi i szarpnęła tak mocno, że kręgosłup pękł z obrzydliwym
trzaskiem. Ciało opadło bezwładnie na kamienie.
Lior pobladł gwałtownie.
— Musimy stąd wyjść!
Ale Rafael nadal się nie
ruszał.
Wracaj.
Otwórz drogę.
Jesteś nasz.
Chłopak zacisnął dłonie tak
mocno, że krew spłynęła mu po palcach.
— Nie… — wyszeptał drżąco.
Cień zawył ponownie. A potem cała ciemność rzuciła się prosto na niego.
Valmar był szybszy.
W jednej chwili znalazł się
przed Rafaelem i przeciął cień mieczem. Ogień eksplodował gwałtownie,
odrzucając wszystkich kilka kroków do tyłu. Część ściany pękła z hukiem, a z
sufitu posypały się kamienie.
Gavriel poderwał się
natychmiast.
— Wycofać ludzi!
Strażnicy zaczęli cofać
rannych w stronę schodów, ale potwór już się podnosił. Fragmenty ciemności
zbierały się z podłogi i ścian, tworząc nowy kształt.
Większy.
Bardziej niestabilny.
Jakby sam zamek zaczynał się z
nim łączyć.
Rafael nagle zachwiał się
gwałtownie.
Lior dopadł do niego pierwszy.
— Raffy!
Chłopak oddychał urywanie.
Jedna ręka zaciskała się na własnej klatce piersiowej, jakby coś rozrywało go
od środka.
— Ono… ono chce wejść głębiej…
Valmar uklęknął przy nim
natychmiast.
— Rafael, patrz na mnie.
Ale chłopak ledwo go słyszał. Głosy wrzeszczały już niemal bez przerwy.
Wracaj.
Oddaj nam serce.
Pozwól nam żyć.
Złote światło przesunęło się
po jego twarzy gwałtownie. Rafael krzyknął nagle z bólu, a chwilę później
płomienie eksplodowały po całym korytarzu.
Strażnicy zaczęli krzyczeć. Jeden z filarów pękł.
Gavriel momentalnie złapał
Liora i odciągnął go kilka kroków do tyłu, kiedy rozżarzony kamień runął
dokładnie tam, gdzie stali sekundę wcześniej.
— On traci kontrolę! —
krzyknął ktoś spanikowany.
— Zamknąć się! — warknął
Gavriel natychmiast.
Ale wszyscy widzieli prawdę. Ogień stawał się coraz silniejszy. A Rafael coraz słabszy. Chłopak opadł na kolana ciężko. Krew spłynęła mu z nosa na kamienną posadzkę. Valmar złapał go natychmiast. I właśnie wtedy Rafael spojrzał na niego tak dziwnie spokojnie, że coś ścisnęło króla od środka.
— Valmar…
— Nie.
To słowo padło zbyt szybko. Zbyt ostro. Jakby Valmar już wiedział, co Rafael chce powiedzieć.
Chłopak uśmiechnął się blado.
— Nawet jeszcze nic nie
powiedziałem.
— Ale pomyślałeś.
Kolejny wstrząs przeszedł przez zamek. Cień zawył ponownie, a część ścian zaczęła pokrywać się złotymi symbolami identycznymi jak te na ciele Rafaela. Gavriel spojrzał na to z napięciem.
— To rozprzestrzenia się po
całym zamku…
Lior pokręcił głową
gwałtownie.
— Nie. Nie. Nie mówcie nawet
tego na głos.
Rafael odwrócił wzrok powoli. Zmęczony. Przerażony. Ale dziwnie spokojny.
— Ono nie zatrzyma się na
mnie.
Cisza po tych słowach była ciężka. Bo wszyscy wiedzieli, że mówi prawdę. Potwór poruszył się gwałtownie po drugiej stronie korytarza. W jego wnętrzu znowu pojawiły się twarze. Dziesiątki twarzy wykrzywionych bólem. A potem Rafael zobaczył jedną z nich wyraźniej.
Kobietę.
Jasne włosy.
Znajome oczy.
Matkę.
Chłopak zesztywniał
gwałtownie.
— Rafael? — Lior spojrzał na
niego zaniepokojony.
Ale on patrzył już tylko na cień. Bo przez krótką chwilę wydawało mu się, że matka patrzy prosto na niego. I że próbuje mu coś powiedzieć. Potem cień rzucił się na nich ponownie. Tym razem szybciej.
Potężna czarna masa uderzyła w
filary korytarza, rozrywając kamień jak papier. Jeden ze strażników nie zdążył
uskoczyć. Coś owinęło się wokół jego torsu i dosłownie rozerwało go na pół.
Krew i wnętrzności rozbryznęły się po ścianach.
Lior odruchowo zasłonił
Rafaela własnym ciałem.
— Nie patrz!
Ale było za późno. Rafael widział wszystko. I słyszał wszystko. Każdy krzyk. Każdy oddech. Każde błaganie ludzi umierających wokół niego. Bo cień był połączony z nim coraz mocniej.
Valmar przeciął kolejną smugę
ciemności mieczem, ale mrok natychmiast zaczął odrastać.
— Tego nie da się zabić
normalnie! — ryknął Gavriel.
Cień rozciągnął się nagle po
całym suficie. Rozżarzone oczy otworzyły się dziesiątkami pomiędzy kamieniami.
Wracaj.
Pozwól nam wejść.
Rafael złapał się za głowę z jękiem bólu. Złote symbole objęły już całą jego szyję i fragment policzka. Valmar momentalnie to zauważył.
Ogień wyglądał tak, jakby
zaczynał przejmować ciało Rafaela całkowicie.
— Musimy go stąd zabrać —
powiedział ostro.
— Nie zdążymy — wychrypiał
Rafael.
I wtedy podłoga zatrzęsła się gwałtownie. Kamienie zaczęły pękać. Cień zawył tak głośno, że część strażników upadła na kolana, zasłaniając uszy. A potem coś ruszyło się pod posadzką. Coś ogromnego.
Pęknięcie przebiegło przez
środek korytarza, a spod kamieni wystrzelił słup złotego ognia. Temperatura
momentalnie wzrosła tak mocno, że ludzie zaczęli krzyczeć z bólu.
Rafael poderwał głowę gwałtownie. Bo pośród płomieni znowu zobaczył twarze. Setki twarzy. I wszystkie patrzyły tylko na niego. A matka po raz pierwszy otworzyła usta.
— Przerwij cykl.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz