Rozdział 19 Tam, gdzie
prowadzi ogień
Noc była nienaturalnie cicha.
Śnieg padał gęsto za oknami północnego skrzydła, a wiatr uderzał o stare mury
zamku długimi, przeciągłymi podmuchami. Rafael siedział na parapecie w swojej
komnacie, wpatrzony w ciemność za szybą. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz
naprawdę spał. Głosy nie milkły już ani na chwilę. Czasem szeptały
niezrozumiale, czasem mówiły jego własnym głosem, a czasem brzmiały jak matka.
Już blisko.
Zacisnął mocniej dłonie na
materiale koszuli.
— Zostaw mnie…
To ty ciągle wracasz.
Drzwi komnaty otworzyły się
cicho. Valmar wszedł do środka bez straży, jak zawsze. Od kilku dni robił to
regularnie. Nieważne, jak późno kończyły się narady. Nieważne, ilu lordów
próbowało wymusić na nim inne decyzje. Zawsze wracał do Rafaela.
Tego wieczoru trzymał w
dłoniach tacę z jedzeniem, choć obaj wiedzieli, że Rafael prawdopodobnie znowu
prawie nic nie zje.
— Powinieneś odpocząć —
odezwał się król spokojnie.
Rafael nie odwrócił głowy.
— Ty też.
Valmar odstawił tacę na stół i
podszedł bliżej. Zatrzymał się dopiero przy oknie. Przez chwilę patrzył na
śnieg topniejący na framudze od gorąca bijącego od ciała Rafaela. To przerażało
go coraz bardziej. I coraz bardziej bolało.
— Lordowie zaczynają naciskać
mocniej — powiedział cicho. — Chcą, żebyś został całkowicie odizolowany.
Rafael zaśmiał się słabo.
— Czyli jeszcze bardziej niż
teraz?
Valmar nie odpowiedział, bo
obaj wiedzieli, że chodziło o coś znacznie gorszego. Podziemia. Kajdany. Może
nawet egzekucję.
Rafael zamknął oczy.
— Powinieneś im pozwolić.
— Nie.
Odpowiedź padła zbyt szybko.
Zbyt stanowczo.
Król ujął jego twarz
ostrożnie, zmuszając go, by spojrzał na niego.
— Nie oddam cię im.
Przez krótką chwilę Rafael
naprawdę chciał mu uwierzyć. Chciał schować się w tych słowach i przestać bać
choć na moment. Ale potem znowu usłyszał szept.
On też będzie musiał wybrać.
Drgnął gwałtownie.
Valmar zauważył to
natychmiast.
— Rafael?
— Nic…
Kłamstwo. Król widział to
coraz wyraźniej. Coś zabierało Rafaela kawałek po kawałku.
Tamtej nocy Valmar został
dłużej niż zwykle. Rafael zasnął dopiero nad ranem, wyczerpany kolejnymi
godzinami walki z własnym umysłem. Król siedział przy łóżku jeszcze przez jakiś
czas, obserwując jego niespokojny oddech. A potem w końcu wyszedł.
I właśnie wtedy wszystko się
zaczęło.
Rafael otworzył oczy powoli.
Komnata była ciemna. Ale głosy nagle ucichły. Po raz pierwszy od wielu dni.
Zapadła martwa cisza.
A potem usłyszał tylko jedno
zdanie.
Przyjdź do mnie.
Wstał. Nie zastanawiał się
nawet dlaczego. Boso przeszedł przez komnatę i otworzył drzwi. Strażnicy
stojący na końcu korytarza nawet go nie zauważyli, jakby cień otaczający jego
ciało rozmywał go w ciemności.
Schodził coraz niżej. Po
spiralnych schodach. Przez stare, opuszczone korytarze, których nigdy wcześniej
nie widział. A mimo to wiedział dokładnie, dokąd idzie.
Kamienne ściany robiły się
coraz starsze. Pokrywały je symbole płomieni podobne do tych, które czasem
pojawiały się na jego skórze.
Już blisko.
Serce biło mu coraz szybciej.
Powinien się zatrzymać. Powinien zawrócić. Ale nie potrafił.
Dotarł do ogromnych kamiennych
drzwi ukrytych głęboko pod zamkiem. Na ich powierzchni wyryto starożytne
symbole ognia. Kiedy Rafael zbliżył dłoń do kamienia, znaki rozjarzyły się
złotym światłem.
Drzwi otworzyły się same.
W środku panowała ciemność. A
pośrodku ogromnej sali płonął ogień. Nie zwykły. Złoty. Żywy.
Rafael zrobił krok do przodu i
nagle poczuł potężny ból w głowie. Obrazy uderzyły w niego gwałtownie. Matka
stojąca pośród płomieni. Ludzie klęczący przed ogniem. Dziecko z symbolami na
skórze. On sam.
— Nie… — wyszeptał, cofając
się gwałtownie.
W końcu wróciłeś.
Głos nie rozległ się w jego
głowie. Rozbrzmiał w całej komnacie.
Rafael poderwał głowę.
I wtedy zobaczył sylwetkę
stojącą po drugiej stronie ognia.
Garilda.
Ale nie wyglądała już jak
starsza kobieta z zamkowej kuchni. Stała wyprostowana w ciemnych szatach, a
złote światło płomieni odbijało się w jej oczach.
Uśmiechnęła się powoli.
— Twoja matka czekała na ten
dzień bardzo długo, moje dziecko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz