czwartek, 28 maja 2026

Książę w Ramionach Mroku 19

 

Rozdział 19 Tam, gdzie prowadzi ogień

Noc była nienaturalnie cicha. Śnieg padał gęsto za oknami północnego skrzydła, a wiatr uderzał o stare mury zamku długimi, przeciągłymi podmuchami. Rafael siedział na parapecie w swojej komnacie, wpatrzony w ciemność za szybą. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz naprawdę spał. Głosy nie milkły już ani na chwilę. Czasem szeptały niezrozumiale, czasem mówiły jego własnym głosem, a czasem brzmiały jak matka.

Już blisko.

Zacisnął mocniej dłonie na materiale koszuli.

— Zostaw mnie…

To ty ciągle wracasz.

Drzwi komnaty otworzyły się cicho. Valmar wszedł do środka bez straży, jak zawsze. Od kilku dni robił to regularnie. Nieważne, jak późno kończyły się narady. Nieważne, ilu lordów próbowało wymusić na nim inne decyzje. Zawsze wracał do Rafaela.

Tego wieczoru trzymał w dłoniach tacę z jedzeniem, choć obaj wiedzieli, że Rafael prawdopodobnie znowu prawie nic nie zje.

— Powinieneś odpocząć — odezwał się król spokojnie.

Rafael nie odwrócił głowy.

— Ty też.

Valmar odstawił tacę na stół i podszedł bliżej. Zatrzymał się dopiero przy oknie. Przez chwilę patrzył na śnieg topniejący na framudze od gorąca bijącego od ciała Rafaela. To przerażało go coraz bardziej. I coraz bardziej bolało.

— Lordowie zaczynają naciskać mocniej — powiedział cicho. — Chcą, żebyś został całkowicie odizolowany.

Rafael zaśmiał się słabo.

— Czyli jeszcze bardziej niż teraz?

Valmar nie odpowiedział, bo obaj wiedzieli, że chodziło o coś znacznie gorszego. Podziemia. Kajdany. Może nawet egzekucję.

Rafael zamknął oczy.

— Powinieneś im pozwolić.

— Nie.

Odpowiedź padła zbyt szybko. Zbyt stanowczo.

Król ujął jego twarz ostrożnie, zmuszając go, by spojrzał na niego.

— Nie oddam cię im.

Przez krótką chwilę Rafael naprawdę chciał mu uwierzyć. Chciał schować się w tych słowach i przestać bać choć na moment. Ale potem znowu usłyszał szept.

On też będzie musiał wybrać.

Drgnął gwałtownie.

Valmar zauważył to natychmiast.

— Rafael?

— Nic…

Kłamstwo. Król widział to coraz wyraźniej. Coś zabierało Rafaela kawałek po kawałku.

Tamtej nocy Valmar został dłużej niż zwykle. Rafael zasnął dopiero nad ranem, wyczerpany kolejnymi godzinami walki z własnym umysłem. Król siedział przy łóżku jeszcze przez jakiś czas, obserwując jego niespokojny oddech. A potem w końcu wyszedł.

I właśnie wtedy wszystko się zaczęło.

Rafael otworzył oczy powoli. Komnata była ciemna. Ale głosy nagle ucichły. Po raz pierwszy od wielu dni. Zapadła martwa cisza.

A potem usłyszał tylko jedno zdanie.

Przyjdź do mnie.

Wstał. Nie zastanawiał się nawet dlaczego. Boso przeszedł przez komnatę i otworzył drzwi. Strażnicy stojący na końcu korytarza nawet go nie zauważyli, jakby cień otaczający jego ciało rozmywał go w ciemności.

Schodził coraz niżej. Po spiralnych schodach. Przez stare, opuszczone korytarze, których nigdy wcześniej nie widział. A mimo to wiedział dokładnie, dokąd idzie.

Kamienne ściany robiły się coraz starsze. Pokrywały je symbole płomieni podobne do tych, które czasem pojawiały się na jego skórze.

Już blisko.

Serce biło mu coraz szybciej. Powinien się zatrzymać. Powinien zawrócić. Ale nie potrafił.

Dotarł do ogromnych kamiennych drzwi ukrytych głęboko pod zamkiem. Na ich powierzchni wyryto starożytne symbole ognia. Kiedy Rafael zbliżył dłoń do kamienia, znaki rozjarzyły się złotym światłem.

Drzwi otworzyły się same.

W środku panowała ciemność. A pośrodku ogromnej sali płonął ogień. Nie zwykły. Złoty. Żywy.

Rafael zrobił krok do przodu i nagle poczuł potężny ból w głowie. Obrazy uderzyły w niego gwałtownie. Matka stojąca pośród płomieni. Ludzie klęczący przed ogniem. Dziecko z symbolami na skórze. On sam.

— Nie… — wyszeptał, cofając się gwałtownie.

W końcu wróciłeś.

Głos nie rozległ się w jego głowie. Rozbrzmiał w całej komnacie.

Rafael poderwał głowę.

I wtedy zobaczył sylwetkę stojącą po drugiej stronie ognia.

Garilda.

Ale nie wyglądała już jak starsza kobieta z zamkowej kuchni. Stała wyprostowana w ciemnych szatach, a złote światło płomieni odbijało się w jej oczach.

Uśmiechnęła się powoli.

— Twoja matka czekała na ten dzień bardzo długo, moje dziecko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz