Rozdział trochę krótki, ale zapraszam do czytania ;3 Jeśli jeszcze ktokolwiek tu zagląda xD
Rozdział 16 - Pierwszy
płomień
Deszcz uderzał o zamkowe okna
od samego świtu. Rafael nie spał prawie całą noc. Leżał nieruchomo obok Valmar’a,
słuchając głosów, które wracały coraz częściej.
Nie walcz z tym.
Zacisnął powieki mocniej. To
nie były już sny. Słyszał je nawet na jawie. Ostrożnie wysunął się z łóżka,
żeby nie obudzić Valmar’a, narzucił płaszcz i wyszedł z komnaty. Korytarze były
jeszcze niemal puste. Dobrze. Nie chciał nikogo widzieć. Czuł dziwne gorąco pod
skórą. Rozdrażnienie. Zmęczenie.
Wypuść mnie.
— Zamknij się… — syknął pod
nosem.
Szedł szybciej przez zachodni
korytarz, próbując uspokoić oddech. Głosy stawały się coraz głośniejsze. Miał
wrażenie, że coś porusza się tuż pod jego skórą.
Pozwól mi wyjść.
Rafael zatrzymał się
gwałtownie i oparł dłoń o ścianę.
— Przestań…
— Panie? — odezwał się ktoś za
nim.
Drgnął gwałtownie. Jeden ze
strażników patrzył na niego z niepokojem.
— Wszystko w porządku?
Rafael cofnął się odruchowo.
— Nie dotykaj mnie.
Ale strażnik najwyraźniej
uznał, że chłopak zaraz zemdleje, bo podszedł bliżej i chwycił go za ramię. To
wystarczyło. Coś eksplodowało pod skórą Rafaela. Fala gorąca uderzyła w
korytarz tak gwałtownie, że strażnik został odrzucony kilka metrów dalej.
Świece zapłonęły jednocześnie, a ogień buchnął z lichtarzy i wspiął się po
ciężkich zasłonach. Krzyk odbił się echem od kamiennych ścian. Rafael zamarł. Bo
przez jedną krótką sekundę poczuł ulgę. Jakby ten ogień chciał go bronić. I
właśnie to przeraziło go najbardziej.
Te słowa uderzyły mocniej niż
sam huk płomieni. OD NIEGO. Nie od pożaru. Rafael oddychał coraz szybciej. Im
większa była panika, tym mocniej reagował ogień. Kolejna fala gorąca przeszła
przez korytarz. Jedna z szyb pękła z głośnym trzaskiem. Strażnik próbował
podnieść się z podłogi, patrząc na Rafaela z czystym przerażeniem.
— Ja nie chciałem… — wyszeptał
chłopak.
Ale nikt go już nie słuchał. Strażnicy
wbiegli na korytarz z wyciągniętą bronią. I wtedy pojawił się Valmar. Wypadł z
bocznego przejścia bez płaszcza, wyraźnie obudzony alarmem. Zatrzymał się tylko
na sekundę, oceniając sytuację. Płonące zasłony. Dym. Strażnicy. Rafael stojący
pośrodku chaosu. Król zrozumiał natychmiast. Ruszył prosto w ogień.
— Wasza Wysokość—
— Opuścić broń. Natychmiast.
Ton jego głosu przeciął
korytarz ostrzej niż miecze. Strażnicy zawahali się i powoli opuścili broń.
Valmar podszedł bliżej.
Płomienie nadal wirowały wokół Rafaela niespokojnie.
— Rafael.
Chłopak spojrzał na niego
szeroko otwartymi oczami.
— Nie podchodź…
Valmar zrobił kolejny krok.
— To nie twoja wina.
— Kłamiesz!
Ogień wybuchł gwałtownie
mocniej. Kilku strażników cofnęło się odruchowo. Rafael drżał.
— Coś jest ze mną nie tak…
Valmar podszedł jeszcze bliżej
mimo gorąca.
— Spójrz na mnie.
— Valmar—
— Spójrz na mnie.
Ich spojrzenia się spotkały. I
Rafael nagle zobaczył, że Valmar też się boi. Ale mimo tego nadal do niego
szedł. Bez zawahania. Jakby ważniejszy od całego królestwa był tylko on. Rafaelowi
załamał się oddech. Płomienie zaczęły słabnąć. Powoli. Nierówno. A potem osunął
się gwałtownie na kolana. Valmar złapał go natychmiast i przyciągnął do siebie,
ignorując gorąc bijący od jego skóry. Rafael zacisnął dłonie na jego ubraniu.
Trząsł się cały.
— Ja naprawdę przez chwilę
poczułem ulgę… — wyszeptał drżącym głosem. — Jakby ten ogień chciał mnie
chronić…
Valmar zamknął oczy. I
pierwszy raz od dawna poczuł prawdziwy strach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz