poniedziałek, 11 maja 2026

Książę w Ramionach Mroku 15

 

Rozdział 15 – To, co śpi pod skórą


Sen zaczął się od ognia.

Rafael stał pośrodku dziedzińca zamku Północy boso, ubrany jedynie w cienką, białą koszulę. Śnieg wokół niego topniał, zmieniając się w czarną wodę, a niebo nad murami przypominało otwartą ranę. Wszystko płonęło. Wieże waliły się jedna po drugiej, ludzie biegli przez ogień, ale ich twarze były rozmazane, jakby sam sen odbierał im człowieczeństwo.

A pośród płomieni stała jego matka.

Nie wyglądała jak duch ani wspomnienie. Była prawdziwa. Ogień przesuwał się po jej skórze jak złoto, lecz jej nie parzył. Patrzyła na niego spokojnie, niemal czule, i właśnie to przeraziło Rafaela bardziej niż cały płonący świat.

— W końcu zaczynasz pamiętać — powiedziała łagodnie.

Za jej plecami coś się poruszyło. Ogromny cień pod powierzchnią ognia. Coś starego. Coś oddychającego.

Rafael cofnął się gwałtownie, czując, że serce zaraz wyrwie mu się z piersi.

— Nie chcę tego…

— Ale to chce ciebie.

Płomienie wystrzeliły ku niebu. Wtedy usłyszał kolejny szept, tuż przy własnym uchu.

— Pozwól mi wyjść.

Obudził się z krzykiem.

Usiadł gwałtownie na łóżku, cały mokry od potu, z rwanym oddechem i dłoniami drżącymi tak mocno, że ledwo je czuł. W komnacie pachniało spalonym woskiem. Wszystkie świece wokół łoża były stopione, jakby ktoś przyłożył do nich rozgrzane żelazo.

Valmar już nie spał. Siedział obok niego w ciszy, a jego czerwone oczy przesuwały się po dłoniach Rafaela. Dopiero wtedy chłopak spojrzał w dół i poczuł, jak żołądek ściska mu się boleśnie.

Krew.

Pod paznokciami, na prześcieradle, na własnych przedramionach. Musiał rozdrapać sobie skórę przez sen.

Symbole na jego nadgarstkach jarzyły się słabym, złotym światłem.

Valmar ujął jego rękę ostrożnie, niemal zbyt delikatnie jak na siebie. I pierwszy raz od kiedy Rafael go poznał, wyglądał nie jak król, lecz jak człowiek, który naprawdę się boi.

Rafael przełknął ślinę i odwrócił wzrok.

— Znowu ją widziałem. Ale… ona nie wyglądała jak ktoś, kto chciał mnie chronić.

Valmar milczał zbyt długo.

— Powiedziała, żebym pozwolił temu wyjść — wyszeptał Rafael. — Co to znaczy?

Król zamknął oczy tylko na moment, jakby walczył sam ze sobą.

— Dawne rytuały kultu płomienia nie polegały na przekazywaniu mocy. Chodziło o noszenie jej. O stworzenie naczynia.

Rafael poczuł lodowaty ciężar pod żebrami.

— Więc jestem tylko pojemnikiem?

— Nie mów tak.

— A jak mam mówić? — prychnął gorzko. — Co jeśli oni mają rację? Co jeśli pewnego dnia zrobię ci krzywdę?

Valmar otworzył usta, ale odpowiedź nie padła od razu. I właśnie ta chwila ciszy zabolała Rafaela najbardziej.

Po raz pierwszy zobaczył w jego oczach wątpliwość.

Nie wobec siebie.

Wobec niego.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Lior zauważył zmianę w Gavrielu już kilka dni wcześniej. Był bardziej spięty, częściej znikał nocami i coraz częściej patrzył na Rafaela jak na potencjalne zagrożenie, a nie przyjaciela swojego księcia. Tej nocy, gdy wrócił do komnaty, od razu dostrzegł spalony fragment pergaminu leżący na stole.

— Co to? — zapytał chłodno.

— Nic ważnego.

— Kłamiesz.

Gavriel uniósł wzrok i coś w jego twarzy sprawiło, że Liorowi ścisnęło gardło. Wyglądał jak człowiek stojący przed egzekucją.

— Odkąd ukrywamy przed sobą rzeczy?

— Odkąd pewne sprawy stały się większe od nas.

Lior poczuł narastającą frustrację.

— Nie mów do mnie zagadkami.

Gavriel podszedł bliżej. Zbyt blisko. Przez chwilę tylko patrzył na niego ciężkim spojrzeniem, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół jego twarzy.

— Jeśli kiedyś każę ci uciekać… zrobisz to?

— O czym ty mówisz?

Nie odpowiedział. Zamiast tego pocałował go gwałtownie, desperacko, jak człowiek chwytający ostatni oddech. Lior oddał pocałunek niemal odruchowo, zaciskając palce na jego koszuli. Gniew mieszał się z ulgą i czymś znacznie bardziej niebezpiecznym.

Gavriel popchnął go na łóżko, przyciskając do materaca własnym ciężarem. Jego dłonie przesuwały się po ciele Liora mocniej niż zwykle, jakby bał się, że za chwilę wszystko mu zostanie odebrane. Lior czuł jego nierówny oddech na szyi, gorące usta przy obojczyku i napięcie, które nie miało nic wspólnego wyłącznie z pożądaniem.

— Nie patrz tak na mnie — mruknął Gavriel w jego skórę.

— Jak?

— Jakbyś widział we mnie coś dobrego.

Lior zamarł. Bo w jego głosie było coś pękniętego.

Coś, czego wcześniej tam nie było.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Plotki rozchodziły się po zamku szybciej niż ogień. Służba milkła, gdy Rafael przechodził korytarzami, a niektórzy robili ochronne znaki na piersi. Kilku lordów otwarcie zażądało jego izolacji. Inni mówili o śmierci.

I najgorsze było to, że część z nich naprawdę się bała.

Mieli ku temu powody.

Tego samego dnia Rafael stracił kontrolę po raz pierwszy. Jeden ze służących przypadkiem wylał na niego gorącą herbatę. Rafael odruchowo chwycił go za nadgarstek i wtedy coś wybuchło pod jego skórą.

Krzyk rozdarł salę.

Mężczyzna upadł na kolana, a jego ręka wyglądała, jakby dotknął rozpalonego metalu. Rafael odsunął się gwałtownie, przerażony bardziej niż ktokolwiek wokół.

— Ja… nie chciałem…

Nikt mu nie odpowiedział.

Nawet Valmar.

Tej nocy Rafael nie potrafił oddychać we własnej komnacie. Czuł się zdradzony, samotny. Czuł się jakby nie mógł nikomu ufać, ani nikt nie ufał jemu. Wyszedł więc boso na ciemny korytarz, próbując uspokoić myśli, ale wtedy usłyszał głos.

Głos matki.

Nie we śnie.

Naprawdę.

Podążył za nim coraz niżej, głębiej, aż dotarł do starych drzwi pokrytych symbolami płomieni. Nie pamiętał, by wcześniej tam były. Otworzyły się same.

W środku paliły się świece.

A pośród nich stała Garilda.

Nie wyglądała już jak zmęczona staruszka z kuchni. Jej oczy jarzyły się złotem.

Uśmiechnęła się powoli i uklękła przed nim.

— Nareszcie — wyszeptała. — Płomień się budzi, moje dziecko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz