czwartek, 28 maja 2026

Książę w Ramionach Mroku 18

 

Rozdział 18 Pęknięcia

Od kilku dni północne skrzydło zamku przypominało bardziej więzienie niż miejsce do życia. Strażnicy stali przy wejściach bez przerwy, ale nawet oni trzymali się zbyt daleko od drzwi Rafaela. Służba zostawiała jedzenie na korytarzu i odchodziła natychmiast, jakby bała się, że sam dźwięk kroków może go sprowokować. Plotki rozlały się po zamku szybciej niż ogień. Niektórzy twierdzili, że nocami widzieli światło pod jego drzwiami mimo braku świec. Inni przysięgali, że słyszeli głosy dochodzące z komnaty, choć Rafael był tam sam. Najgorsze było jednak to, że coraz więcej ludzi zaczynało w to wierzyć.

Gavriel również.

Siedział samotnie w zbrojowni, obracając w dłoni krótki sztylet wykonany z ciemnego metalu. Ostrze pokrywały stare symbole ochronne. Broń przeciwko dawnej magii. Przeciwko Rafaelowi. Czuł od tego mdłości.

— Jeśli król zawaha się w decydującym momencie, obowiązek spadnie na ciebie — powiedział wcześniej jeden z lordów.

Nie odpowiedział wtedy, bo część niego już znała odpowiedź. Jeśli Rafael naprawdę straci kontrolę, tysiące ludzi mogą zginąć. A Gavriel był dowódcą wojsk Północy zanim stał się kimkolwiek innym. Nawet partnerem Liora.

Drzwi zbrojowni otworzyły się gwałtownie.

— Więc tutaj jesteś.

Lior wyglądał na wściekłego jeszcze zanim podszedł bliżej. Gavriel szybko schował broń, ale było już za późno.

— Co to było?

— Nic ważnego.

— Przestań ciągle tak mówić.

Atmosfera między nimi była napięta od dni, ale teraz coś w końcu pękło.

— Idę do Rafaela — powiedział Lior chłodno.

— Nie.

Zapadła cisza.

— Słucham?

— Północne skrzydło jest zamknięte.

— Rafael jest moim przyjacielem.

— Rafael jest niestabilny.

Lior patrzył na niego kilka sekund z niedowierzaniem.

— Wiesz co jest najbardziej obrzydliwe? Że zaczynasz mówić o nim jak oni.

To uderzyło mocniej niż powinno. Gavriel zacisnął szczękę.

— Ty nie rozumiesz sytuacji.

— Więc mi ją wyjaśnij.

Milczenie. Za długie.

Lior spojrzał na niego ostrzej.

— Co oni ci kazali zrobić?

— Lior—

— Co. Oni. Ci. Kazali.

Gavriel odwrócił wzrok. I to wystarczyło. Lior poczuł lodowaty ciężar pod żebrami.

— O bogowie… Ty naprawdę bierzesz pod uwagę, że będziesz musiał go zabić.

— Jeśli straci kontrolę...

— To nadal Rafael!

— A jeśli pewnego dnia spali całe skrzydło razem z tobą?!

Głos Gavriela odbił się echem od kamiennych ścian. Obaj zamilkli ciężko. Lior patrzył na niego, jakby widział obcego człowieka.

— Ty też zaczynasz się go bać…

Gavriel zamknął oczy na sekundę, bo bał się. I nienawidził siebie za to.

— Robię to, żeby chronić ludzi.

— Nie. Robisz to, bo już zakładasz najgorsze.

Odwrócił się i wyszedł, zanim Gavriel zdążył go zatrzymać.

Kilka minut później szedł już korytarzem północnego skrzydła. Strażnicy wymienili niepewne spojrzenia.

— Lord Gavriel wydał rozkaz—

— A ja go ignoruję — rzucił lodowato Lior.

Nikt nie odważył się go zatrzymać.

Kiedy otworzył drzwi komnaty Rafaela, od razu uderzyło w niego gorąco. Duszące. Nienaturalne. Okna były całkowicie zaparowane mimo zimy na zewnątrz. Część świec paliła się sama, choć knotów nikt nie dotykał.

Rafael siedział przy biurku. Nie zauważył nawet, że ktoś wszedł. Wokół niego leżały dziesiątki zgniecionych kartek. Pisał szybko drżącą dłonią, jakby bał się, że za chwilę zapomni własne myśli.

— Rafael.

Brak reakcji.

— Rafael.

Dopiero za trzecim razem chłopak drgnął gwałtownie i podniósł wzrok. Wyglądał okropnie. Podkrążone oczy. Blada twarz. Rozszerzone źrenice.

— Lior…?

— Bogowie, wyglądasz jak śmierć.

Rafael uśmiechnął się słabo.

— Czuję się gorzej.

Lior podszedł bliżej i wtedy zauważył kartki.

Nie ufaj głosom.

Matka wiedziała.

On budzi się kiedy jestem zły.

Nie pamiętam ostatniej godziny.

Jeśli zacznę mówić jego głosem — uciekaj.

Liorowi ścisnęło gardło.

— Rafael…

— Muszę to zapisywać — wyszeptał chłopak. — Bo czasem już nie wiem, które myśli są moje.

W komnacie było tak gorąco, że atrament na części pergaminów rozmazał się od temperatury. Na dłoniach Rafaela widniały stare ślady poparzeń, jakby próbował sam zatrzymywać płomienie.

Lior poczuł nagłe ukłucie winy. Podczas gdy cały zamek zaczynał widzieć w Rafaelu zagrożenie, on siedział tutaj kompletnie sam i rozpadał się kawałek po kawałku.

— Nie powinieneś być tutaj sam — powiedział cicho.

Rafael opuścił wzrok.

— Lepiej tutaj niż wśród ludzi.

— To nieprawda.

— Jestem zmęczony tym, że wszyscy próbują udawać, że ich nie przerażam.

Zapadła ciężka cisza. Lior chciał zaprzeczyć, ale nie potrafił. Bo kiedy patrzył na świece zapalające się same obok Rafaela… sam też zaczynał się bać.

I chyba Rafael to zauważył.

Uśmiechnął się słabo. Bardzo smutno.

— Widzisz? To już się zaczyna.

Lior podszedł bliżej natychmiast.

— Nie pieprz głupot.

Rafael zamknął oczy na moment, jakby walczył z kolejną falą bólu.

— Gavriel ma rację, żeby trzymać cię z dala ode mnie.

Lior zesztywniał.

— Skąd wiesz o naszej kłótni?

Rafael otworzył oczy powoli. I przez jedną krótką sekundę coś w jego spojrzeniu nie wyglądało jak on. Coś starego. Głodnego. Obcego.

— Słyszałem was — odpowiedział cicho.

Problem polegał na tym, że komnata Rafaela znajdowała się kilka pięter wyżej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz