Rozdział 18 Pęknięcia
Od kilku dni północne skrzydło
zamku przypominało bardziej więzienie niż miejsce do życia. Strażnicy stali
przy wejściach bez przerwy, ale nawet oni trzymali się zbyt daleko od drzwi
Rafaela. Służba zostawiała jedzenie na korytarzu i odchodziła natychmiast,
jakby bała się, że sam dźwięk kroków może go sprowokować. Plotki rozlały się po
zamku szybciej niż ogień. Niektórzy twierdzili, że nocami widzieli światło pod
jego drzwiami mimo braku świec. Inni przysięgali, że słyszeli głosy dochodzące
z komnaty, choć Rafael był tam sam. Najgorsze było jednak to, że coraz więcej
ludzi zaczynało w to wierzyć.
Gavriel również.
Siedział samotnie w zbrojowni,
obracając w dłoni krótki sztylet wykonany z ciemnego metalu. Ostrze pokrywały
stare symbole ochronne. Broń przeciwko dawnej magii. Przeciwko Rafaelowi. Czuł
od tego mdłości.
— Jeśli król zawaha się w
decydującym momencie, obowiązek spadnie na ciebie — powiedział wcześniej jeden
z lordów.
Nie odpowiedział wtedy, bo
część niego już znała odpowiedź. Jeśli Rafael naprawdę straci kontrolę, tysiące
ludzi mogą zginąć. A Gavriel był dowódcą wojsk Północy zanim stał się
kimkolwiek innym. Nawet partnerem Liora.
Drzwi zbrojowni otworzyły się
gwałtownie.
— Więc tutaj jesteś.
Lior wyglądał na wściekłego
jeszcze zanim podszedł bliżej. Gavriel szybko schował broń, ale było już za
późno.
— Co to było?
— Nic ważnego.
— Przestań ciągle tak mówić.
Atmosfera między nimi była
napięta od dni, ale teraz coś w końcu pękło.
— Idę do Rafaela — powiedział
Lior chłodno.
— Nie.
Zapadła cisza.
— Słucham?
— Północne skrzydło jest
zamknięte.
— Rafael jest moim
przyjacielem.
— Rafael jest niestabilny.
Lior patrzył na niego kilka
sekund z niedowierzaniem.
— Wiesz co jest najbardziej
obrzydliwe? Że zaczynasz mówić o nim jak oni.
To uderzyło mocniej niż
powinno. Gavriel zacisnął szczękę.
— Ty nie rozumiesz sytuacji.
— Więc mi ją wyjaśnij.
Milczenie. Za długie.
Lior spojrzał na niego
ostrzej.
— Co oni ci kazali zrobić?
— Lior—
— Co. Oni. Ci. Kazali.
Gavriel odwrócił wzrok. I to
wystarczyło. Lior poczuł lodowaty ciężar pod żebrami.
— O bogowie… Ty naprawdę
bierzesz pod uwagę, że będziesz musiał go zabić.
— Jeśli straci kontrolę...
— To nadal Rafael!
— A jeśli pewnego dnia spali
całe skrzydło razem z tobą?!
Głos Gavriela odbił się echem
od kamiennych ścian. Obaj zamilkli ciężko. Lior patrzył na niego, jakby widział
obcego człowieka.
— Ty też zaczynasz się go bać…
Gavriel zamknął oczy na
sekundę, bo bał się. I nienawidził siebie za to.
— Robię to, żeby chronić
ludzi.
— Nie. Robisz to, bo już
zakładasz najgorsze.
Odwrócił się i wyszedł, zanim
Gavriel zdążył go zatrzymać.
Kilka minut później szedł już
korytarzem północnego skrzydła. Strażnicy wymienili niepewne spojrzenia.
— Lord Gavriel wydał rozkaz—
— A ja go ignoruję — rzucił
lodowato Lior.
Nikt nie odważył się go
zatrzymać.
Kiedy otworzył drzwi komnaty
Rafaela, od razu uderzyło w niego gorąco. Duszące. Nienaturalne. Okna były
całkowicie zaparowane mimo zimy na zewnątrz. Część świec paliła się sama, choć
knotów nikt nie dotykał.
Rafael siedział przy biurku.
Nie zauważył nawet, że ktoś wszedł. Wokół niego leżały dziesiątki zgniecionych
kartek. Pisał szybko drżącą dłonią, jakby bał się, że za chwilę zapomni własne
myśli.
— Rafael.
Brak reakcji.
— Rafael.
Dopiero za trzecim razem
chłopak drgnął gwałtownie i podniósł wzrok. Wyglądał okropnie. Podkrążone oczy.
Blada twarz. Rozszerzone źrenice.
— Lior…?
— Bogowie, wyglądasz jak
śmierć.
Rafael uśmiechnął się słabo.
— Czuję się gorzej.
Lior podszedł bliżej i wtedy
zauważył kartki.
Nie ufaj głosom.
Matka wiedziała.
On budzi się kiedy jestem zły.
Nie pamiętam ostatniej
godziny.
Jeśli zacznę mówić jego głosem
— uciekaj.
Liorowi ścisnęło gardło.
— Rafael…
— Muszę to zapisywać —
wyszeptał chłopak. — Bo czasem już nie wiem, które myśli są moje.
W komnacie było tak gorąco, że
atrament na części pergaminów rozmazał się od temperatury. Na dłoniach Rafaela
widniały stare ślady poparzeń, jakby próbował sam zatrzymywać płomienie.
Lior poczuł nagłe ukłucie
winy. Podczas gdy cały zamek zaczynał widzieć w Rafaelu zagrożenie, on siedział
tutaj kompletnie sam i rozpadał się kawałek po kawałku.
— Nie powinieneś być tutaj sam
— powiedział cicho.
Rafael opuścił wzrok.
— Lepiej tutaj niż wśród
ludzi.
— To nieprawda.
— Jestem zmęczony tym, że
wszyscy próbują udawać, że ich nie przerażam.
Zapadła ciężka cisza. Lior
chciał zaprzeczyć, ale nie potrafił. Bo kiedy patrzył na świece zapalające się
same obok Rafaela… sam też zaczynał się bać.
I chyba Rafael to zauważył.
Uśmiechnął się słabo. Bardzo
smutno.
— Widzisz? To już się zaczyna.
Lior podszedł bliżej
natychmiast.
— Nie pieprz głupot.
Rafael zamknął oczy na moment,
jakby walczył z kolejną falą bólu.
— Gavriel ma rację, żeby
trzymać cię z dala ode mnie.
Lior zesztywniał.
— Skąd wiesz o naszej kłótni?
Rafael otworzył oczy powoli. I
przez jedną krótką sekundę coś w jego spojrzeniu nie wyglądało jak on. Coś
starego. Głodnego. Obcego.
— Słyszałem was — odpowiedział
cicho.
Problem polegał na tym, że
komnata Rafaela znajdowała się kilka pięter wyżej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz