Rozdział 17 Niebezpieczne
schronienie
Po wydarzeniach na zachodnim
korytarzu zamek ucichł w dziwny sposób. Nie był to jednak spokój. Cisza
przypominała raczej moment tuż przed burzą, kiedy wszyscy czekają na pierwszy
grzmot. Rafael czuł to wszędzie. W spojrzeniach służby. W strażnikach, którzy
nagle stali przy drzwiach częściej niż wcześniej. W lordach milknących, gdy
pojawiał się w salach zamku. Bali się go. I najgorsze było to, że rozumiał
dlaczego.
Przez dwa dni prawie nie
opuszczał komnaty Valmar’a. Siedział głównie przy oknie, owinięty ciężkim kocem
mimo ciepła bijącego od własnej skóry. Nie spał. Kiedy zamykał oczy, słyszał
głosy. Czasem szepty. Czasem własną matkę. A czasem coś znacznie gorszego.
Pozwól mi wyjść.
Zacisnął mocniej powieki i
odwrócił głowę w stronę ciemnego okna. Coraz trudniej było mu odróżnić, co jest
prawdziwe, a co nie.
Valmar próbował przy nim być,
ale obowiązki króla nie znikały. Narady trwały coraz dłużej. Coraz więcej
lordów domagało się działania. Izolacji. Kontroli. Niektórzy nawet śmierci.
Rafael słyszał o tym mimo zamkniętych drzwi i powoli zaczynał się dusić.
Trzeciej nocy wstał bez słowa
z łóżka i zaczął ubierać koszulę. Valmar uniósł wzrok znad dokumentów.
— Co robisz?
— Przenoszę się.
Zapadła ciężka cisza.
— Nie.
Rafael zacisnął palce na
materiale.
— Nie mogę tu zostać.
— To nie jest dyskusja.
— Właśnie że jest —
odpowiedział cicho, ale pierwszy raz od dawna w jego głosie pojawiło się coś
ostrzejszego. — Ludzie boją się mnie już wystarczająco. Nie będę jeszcze
spalającym się problemem w królewskiej sypialni.
Valmar odłożył dokumenty
wolno. Zbyt wolno.
— Myślisz, że chodzi mi o
politykę?
— A o co?
Król podszedł bliżej.
— O to, że kiedy tracisz
kontrolę, pierwszą rzeczą jaką robisz, jest ucieczka ode mnie.
Rafaelowi ścisnęło gardło, bo
to była prawda. Valmar zatrzymał się tuż przed nim.
— Nie pozwolę ci zamknąć się
samemu z tym czymś.
— A jeśli pewnego dnia cię
skrzywdzę?
Pytanie zawisło między nimi
ciężkie i bolesne. Valmar milczał tylko chwilę.
— Wtedy nadal będę tym, który
stanie przed tobą pierwszy.
To powinno przynieść ulgę, ale
nie przyniosło. Rafael zobaczył zmęczenie pod jego oczami. Strach, który Valmar
próbował ukrywać od wielu dni. I właśnie dlatego podjął decyzję.
Kilka godzin później przeniósł
się do starej komnaty w północnym skrzydle zamku. Daleko od głównych sal.
Daleko od ludzi. Daleko od Valmar’a. Pokój był zimny i prawie pusty. Tylko
łóżko, kominek i wysokie okno wychodzące na zasypane śniegiem góry. Idealne
miejsce, żeby ukryć potwora. Pierwszej nocy nie zapalił nawet świec. Siedział
na podłodze pod ścianą i próbował ignorować szepty.
Samotność ułatwia wszystko.
Zacisnął dłonie na uszach.
— To nie jest prawdziwe…—
szepnął przymykając oczy.
Ale ogień jest.
Drzwi otworzyły się
gwałtownie. Rafael poderwał głowę, a płomień przeszedł po jego dłoniach
odruchowo. Valmar zatrzymał się w progu. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie
w ciszy. Potem król zamknął drzwi i podszedł bliżej.
— Nie jesz.
— Nie jestem głodny.
— Kłamiesz.
Rafael odwrócił wzrok. Valmar
uklęknął przed nim powoli. Jego dłonie zatrzymały się tuż przy twarzy chłopaka,
jakby dawał mu czas na odsunięcie się. Rafael nie uciekł.
Król przesunął palcami po jego
policzku.
— Drżysz.
— Jest mi zimno.
Valmar spojrzał na niego
długo.
— Nie. Tobie jest gorąco.
I rzeczywiście było. Skóra
Rafaela parzyła coraz mocniej. Ogień pod nią stawał się niespokojny.
Valmar westchnął cicho i
usiadł obok niego na podłodze.
— Lordowie chcą, żebym zamknął
cię w podziemiach.
Rafael zesztywniał.
— A ty?
Król spojrzał prosto przed
siebie.
— Chcę znaleźć sposób, żeby
cię ocalić, zanim cały świat uzna cię za potwora.
To zabolało bardziej niż
powinno. Rafael opuścił głowę.
— A jeśli już nim jestem?
Valmar odwrócił się gwałtownie
i złapał go za kark, zmuszając, by na niego spojrzał.
— Nie mów tak przy mnie.
W jego głosie było coś niemal
wściekłego. Coś rozpaczliwego.
Rafael patrzył na niego kilka
sekund, a potem nagle pękł. Oddech uwiązł mu w gardle. Ramiona zaczęły drżeć.
— Ja już nie wiem, co jest
moje… — wyszeptał. — Te głosy… ten ogień… czasem mam wrażenie, że coś patrzy
moimi oczami…
Valmar przyciągnął go do
siebie natychmiast. Rafael zacisnął dłonie na jego ubraniu i ukrył twarz przy
jego szyi, próbując zdławić drżenie ciała. Król objął go mocniej. Jakby
próbował utrzymać go przy sobie siłą. Jakby bał się, że jeśli puści choć na chwilę,
Rafael naprawdę zniknie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz