czwartek, 17 lipca 2014

Namiętny Interes 5



Moi kochani! Wróciłam! Jak zwykle z opóźnieniem,za co bardzo przepraszam, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie, po przeczytaniu tego rozdziału :3
Nie przedłużam więc...
Zapraszam do czytania i nie zapomnijcie komentować :)



Rozdział 5

Akai cały w skowronkach wrócił do biura nucąc pod nosem i uśmiechając się wesoło. Pan Bayen miał rację, takich pysznych lodów nie jadł nigdy wcześniej. Będzie musiał tam kiedyś zaciągnąć Matt’a.
Chłopiec zapukał i wszedł do gabinetu „szefa”. 

- Już jestem. Chcesz kawy? – spytał gdy zamknął za sobą drzwi i zaraz rozsiadł się na kanapie.
Matt widząc go w tak dobrym humorze, domyślał się, że rozmowa z jego ojcem poszła nadzwyczaj dobrze. Podszedł do niego i potargał mu włosy przysiadając przy nim.
- Po twojej minie widzę, że dobrze się bawiłeś – powiedział zielonooki, na co chłopiec przytaknął.
- Oh, było wspaniale! Musimy się tam kiedyś wybrać wszyscy razem! Lody były pyszne! Poszliśmy też na koktajl !- zachichotał chłopiec.
- Wiesz co? Kelnerka podrywała twojego tatę – wyszczerzył się Akai siadając na kanapie po turecku.
- Gdybyś widział jej minę, gdy powiedział jej, że już znalazł miłość swojego życia ? A właśnie… To Mary i twój tata są parą? –spytał zaciekawiony blondynek.
- Oh nie. To znaczy, oboje mają się ku sobie ale chyba boją się zrobić następny krok. Oboje stracili ukochane osoby. Moja mama… - pokręcił głową.
- W każdym bądź razie. Mam nadzieję, że niedługo zejdą się ze sobą i skończą te podchody – powiedział Matt uśmiechając się  ciepło.
- No dobrze. Koniec tych pogaduszek. Ja mam jeszcze 2 spotkania, a Mary na pewno potrzebuję pomocy z dokumentami.  Ah i jeszcze jedno. Dzisiaj muszę zostać dłużej w pracy. Poczekasz na mnie czy wrócisz sam do domu? – spytał wstając i biorąc z biurka plik dokumentów przeglądając je pospiesznie.
- Wrócę do domu. Nie martw się. Poradzę sobie, przygotuję dla ciebie kolację – powiedział także podnosząc się z kanapy. Żaden z nich nie wspomniał o „adopcji”. Matt nie chciał naciskać, a Akai miał wiele do przemyślenia. Tę rozmowę musieli odłożyć na kiedy indziej. 

………………………

- Do widzenia Mary – powiedział Akai całując kobietę w policzek na pożegnanie.
- Uważaj na siebie kochaniutki. Zadzwoń jak będziesz już w domu. Będę wtedy spokojniejsza –uściskała go mocno.
- Dobrze, dobrze, tylko mnie nie duś – zaśmiał się chłopiec i umknął przed grożącą mu palcem kobietą.
- Matt! Z- znaczy się.. Panie Bayen! – wpadł do gabinetu rumieniąc się delikatnie.  Zapomniał się. Dobrze, że już prawie nikogo nie było. Miał też nadzieję, że mężczyzna nie będzie za bardzo zły, jednak zaraz wypadło mu to z głowy, bo Matt patrzył się na niego z rozbawieniem.
- Idę już do domu. Wpadłem tylko na chwilkę – położył na jego biurku kawę i drożdżówkę , którą kupił na dole w kawiarni.
- Dziękuje Akai. Ratujesz mnie. Zaraz mam iść na zebranie, a tak strasznie burczy mi w brzuchu. – zaśmiał się mężczyzna i przygarnął chłopca do siebie.
- Lepiej już idź. Nie płacę za nadgodziny – zażartował puszczając mu oczko. – Uważaj na siebie i zadzw..- przerwał mu jednak chłopiec.
- Tak tak mamo, zadzwonię – blondynek wywrócił oczami, jednak w środku poczuł przyjemne ciepełko. Tyle osób się o niego martwiło i troszczyło.
- Będę uważał i zadzwonię – powiedział cichutko tuląc się do niego. Matt uśmiechnął się czule i położył mu dłoń na głowie.
- Do wieczora – powiedział nastolatek i wyszedł z wieżowca. 

………….

Akai uśmiechając się szeroko szedł do domu. Mógł wziąć taksówkę, jednak było tak ładnie na dworze, wiec postanowił się przejść. Nucąc pod nosem stanął na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło. Spojrzał w niebo przysłaniając dłonią oczy i nagle zdał sobie sprawę, że jest zielone światło i wszyscy już przeszli. Ruszył przez przejście szybciutko, gdy nagle usłyszał dźwięk klaksonu.
Rozpędzony samochód jechał wprost na niego, było pewne, że nie wyhamuje. Jednak zamiast uciec, stał wmurowany na środku przejścia. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Ostatnie co usłyszał to krzyki ludzi i to jak upada na ziemię.

- Nic ci nie jest?! – spytał przystojny brunet trzymając go w ramionach. Zdążył w ostatniej chwili! Widząc co się dzieję, rzucił się na przejście łapiąc chłopca i przeturlał się z nim na drugą stronę.
- Ja... C- co się stało? –spytał zdezorientowany chłopiec. Był w szoku. Nawet nie czuł bólu.
- Spokojnie. Nie ruszaj się. Pogotowie już jedzie. – powiedział uśmiechając się ciepło.
- A-ale ja nie chce! – Akai otrząsnął się nieco i chciał wstać, jednak zaraz opadł z powrotem na ziemie z urwanym krzykiem. Jego kostka! W jego oczach pojawiły się łzy. Powoli świadomość wracała , a z nią ból po upadku.
- Cii… już dobrze. Nie ruszaj się – gdy przyjechała karetka chłopiec zaczął panikować. Widocznie bał się lekarzy. Jednak najgorsze było jeszcze przed nimi. W trakcie jazdy do szpitala Akai widząc igłę zaczął się szarpać i krzyczeć.
- Malutki. To dla twojego dobra. Oni cię chcą tylko zbadać. Spójrz na mnie – brunet chciał, by chłopiec poświęcił mu całą swoją uwagę. Pogłaskał go po głowie uśmiechając się ciepło. Akai wpatrywał się w niego nieśmiało. Wstydził się swojego wybuchu, ale ogromnie bał się szpitali, a tym bardziej igieł i lekarzy. Cieszył się, że mężczyzna pojechał z nim. Czuł się bezpieczniej. Słuchając jego głosu zamknął oczy powoli odpływając. Nawet nie zauważył kiedy założyli mu welflon, przez który podali mu środek uspokajający.

Ocknął się słysząc czyjąś rozmowę. To ten brunet rozmawiał z lekarzem.
- Ogólnie jego stan jest dobry. Jest trochę poobijany. Jednakże co do prawej kostki. Jest złamana, jestem zmuszony założyć gips. Przez przynajmniej miesiąc ma się nie ruszać z domu, a tym bardziej chodzić. Powinien leżeć i jak najmniej strofować nogę. – powiedział starszy pan w kitlu notując coś w notesie. – Chłopiec zaraz powinien się obudzić. Założymy mu gips i będzie mógł udać się do domu. Niestety z dokumentów chłopca nie wyczytaliśmy za wiele. Niestety będzie musiał sam zadzwonić do rodziny. – powiedział i wyszedł. 

- Chce do domu – dało się słyszeć cichy szept od strony łóżka.
- Nie martw się. Niedługo będziesz mógł wrócić. Jednak musi ktoś po ciebie przyjechać. Powinieneś poinformować kogoś z rodziny – powiedział przysiadając na krześle.
Akai już chciał się odezwać, że przecież nie ma rodziny, że jest sierotą, gdy nagle przed oczami pojawił mu się pan Bayen, Matt i Mary. Pokiwał jedynie delikatnie głową i wziął telefon z szafki wybierając numer do Mary. Pamiętał, że Matt ma teraz zebranie.

- Hallo? Tak to ja. Nie,, nic. To znaczy – zająknął się – Jestem w szpitalu – powiedział. Skrzywił się słysząc pisk przerażenia po drugiej stronie słuchawki.
- Spokojnie, nic mi nie jest. Złamałem nogę – powiedział wzdychając cicho.  Kobieta powiedziała mu , że od pół godziny próbowała się do niego dodzwonić.
- Przepraszam – szepnął chłopiec. Kobieta poleciła aby grzecznie czekał na Matt’a. Jego zebranie już dobiegło końca i za 20 minut go odbierze.
Akai westchnął kończąc rozmowę i odkładając telefon na szafkę.
- Mój … Mój brat po mnie przyjedzie- powiedział z delikatnym uśmiechem.
- Ja chciałem panu podziękować. Uratował  mnie pan – spojrzał na niego z podziwem. Wolał nie myśleć co by się stało, gdyby ten tajemniczy brunet nie rzucił mu się na ratunek.
- Nie wiem jak się panu odwdzięczę – pokręcił głową smutno. Bo niby jak? Nie miał nic, a wypłata dopiero za 2 tygodnie.
- Nie przejmuj się. Cieszę się że mogłem pomóc. Niestety muszę już iść. Obowiązki- powiedział z uśmiechem.
- Wracaj szybko do zdrowia dobrze? – powiedział podnosząc się z krzesła.
- Niech pan zaczeka! – zawołał Akai patrząc na niego prosząco. Szybko na serwetce zapisał swój numer telefonu.
- Ja chce się odwdzięczyć. Niestety teraz nie jestem w stanie, ale … Proszę. Niech pan zadzwoni. – zarumienił się mimowolnie. Co on wyprawiał? Rumienił się jak pensjonarka. Zagryzł dolną wargę.
- Proszę pozwolić mi się odwdzięczyć – mężczyzna pokręcił jedynie głową i wziął serwetkę chowając ją do kieszeni. – Mam na imię Akai – szepnął chłopiec podnosząc na niego niepewnie spojrzenie.
- Na pewno zadzwonię – brunet puścił chłopcu oczko widząc jak uroczo się rumieni.
- Więc, do zobaczenia mały. Ah i na imię mam Josh – pomachał mu i wyszedł.
Chłopiec wpatrywał się w miejsce gdzie przed chwilą stał mężczyzna. Niestety ze słodkiej krainy wyobraźni wyrwał go Matt, który wpadł do sali.

- Akai! Nic ci nie jest?!- zasapany i potargany spojrzał ze zmartwieniem na chłopca.
- Matty… Ja przepraszam. Nie byłem zbyt uważny – rozpłakał się. Dopiero teraz do niego dotarło. Co on teraz zrobi? Ma złamaną nogę! Jest uziemiony! A co z pracą? Wystraszony na maxa jeszcze głośniej się rozpłakał wtulając się w ciepłe ramiona blondyna.
- Już dobrze. Cieszę się, że nic poważnego się nie stało. Lekarz powiedział mi co się stało. To nie była twoja wina. To kierowca przejechał na czerwonym świetle. Ale to teraz nie ważne. Zaraz pojedziemy do domu – wziął go na ręce i posadził sobie na kolanach.
Gdy chłopcu założona gips został wypisany do domu z miesięcznym zwolnieniem z chodzenia. 

- Matt i co teraz będzie? – spytał gdy „brat” zapinał mu pasy.
-  Jak to co? Będziesz leżał i wypoczywał w domu. – powiedział zaskoczony mężczyzna, bo co niby innego miało być? Akai miał odpoczywać i  oszczędzać nogę.
- Ale praca –szepnął spuszczając wzrok. – Sprawiam ci tylko same problemy – pociągnął noskiem.
- Nie kochanie. To nieprawda. Pracą się nie martw. Ważne abyś szybko wyzdrowiał byśmy mogli iść razem na lody dobrze? – pogłaskał go po głowie.
Gdy dotarli do domu Matt położył chłopca do łóżka. Ten zasnął momentalnie. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
- Tak, wszystko dobrze. Tak, powiem mu. Złamana noga. Dobrze. Mhm… Dzięki Mary, dobranoc – Matt rozłączył się i westchnął cicho.
Gdy usłyszał, że Akai jest w szpitalu najczarniejsze scenariusze przeszły mu przez głowę. Widząc go całego i zdrowego kamień spadł mu z serca. Gdyby coś mu się stało… Pokręcił głową. Ważne, że nic mu nie jest. Nie pora teraz na : co by było gdyby…

………………………

Josh opadł na krzesło w kuchni wzdychając głośno. Ledwo zdążył na zebranie. Był wykończony. Jego dłoń powędrowała do kieszeni spodni, z której wyjął pomiętą serwetkę z numerem telefonu.
- Akai – powiedział sam do siebie mężczyzna i uśmiechnął się delikatnie.
- Urocze stworzonko.

środa, 9 lipca 2014

Kochani moi!

Żyję,,, ledwo ale żyję :( 

Sądziłam, że skoro to tylko praca i inne codzienne sprawy to będę miała więcej 


czasu,,, ale nie!

Szlag mnie trafia, bo tęsknie za wami cholernie i za moimi opowiadaniami :(

Ale jest też dobra wiadomość. Ten okres gdy Maru nie było - kończy się.

Do końca tego tygodnia dodam jeden rozdział, nie wiem jeszcze z którego 

opowiadania, ale na pewno was poinformuje o notkach( oczywiście tych którzy 

podali mi swoje dane bym mogła to zrobić ) :)

Kocham was bardzo mocno moi drodzy czytelnicy i już niedługo do was wracam :) 

Nie gniewajcie się za bardzo dobrze ? *w* <3


Wasza zapracowana Maru ;3









poniedziałek, 23 czerwca 2014

Powrót Maru ;3

Hey kochani,
gomme ,że mnie tak długo (znowu) nie było, ale sesja ugh,,, nienawidzę egzaminów.
Ale od dzisiaj będę miała dla was więcej czasu. Są wakacje, więc odciągać mnie od was będzie tylko praca.
Postaram się pisać częściej :)
Mam nadzieję, że się cieszycie <3

Nowy rozdział powinnam dodać do końca tego tygodnia, prawdopodobnie będzie to "The allies" <3


Kocham was


wasza Maru;3

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Namętny Interes 4



Tak wiem kilka minut, no dobrze, kilkadziesiąt minut spóźnienia, ale w końcu jest. Mi się ogólnie średnio podoba, ale taka była moja wizja.
Mam tylko nadzieję, że nie zrobiłam zbyt wiele błędów i że rozdział wam się spodoba. 

Rozdział jeszcze nie betowany. Ale jutro podeślę mojemu Skrzacikowi <3


Rozdział 4



- Tato! Co ty tutaj robisz! Powinieneś być w Nowym Yorku i zarządzać firmą! – skarcił go blondyn, ale z drugiej strony bardzo się cieszył, że go widzi.
- Nie wypada, żeby to syn krytykował ojca – powiedział mężczyzna uśmiechając się dobrodusznie. Zbliżył się do niego i uściskał.
- Po prostu stęskniłem się za moim synem – i jak niby Matt miał go karcić słysząc taki argument ? Blondyn westchnął cicho i uśmiechnął się delikatnie.
- Też się cieszę, że cię widzę. – wskazał ojcu fotel, a po chwili do gabinetu, nieco nieporadnie wpadł Akai niosąc tacę z kawą. W wyrazie skupienia wysunął koniuszek różowego języczka delikatnie go przygryzając.
- P-Panie Bayen przyniosłem kawę – powiedział nieśmiało i postawił tacę na biurku. Ojciec zaśmiał się ciepło spoglądając z rozbawieniem na chłopca.
- A któż to? Nowy pracownik? Nie denerwuj się tak malutki, co jak co ale mój syn nie gryzie – puścił mu oczko chcąc mu dodać nieco pewności siebie.
-  Pana syn? – zaciekawił się nagle chłopiec podchodząc bliżej. Matt pokręcił głową uśmiechając się pod nosem.
- Akai, pogawędzisz z moim ojcem wieczorem przy kolacji, a teraz uciekaj pomóc Mary, ah i dziękuję za kawę – Akai jakby się paliło rzucił szybkie papa  umknął z gabinetu.
- Ciekawe stworzonko z tego chłopca – śmiał się John patrząc na syna.
- Tato, dobrze wiesz, że w pracy muszę zachowywać pozory – pokręcił głową.
- No już dobrze. Idę sobie. Poczekam w hotelu. Nie zapomnij, kolacja o 19, ah i nie zapomnij zabrać malca, założę się, że masz dla mnie ciekawą historię – po chwili wyszedł zostawiając syna samego. 

Reszta dnia w pracy minęła im bez większych niespodzianek nie licząc świeżości i radości jaką wniósł do biura chłopiec. Radosny, ciągle uśmiechnięty, jego entuzjazm był zaraźliwy. Czas dzisiaj wszystkim minął w przyjemnej atmosferze.

………………..

Koło godziny 18 w pokoju hotelowym.

- Nigdzie nie idę! – powiedział Akai patrząc z uporem na Matt’a.
- Mieszkasz ze mną, więc to logiczne, że mój ojciec chce cię poznać. Założę się, że to Mary mu powiedziała – Matt wywrócił oczami. Od dawna widział, że ci dwoje mają się ku sobie. A dzisiejsza wizyta ojca… Zapewne chciał zobaczyć jego sekretarkę.
- Akai proszę cię. To tylko kolacja. Mój ojciec jest ciekawy co się wydarzyło i przy okazji cię poznać – prosił chłopca blondyn.
- Wcale nie jestem tam potrzebny! Nie jestem twoim chłopakiem aby musiał mnie poznawać – upierał się chłopiec.
- Nie bądź takim uparciuchem. To szczególna sytuacja, że ze mną mieszkasz. Poza tym jesteś moim pracownikiem, a mój tata to mój szef i twój również. On jest nade mną – powiedział starając się zagrać z tej strony.
- J-jak to szef!? To on może mnie zwolnić? – wystraszył się Akai i spojrzał wilkiem na blondyna. - Pójdę, ale chce podwójny deser – spojrzał na niego hardo. Matt uśmiechnął się i przytulił  go mocno.
- Ile tylko zechcesz. Ah i nie martw się. Mój tata cię nie zwolni. – puścił mu oczko. Podał mu nowe ciuchy, które kazał dla niego kupić. Dopasowane czarne spodnie i granatowa koszula. Natomiast Matt miał na sobie także czarne spodnie i do tego czarną koszulę z rękawami ¾.
- Gotowy? Dochodzi 19, a ja nie lubię się spóźniać – zawołał Matt pukając do łazienki, w której od 30 minut siedział chłopiec.
W końcu spóźnieni 5 minut dotarli do hotelowej restauracji.
- Matt, to do ciebie nie podobne aby się spóźniać – powiedział John puszczając oczko chłopcu.
- Daj spokój tato. Zjedzmy w końcu coś, umieram z głodu. – westchnął opadając na krzesło i otwierając menu. John zaśmiał się dobrodusznie i wskazał chłopcu miejsce.
- Nie krępuj się, siadaj. Sam zobaczysz, że całkiem przyjaźni z nas goście – nieco ośmielony przyjaznym zachowaniem mężczyzny, Akai usiadł i uśmiechnął się nieśmiało. Jednak po chwili gdy otworzył menu „kopara” mu opadła. Ceny posiłków były ogromne. Odstawił menu i spuścił wzrok. Nie stać go tu było nawet na szklankę wody, aż strach pomyśleć ile kosztował go ten apartament, w którym mieszkają.
- Akai, malutki co się stało? – zapytał Matt zaniepokojony zachowaniem chłopca.
-  Co? Oh nie, nic nic. – powiedział szybko uciekając wzrokiem.
- To ja pójdę porozmawiać z kelnerem- powiedział ojciec zostawiając ich samych, by mogli porozmawiać swobodnie.
- Teraz mi powiesz? – spytał mężczyzna patrząc na niego z troską.
- No bo… No bo to menu, te ceny… Tu wszystko jest takie drogie. – powiedział cichutko zagryzając dolną wargę.
- Oh, tym się nie martw się. Proszę niczym się nie przejmuj – uśmiechnął się zachęcająco. – Chce byś dzisiaj wieczorem dobrze się bawił i nie myślał o niczym. Nie patrz na cenę, wybierz co tylko zechcesz. Jeszcze stać mnie aby sprawić sobie i bliskim mi osobom trochę przyjemności – puścił mu oczko.
- W- więc deser też mogę zamówić? – spytał nieśmiało uśmiechając się delikatnie do blondyna.
- Tak malutki. Jak najbardziej – atmosfera została rozładowana, ten właśnie moment wybrał sobie mężczyzna, by wrócić do stolika wesoło gawędząc sobie z kelnerem.
- Ten pan poleca nam dzisiaj włoską kuchnie. Co powiecie na risotto ? – spytał John zacierając ręce.
- Risotto? – spytał nieśmiało chłopiec patrząc na ojca swojego szefa.
- Nie wiesz? Oh to musisz spróbować. 3 duże porcję i wino, czerwone  – powiedział z uśmiechem, by po chwili spojrzeć na chłopca.

Kolacja mijała im w miłej atmosferze, jednak Akai w pewnym momencie poczuł się senny. Intensywny dzień w pracy dał mu się we znaki.
- A-ale deser! – chciał protestować ziewający chłopiec.
-Nie martw się, przyniosę ci go do pokoju. Idź się połóż – uśmiechnął się do niego łagodnie.
- Tak Akai, Matt ma rację. A co do deseru. Jutro zabiorę cię na pyszne lody. Założę się, że mój syn pozwoli ci na nieco dłuższą przerwę w pracy –John wstał i przytulił delikatnie chłopca.
- Dobranoc smyku. – chłopiec był zaskoczony tak ciepłym traktowaniem. Nie mógł się nie uśmiechnąć na ten gest.
- Dobranoc panie John, Matt – chłopiec wrócił do pokoju zostawiając mężczyzn samych.
-Co zamierzasz Matty? – spytał ojciec patrząc na niego uważnie. – To dobry chłopiec. Jesteś moim synem i jesteś dobrym szefem, ale pamiętaj, że to tylko dziecko, nie możesz… -jednak nie dokończył, bo wtrącił się Matt.
- To nie tak tato. – westchnął cicho.- Przyszedł na rozmowę, nie miał gdzie się podziać. Jego kamienica zostanie zburzona, wylądowałby na ulicy. Nie mogłem go tak zostawić. Poza tym to nie tak jak myślisz. Lubię go, chce go chronić, ale jak młodszego brata – uśmiechnął się czule. – On mnie potrzebuję. Nie zostawię go – spojrzał prosto w oczy ojca, który westchnął, by po chwili uśmiechnąć się ciepło.
- Dobry z ciebie chłopak Matty. Skoro tak, to nie zostaje mi nic innego jak go adoptować. Malec nie ma gdzie się podziać, a nie może wiecznie mieszkać z tobą w apartamencie. On potrzebuje prawdziwego domu.  – powiedział dopijając wino .
- Chcesz go adoptować?!- nie żeby ten pomysł mu się nie podobał, ale na pewno ojciec go zaskoczył.
- Oczywiście decyzja należy do niego, ale tak. To dobry chłopiec, nie da się go nie lubić. Na pewno sam to zauważyłeś. Jest jak wiosna, radosny i ciepły. Polubiłem go i widzę, że ty także chcesz dla niego jak najlepiej. Jutro z nim porozmawiam. – powiedział John. Rozmawiali jeszcze chwilę, by w końcu rozejść się, każdy do swojego apartamentu. 

Matt automatycznie położył się koło chłopca, jednak nie mógł zasnąć. Cały czas myślał o tym co powiedział mu ojciec. Czy to wszystko nie dzieję się trochę za szybko? Z drugiej jednak strony ufał chłopcu, i od razu pokochał go jak młodszego brata. Miał mętlik w głowie.  Czy Akai się zgodzi? A co jeśli nie? Westchnął chowając twarz w poduszce. Po chwili wszystkie rozmyślenia poszły w niepamięć, gdy chłopiec przekręcając się na drugi bok, wtulił się w niego mrucząc pod nosem jak kociak.
- Akai, mój młodszy braciszek –szepnął cicho i  ucałował jego czoło. Podobała mu się ta wizja. Będzie go chronił, kupował prezenty i pocieszał w trudnych chwilach. Będzie idealnym starszym bratem! Z takimi myślami zasnął tuląc do siebie chłopca.

…………………..

Następnego dnia, czas lunch’u.

- Panie Bayen! – do jego gabinetu wpadł Akai uśmiechając się delikatnie.
- Idę na przerwę, przynieść panu coś z miasta? – spytał luzując krawat pod szyją.
- Nie Akai, dziękuję. Baw się dobrze i nie zjedz za dużo lodów. Wróć za 2 godzinki dobrze? – Matt wstał i zawiązał mu ponownie krawat.
- Możesz go zdjąć dopiero jak wyjdziesz- potargał mu włosy i popchnął w stronę wyjścia.
Blondynek pokazał mu język  i jak zawsze pędem umknął z gabinetu, pocałował w przelocie Mary w policzek i wyszedł przed budynek, gdzie czekał już na niego pan John.

- Gotowy na najlepsze lody w Tokio? – uśmiechnął się dobrodusznie do malca i wsiedli do firmowego samochodu.
Chłopiec poznał trasę od razu.
- Jedziemy do parku Ueno! – powiedział z uśmiechem, na co mężczyzna przytaknął delikatnie głową.
- Pewien starszy pan 3 dni w tygodniu stoi tam ze swoją budką z lodami. Lepszych lodów niż te u pana Tayamy to nie ma – powiedział z uśmiechem. John Bayen gdy uśmiechał się w ten sposób, wyglądał o 10 lat młodziej. Wyglądał wtedy jak Matt. Byli idealną kopią. Obaj jasnowłosi, dobrze zbudowani, te same rysy twarzy, te same nawyki, np. przeczesywanie włosów w geście irytacji. Akai zachichotał cicho. Jaki ojciec, taki syn. 

- Park Ueno, to jeden z największych parków w Tokio, bardzo lubię tam chodzić, ale znajduje się we wschodniej dzielnicy miasta, to dość daleko od firmy. – spojrzał na mężczyznę uważnie.
- Owszem, ale sam dobrze wiesz, że warto – odpowiedział mężczyzna tarmosząc mu włosy.
W końcu dojechali na miejsce. Wysiedli z samochodu i spacerkiem ruszyli przez park.
- Matt opowiedział mi o tym co się wydarzyło. Musiało ci być ciężko samemu – powiedział nie patrząc na chłopca.
- T-trochę tak, ale na szczęście pan Matt przyjął mnie do pracy – powiedział cicho chłopiec.
- Ah tak, słyszałem od Mary – zaśmiał się i spojrzał na niego ciepło.
- Byłeś bardzo dzielny, ale teraz już nie musi tak być. Jeśli wyrazisz zgodę, już nigdy nie będziesz sam – powiedział zatrzymując się i patrząc na chłopca uważnie.
- Zgoda? Ale na co? O czym pan mówi? – nieco zdezorientowany Akai zamrugał kilka razy wpatrując się w John’a.
- Usiądźmy – wskazał na ławkę.
- Wiem, że to nagłe. Dopiero nas poznałeś. Matt’a i mnie. Jednak obaj zgadzamy się w tej sprawie. Potrzebujesz rodziny Akai, a Matt zawsze chciał młodszego brata. W sumie, już cię tak nawet traktuję – powiedział śmiejąc się cicho.
- C- Czy pan ma na myśli, to co myślę, że pan ma? – spytał oszołomiony chłopiec. Oni chcieli mu zapewnić rodzinę. Nie! Oni chcieli BYĆ jego rodziną.
- Wiem, że to nagłe. Znam cię kilka godzin, ale ufam swojemu synowi. Przemyśl to. Nie musisz się spieszyć. – uśmiechnął się do zaskoczonego chłopca.
- Ja, tak, d-dobrze. Zaskoczył mnie pan – powiedział cichutko zerkając na niego niepewnie.
- Przepraszam, że nasza wyprawa na lody tak się zaczęła, wiem, że to trudna decyzja. Ale spokojnie, najpierw pozwolimy ci się poznać i mam nadzieję, że ty pozwolisz się także nam poznać. Gdy będziesz gotów, dasz mi odpowiedź. Nie stracisz pracy jeśli nie zgodzisz, nie o to nam chodzi, by cię do czegoś zmuszać. Chcemy po prostu abyś został z nami – powiedział John wstając z ławki i wyciągając do niego dłoń.
- Lody czekają – uśmiechnął się zachęcająco. Akai miał mętlik w głowie owszem, ale także czuł w środku dziwne ciepełko, którego nigdy wcześniej nie czuł. Ktoś chciał się o niego troszczyć, kochać go, akceptować ze wszystkimi wadami, tak jak to właśnie robi rodzina. Chłopiec uśmiechnął się szczerze do mężczyzny. Chwycił jego dłoń i pociągnął w stronę budki z lodami.
- Lody truskawkowe, nadchodzę! – zawołał śmiejąc się wesoło. Dzięki Matt’owi widział małe światełko w tunelu na lepsze życie, pełne miłości.