Rozdział 44 – Nowy początek
Od chwili zniszczenia serca
płomienia Rafael niemal się nie budził. Przemiana nadal trwała, a jego organizm
był skrajnie wyczerpany po wszystkim, co przeszedł. Chwilami jego ciało stawało
się lodowato zimne, by kilka godzin później skóra zaczęła parzyć od gorąca,
jakby resztki dawnego ognia nadal walczyły z nową naturą, która powoli
przejmowała nad nim kontrolę. Komnata przez kolejne dni niemal nigdy nie była
pusta. Gavriel doglądał oczyszczania zamku z ostatnich ludzi kultu, wydawał
rozkazy strażnikom i osobiście dopilnował zabezpieczenia wejść do podziemi.
Lior uparcie siedział przy łóżku Rafaela, próbując zachować spokój nawet wtedy,
gdy chłopak przez wiele godzin nie reagował ani na jego głos, ani na dotyk.
Valmar natomiast po prostu trwał obok. Cichy, nienaturalnie spokojny, jakby
nadal nie wierzył, że Rafael naprawdę wrócił i wystarczy jeden moment nieuwagi,
żeby ponownie go stracić.
Aldemar został zamknięty w
najniższej części lochów. Bez korony, bez ludzi kultu i bez resztek dawnej
władzy. Wieści o tym, co odkryto pod zamkiem, rozchodziły się błyskawicznie.
Mówiono o rytuałach, o dzieciach składanych w ofierze przez całe stulecia i o
królu Aerandor'u, który wiedział o wszystkim, a mimo to był gotów oddać własnego
syna, żeby doprowadzić rytuał do końca. Wyrok zapadł niemal natychmiast.
Śmierć. Nikt nawet nie próbował protestować.
Trzeciej nocy Rafael w końcu
otworzył oczy na dłużej. Komnata pogrążona była w półmroku, rozświetlanym
jedynie pomarańczowym blaskiem ognia płonącego w kominku. Przez kilka
pierwszych sekund chłopak nie rozumiał, gdzie się znajduje, lecz potem
wspomnienia wróciły wszystkie naraz. Serce płomienia, cień, ojciec, krew,
śmierć i Valmar. Rafael zamrugał powoli i dopiero po chwili zrozumiał, że coś
jest nie tak. Widział wszystko zbyt wyraźnie. W półmroku dostrzegał pojedyncze
nitki w ciężkich zasłonach, drobinki pyłu unoszące się nad kominkiem i
najmniejsze pęknięcia w drewnianych belkach pod sufitem. Słuch również stał się
niemal nieznośnie czuły. Słyszał trzask palonego drewna, wiatr uderzający o
okna, kroki strażników kilka korytarzy dalej, spokojne bicie serca śpiącego
Liora i równy oddech Valmara.
Rafael zesztywniał lekko.
Valmar siedział w fotelu niedaleko okna i gdy tylko zauważył, że chłopak się
obudził, natychmiast podniósł wzrok.
- Rafael.
Chłopak spróbował się
podnieść, ale świat momentalnie zawirował mu przed oczami. Valmar znalazł się
przy nim w jednej chwili i podtrzymał go ostrożnie za ramiona.
- Powoli.
Rafael zmarszczył brwi. Nawet
dotyk był teraz inny, znacznie wyraźniejszy i intensywniejszy. Czuł chłód
palców Valmara przez cienki materiał koszuli, każdy nacisk jego dłoni i każde
przesunięcie tkaniny po skórze. Lior obudził się gwałtownie na dźwięk ich
głosów i poderwał głowę.
- Raffy?!
Rafael spojrzał na niego
zmęczonym wzrokiem. Przez chwilę tylko patrzył, a potem kącik jego ust uniósł
się lekko.
- Wyglądasz okropnie.
Lior wciągnął gwałtownie
powietrze i przez sekundę naprawdę wyglądał, jakby miał się rozpłakać.
- Ty też.
Rafael parsknął cicho i przez
krótką chwilę wszystko wydawało się niemal normalne. Potem poczuł pustkę.
Głęboką, palącą i rozchodzącą się spod żeber z każdą kolejną sekundą. Nie
przypominała zwykłego głodu. Była czymś znacznie bardziej pierwotnym, czego jego
ciało domagało się tak gwałtownie, że nie potrafił tego zignorować. Wtedy
poczuł zapach krwi. Ciepłej, żywej, płynącej tuż pod skórą. Rafael zesztywniał
tak nagle, że Valmar zauważył to od razu.
- Rafael.
Chłopak gwałtownie odwrócił
głowę od Lior'a. Teraz słyszał bicie jego serca jeszcze wyraźniej, a każde
uderzenie zdawało się odbijać echem w całej komnacie. Zacisnął palce na
pościeli tak mocno, że materiał zatrzeszczał.
- Raffy… - odezwał się
niepewnie Lior.
- Proszę… nie podchodź teraz
bliżej.
Lior zatrzymał się
natychmiast. W komnacie zapadła ciężka cisza, a Valmar obserwował Rafael'a
uważnie, choć w jego spojrzeniu nie było ani odrobiny strachu.
- To głód - powiedział
spokojnie. - Nic więcej.
Rafael zaśmiał się krótko i
nerwowo.
- Łatwo ci powiedzieć. Mam
wrażenie, jakbym za chwilę miał przestał panować nad własnym ciałem.
Lior odruchowo zrobił pół
kroku do przodu, ale powstrzymał się, pamiętając o jego prośbie.
- Hej. To nadal ty.
Rafael zamknął oczy na moment.
- Mam nadzieję.
Valmar przez chwilę patrzył na
niego w milczeniu, po czym spokojnie podwinął rękaw i odsłonił nadgarstek.
Rafael otworzył oczy i już sam widok cienkich żył pod skórą sprawił, że głód
uderzył w niego z nową siłą. Valmar wyciągnął ku niemu rękę.
- Chodź tutaj.
Rafael natychmiast pokręcił
głową.
- Val… a jeśli zrobię ci
krzywdę?
- Nie zrobisz.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Bo znam ten głód znacznie
lepiej niż ty. Pierwszy raz zawsze jest najgorszy. Twoje ciało nie rozumie
jeszcze, czego potrzebuje ani kiedy ma przestać. Dlatego jestem tutaj.
Rafael spojrzał na jego
odsłonięty nadgarstek, wciąż niepewny.
- To będzie bolało?
Valmar uniósł lekko brew.
- Mnie? Trochę.
Po chwili na jego ustach
pojawił się niemal niewidoczny uśmiech.
- Chociaż większość wampirów
powiedziałaby ci, że przy odpowiedniej osobie potrafi być całkiem przyjemne.
Lior spojrzał na niego z
niedowierzaniem.
- Serio teraz flirtujesz?
Valmar nawet na niego nie
spojrzał.
- Próbuję go uspokoić.
- W naprawdę dziwny sposób.
Mimo napięcia Rafael parsknął
krótkim śmiechem. Pierwszym prawdziwym od wielu dni. Valmar spojrzał na niego
łagodniej i przesunął się odrobinę bliżej.
- Poza tym picie bezpośrednio
od drugiej osoby jest dla nas czymś bardzo intymnym. Nie pozwoliłbym ci tego
zrobić, gdybym uważał, że naprawdę nie potrafisz nad sobą zapanować.
Rafael znieruchomiał. Właśnie
te słowa uderzyły w niego najmocniej, bo Valmar naprawdę mu ufał. Nawet teraz,
kiedy Rafael sam nie wiedział, czego może się po sobie spodziewać. Spojrzał mu
w oczy i zrozumiał, że to zaufanie działało w obie strony. Jakkolwiek bardzo
bał się tego, czym właśnie się stawał, Valmara się nie bał.
Powoli przysunął się bliżej.
Głód palił go od środka, a teraz potrafił nawet wyczuć puls pod skórą Valmar'a i
niemal usłyszeć przepływ krwi w jego żyłach. Musiał zacisnąć szczękę, żeby nie
pozwolić instynktowi przejąć kontroli. Valmar podał mu nadgarstek.
- Spokojnie.
Rafael objął jego rękę
drżącymi palcami. Przez moment tylko patrzył, próbując zebrać odwagę, aż w
końcu przestał walczyć z własnym ciałem i wbił kły w skórę. Valmar napiął się
nieznacznie, ale nie cofnął ręki.
Pierwszy smak krwi niemal
odebrał Rafael'owi oddech. Ciepło rozlało się po jego ciele natychmiast, a głód,
który jeszcze chwilę wcześniej rozdzierał go od środka, zaczął ustępować tak
gwałtownie, że zakręciło mu się w głowie. Mocniej zacisnął palce na dłoni
Valmar'a, próbując zachować resztki kontroli. Smak był intensywny, ciepły i
przerażająco dobry. Każdy kolejny łyk przynosił ulgę, której jego ciało domagało
się od chwili przemiany. Przez krótką chwilę Rafael naprawdę zrozumiał,
dlaczego ludzie bali się wampirów i dlaczego one same tak łatwo mogły
zapomnieć, kiedy powinny przestać.
Valmar położył drugą dłoń na
jego karku i spokojnie przesunął palcami po włosach.
- Powoli.
Rafael ledwo go słyszał,
całkowicie pochłonięty uczuciem ulgi.
- Rafael.
Dopiero własne imię przebiło
się przez otępiające ciepło. Chłopak natychmiast oderwał się od jego nadgarstka
i odsunął gwałtownie, oddychając ciężko. Na jego ustach pozostała cienka smuga
krwi. Spojrzał na Valmar'a szeroko otwartymi oczami.
- Ja…
Valmar spokojnie przycisnął
palce do niewielkich śladów po kłach.
- Nic się nie stało.
- Ja nie chciałem…
- Zatrzymałeś się, kiedy cię
zawołałem.
Rafael zamilkł, a Valmar
spojrzał mu prosto w oczy.
- To właśnie znaczy, że nadal
nad sobą panujesz.
Lior wypuścił powietrze, które
najwyraźniej przez cały ten czas wstrzymywał.
- Czyli oficjalnie nie musimy
jeszcze przywiązywać go do łóżka?
Rafael rzucił mu zmęczone
spojrzenie.
- Spróbuj, a sprawdzimy, czy
wampiry potrafią gryźć ze złości.
Lior uśmiechnął się szeroko.
- O, zdecydowanie wrócił.
Valmar pokręcił głową, ale
Rafael dostrzegł cień uśmiechu również na jego twarzy. Dopiero wtedy zdał sobie
sprawę, że coś naprawdę się zmieniło. Pierwszy raz od wielu dni nic go nie
bolało. Nie czuł już ognia rozrywającego ciało ani krzyków obcych ludzi we
własnej głowie. Serce płomienia zniknęło, a wraz z nim ciężar, który nosił w
sobie tak długo. Zostało jedynie zmęczenie, ciepło rozchodzące się powoli po
całym ciele i spokój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz