niedziela, 31 sierpnia 2025

Książę w Ramionach Mroku 9

 Zastanawiam się nad przeniesieniem się na Wattpad. Przeniosę wtedy wszystkie opowiadania tam. Będę informować na bieżąco i na pewno zostawię link do strony ^^

A teraz… Miłego czytania dla tych, którzy zaglądają. 
 

Rozdział  9 – Rada bez masek

Poranek był cichy. Zbyt cichy.

Rafael stał przy oknie i obserwował, jak śnieg osiada na blankach zamku, przykrywając świat grubą warstwą bieli. W jego wnętrzu panował jednak inny klimat — gorączkowy, szorstki, niespokojny. Dłoń zaciskała się nerwowo na krawędzi stołu, gdy próbował zmusić oddech do równomiernego rytmu.

Dziś miał przestać być duchem. Dziś miał wystąpić przed ludźmi nie jako księżniczka, nie jako polityczny prezent, nie jako ofiara – ale jako książę. Rafael. Syn królowej i króla. Ostatni spadkobierca czegoś, co mogło nigdy nie należeć do niego.

– Panie? – Lior wszedł cicho, z kartą materiału złożoną na ramieniu. – Wszystko gotowe. Valmar prosi, byś zszedł na główną salę za godzinę. Nie wcześniej.

Rafael skinął głową, nie mówiąc nic.

– Chcesz, żebym został?

– Nie – odpowiedział, cicho, ale stanowczo. – Sam to zrobię.

Suknia leżała zwinięta w kącie. Dziś pierwszy raz od tygodni Rafael jej nie założy. Zamiast tego miał na sobie prostą tunikę z ciężkiego, granatowego materiału, pas zdobiony srebrnym haftem i wysokie buty z miękkiej skóry. Włosy — rozpuszczone, opadały swobodnie na ramiona. Żadnych peruk, żadnych ozdób, żadnych masek.

Zostawił za sobą milczenie, w które wtłoczono go od urodzenia.

Każdy krok na korytarzu był jak uderzenie serca. Szybsze. Głośniejsze. I mimo że nie było jeszcze nikogo, kto go widział, czuł ciężar wzroku na karku. Jakby mury same przyglądały się, jak przechodzi — inny, niż oczekiwali.

Strażnicy przed drzwiami sali obrad spojrzeli na niego z mieszaniną zaskoczenia i szacunku. Nie zatrzymali go. Tylko uchylili skrzydło.

Sala była ogromna. Krąg krzeseł wokół kamiennego stołu, światło wpadające przez wysokie witraże i dziesiątki spojrzeń, które od razu padły na niego.

Valmar siedział już na swoim miejscu. Miał na sobie czarne, wyszywane złotem szaty i coś w jego spojrzeniu mówiło: Nie wahaj się.

– Kto to…? – wymamrotał jeden z lordów.

– To książę Rafael – odparł Valmar, bez najmniejszego zawahania. – Dziedzic, którego wasz świat próbował pochować.

Rafael poczuł, jak powietrze gęstnieje. Czas przestał płynąć.

Rafael usiadł przy Valmarze. Gdy dotknął chłodnego drewna pod palcami, poczuł, jak serce staje mu w gardle. Nie znał tych ludzi. Nie ufał im. Ale jeśli miał przetrwać — musiał patrzeć im w oczy. Wiedział, że wielu z nich znało kraj z którego przybył jak i ich władcę.

Nie wiedział jeszcze, co usłyszy. Ani jak bardzo ta rada odmieni jego los.

………………………………………….

– Jakim prawem zasiada z nami?! – głos lorda Eraste, starego jak same mury sali, rozbrzmiał głośnym echem. – To dziecko! Przebrane! Oszukujące cały dwór! Hańba!

Rafael nawet nie drgnął.

Valmar wstał. – Zasiada tu z mojego rozkazu. Jako władca Północy nie potrzebuję waszej zgody, by przywrócić komuś imię, które zostało mu odebrane.

– A może nie chodzi o imię, tylko o łóżko, które dzieli? – warknął Lord Ithon, z cienkim uśmieszkiem. – Cały dwór szepcze, królu.

Gwar przeszedł przez salę. Kilku Lordów zamrugało, niektórzy odwrócili wzrok. Rafael poczuł, jak w jego piersi rośnie znajome napięcie — to samo, które towarzyszyło mu, gdy stawał do walki na ulicach, gdy musiał walczyć, by przeżyć.

Ale zanim zdążył się odezwać — zrobił to Valmar.

– Milcz.

Słowo było ostre, jak klinga. Zimne. Zatrzymujące powietrze.

– Rafael jest moim gościem. I moim wyborem. Jeśli macie z tym problem, opuśćcie zamek. Natychmiast.

Ithon pobladł, ale nie odpowiedział.

Rafael powoli uniósł wzrok. Czuł, jak jego serce wali mu jak oszalałe, ale nie zamierzał dłużej milczeć.

– Kiedy miałem sześć lat, ukryto mnie w spiżarni, bo mojej matce groziła śmierć – powiedział cicho, ale wyraźnie. – Wysłano mnie, bym zginął. Przebrano za kogoś, kim nie byłem. I przez lata słyszałem tylko jedno: milcz, udawaj, bądź cicho. Ale dziś już nie będę.

W sali zapadła cisza.

– Nie chcę korony. Nie chcę tytułu. Ale jeśli już tu jestem – spojrzał na Valmara – nie będę pionkiem.

Valmar kiwnął głową z uznaniem.

– I właśnie dlatego siedzisz obok mnie.

Po radzie Rafael został w komnacie sam. Dłonie drżały mu jeszcze, choć twarz pozostawała nieruchoma. Tyle spojrzeń. Tyle niedopowiedzianych gróźb. A on — zasiadł tam jak równy.

Drzwi skrzypnęły.

Valmar wszedł bez słowa, zamknął je za sobą i podszedł do Rafaela.

– Bałeś się?

– Cały czas – odpowiedział chłopak. – Ale miałem dość udawania.

– I to cię czyni niebezpiecznym – powiedział cicho Valmar. – Bo nie boisz się już tego, co inni myślą.

Rafael spojrzał na niego z nutą ironii. – Nie pomyślałem, że tobie też może to przeszkadzać.

Valmar zbliżył się. – Mnie nie. Ale im… przeszkadza bardzo. I to dopiero początek.

– Ktoś w tej sali wie, kim jestem. Ktoś, kto nie powinien – powiedział Rafael. – Widziałem ich spojrzenia. Nie tylko zaskoczenie. Strach.

Valmar kiwnął głową. – Dlatego jutro zaczniemy działać.

– Działać?

– Przeszukamy zapiski z czasów twojej matki. Kto wtedy odwiedzał dwór. Kto wspierał królową. I kto ją zdradził.

Rafael skinął głową. I po raz pierwszy poczuł, że nie tylko odzyskuje siebie. Ale także prawdę.

 

Po radzie Rafael długo nie potrafił zasnąć.

Leżał w łożu z ciężkimi kotarami, otulony ciszą nocy i własnymi myślami. Zamek oddychał szeptem kamieni i trzaskaniem ognia w kominku. Za zasłoną ciszy kryła się jednak burza – w sercu, w ciele, w wspomnieniach.

Nie potrafił wyrzucić z głowy spojrzenia Valmara.

Nie tego dzisiejszego – królewskiego, spokojnego, pewnego siebie.

Tamtego. Głębokiego, mrocznego i niespodziewanie czułego.

Z nocy, która powinna była być tylko formalnością.

Jego pierwsza noc jako „panny młodej” miała być piekłem. Tak mu powtarzano. I przez całe życie bał się chwili, w której ktoś będzie mógł go dotknąć bez pytania.

Ale Valmar… nie był taki.

Jego dłonie były silne, pewne, ale też ciepłe. Zatrzymały się na biodrze Rafaela dłużej, niż było trzeba. Usta — początkowo chłodne — stały się łagodne, niemal cierpliwe. Rafael pamiętał, jak jego własne ciało zawiodło. Jak odpowiadało. Jak rozpadło się na dźwięki, których nie potrafił zatrzymać.

I wstyd. I złość.

I to, co przyszło później — obietnica, że nie zostanie już sam.

Ale czy można ufać komuś, kto miał prawo cię zniszczyć?

Rafael zakrył twarz dłonią, próbując odsunąć wspomnienia. Ale obrazy były zbyt wyraźne. Valmar nad nim. Głos nocy. Szept przy uchu:

– Już nie musisz niczego udawać.

I właśnie tego bał się najbardziej. Że już nie musi udawać. A mimo to nie wie, kim jest.

Rankiem komnata była chłodna. Rafael zszedł do biblioteki, z Lior’em idącym krok za nim. Miał dość siedzenia wśród zasłon i ciszy. Musiał działać. Musiał… szukać.

– Valmar powiedział, że twoja matka miała tajne spotkania z kilkoma Lordami – rzucił Lior, przesuwając dłonią po zwojach i tomach ułożonych równo w regale. – Ale nie wiadomo z kim dokładnie.

– W takim razie szukamy listów. Czegokolwiek osobistego.

Przez godzinę przekładali pergamin za pergaminem. Rafaela bolały oczy. Wszystko brzmiało jak suche raporty z upraw i rejestry gości.

Aż w końcu — coś.

Stary dziennik. Skórzana oprawa. I pismo, które przypomniało mu dzieciństwo. Matka.

Lior spojrzał na niego pytająco, ale Rafael już otwierał.

Pierwsze strony były zwyczajne. Ale potem…

„Nie mogę ufać królowej. Widziałam ją nocą w wieży, rozmawiała z posłańcem z Południa. Wiedziałam już wtedy, że nie zawaha się poświęcić nikogo, jeśli tylko zyska władzę. Rafael nie może zostać na dworze. Wyślę go z Garildą. Jeśli kiedykolwiek wróci, niech pamięta: nie każda krew zasługuje na lojalność.”

Rafael poczuł, jak świat wiruje.

– To twoja matka? – zapytał Lior cicho.

Rafael skinął głową. – I teraz już wiem. Wiedziała. Wiedziała, że mnie sprzedadzą.

– Wiedziała więcej. I ktoś też o tym wiedział – powiedział Lior, biorąc dziennik do rąk. – Trzeba to pokazać Królowi i ….- nie skończył mówić gdy dziennik został zabrany z dłoni Lior'a.  

Valmar wziął dziennik w milczeniu. Przeczytał dwa razy. Każde zdanie. Potem podszedł do okna.

– Wiem, kto był wtedy w wieży – powiedział powoli. – Jeśli twoja matka miała rację… mamy zdrajcę znacznie bliżej, niż sądziliśmy.

Rafael nie powiedział nic. Ale jego serce znowu zaczęło bić szybciej. Po raz pierwszy od dawna nie bał się tego uczucia.

Nie był sam.

– Lord Davent. – Głos Valmara odbił się echem w marmurowym holu. – Chciałbym z tobą porozmawiać.

Rafael stał z tyłu, nieco za Królem, ale nie jak sługa. Nie jak księżniczka. Jak ktoś, kto patrzył w twarz temu, co kiedyś zniszczył jego dzieciństwo.

Davent był stary. Siwe włosy spięte w warkocz, szata w kolorze popiołu. Jego oczy były zimne, zbyt pewne siebie. Zbyt spokojne.

– O czym, Wasza Wysokość?

– O nocy, w której moja matka zniknęła – odezwał się Rafael.

Davent uniósł brwi.

– Twierdzisz, że twoja matka była…?

– Zdradzona. Przez kogoś z rady. Kogoś, kto wiedział, gdzie ją znaleźć. Kto mógł ją wydać południowemu posłańcowi. – Valmar wszedł mu w słowo. – Kogoś, kto wszedł do wieży bez eskorty, bo miał klucz.

Davent zamilkł na moment, ale to wystarczyło.

– Niczego nie udowodnicie – powiedział w końcu z chłodnym uśmiechem. – A jeśli zaczniecie oskarżać starszyznę bez dowodów, cały dwór się od was odwróci.

– Nie potrzebujemy dowodu – syknął Rafael. – Wystarczy cień, żeby wiedzieć, gdzie pada światło.

Valmar nie przerwał. Patrzył tylko, obserwując z lodowatym spokojem, jak lord zaczyna się pocić.

Później, gdy zamek ucichł i ostatnie światła zgasły, Rafael siedział przy kominku w prywatnej komnacie Valmara. Paliła się tylko jedna świeca. W powietrzu unosił się zapach wosku i dymu.

Valmar podał mu kielich z ciepłym winem.

– Dobrze mówiłeś.

Rafael wziął łyk. – Miałem całe życie na ćwiczenie języka. Mówiłem, żeby przetrwać. Dziś... chciałem mówić, żeby ktoś usłyszał.

Valmar usiadł naprzeciw. Długo mu się przyglądał.

– Gdy cię pierwszy raz zobaczyłem… myślałem, że cię złamię.

– Próbowałeś – odpowiedział Rafael bez gniewu.

– A ty… się rozpadłeś. Ale nie tak, jak sądziłem.

Rafael spuścił wzrok. – Ty byłeś pierwszy.

Valmar nie zrozumiał od razu.

– Pierwszy, który mnie dotknął... i nie chciałem uciekać – dodał chłopak ciszej. –Byłeś moim pierwszym….

Milczenie zawisło między nimi. Gęste. Intymne.

Valmar odsunął kielich. Wstał. Przysiadł obok Rafaela, tak blisko, że chłopak poczuł ciepło jego skóry.

– I co teraz? – zapytał cicho.

– Teraz... – Rafael uniósł wzrok. – Nie wiem. Ale nie chcę znowu udawać.

Valmar skinął głową. Przez dłuższą chwilę siedzieli tak, w ciszy. I kiedy dłoń króla dotknęła jego palców, Rafael nie cofnął się.

Nie było pożądania.

Była obecność.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Książę w Ramionach Mroku 8

 Zapraszam na kolejny rozdział :) 
" Zośka" - jesteś cudowna. Dziękuje za komentarze. Nawet nie wiesz jak to podbudowuję na duchu, gdy człowiek wie, że ktoś chce czytać jego wypociny <3 Dziękuje 

~ Maru ~


Rozdział 8– Świadkowie i Kłamcy


Zamek pogrążony był w ciężkiej, lepkiej ciszy. Każdy krok po kamiennej posadzce zdawał się brzmieć jak wystrzał. Przesłuchania trwały od świtu — bez litości, bez przerw, bez czasu na oddech. Valmar kazał zablokować wszystkie bramy. Nikt nie mógł wejść ani wyjść bez jego rozkazu.

Rafael dowiedział się o przesłuchaniach od Liora, ale nie dostał zaproszenia. Nie był nawet poinformowany oficjalnie. Miał pozostać w swojej komnacie, milczeć, udawać niewinną księżniczkę w jedwabnej sukni i czekać. Ale nie mógł. Coś w nim się burzyło. Jak mógł siedzieć w miejscu, gdy ktoś próbował pozbawić go nie tylko tożsamości, ale i życia?

Przed śniadaniem włożył suknię — lekką, bladoniebieską, z wysokim kołnierzem, maskującą obojczyki. Obwiązał biodra szarfą, wpiął we włosy srebrny grzebień i po raz pierwszy od przybycia do zamku spojrzał na swoje odbicie bez pogardy. To nie była księżniczka. To był on. Grający, by przetrwać.

Valmar przesłuchiwał służbę w bocznej sali audiencyjnej. Ciemna komnata, bez okien, jedynie z wysokim światłem nad stołem i jednym krzesłem po drugiej stronie. Stojący obok Lior był cieniem Valmara, notował każde słowo, każdą reakcję.

– Imię. Obowiązki. Kiedy ostatnio widziałaś stajennego Erharda? – głos króla był ostry, wyćwiczony. Mówił nie po to, by usłyszeć odpowiedź, ale by wymusić ją na miejscu.

Służąca, kobieta o płowych włosach i zniszczonych dłoniach, drżała, ale nie płakała.

– Wczoraj przed zmrokiem. Miał kończyć stajnię. Powiedział, że jeszcze musi „coś sprawdzić” w siodlarni.

– Widział ktoś, jak wychodził?

– Nie… nie jestem pewna, panie.

Valmar nie okazał emocji. Skinął głową do Liora. Ten zapisał.

Rafael stał za zasłoną na korytarzu. Serce waliło mu w piersi, a pot ściekał po karku. Co on tu właściwie robił? Jeszcze jeden krok, jeszcze jedno skrzypnięcie…

Ale musiał. Musiał zobaczyć ich twarze. Zrozumieć, kto kłamie. Kto znał jego rodzinę. Kto znał jego.

Wtedy zobaczył ją.

Starą kucharkę, Garildę. Jej twarz nie zmieniła się ani trochę. Tylko włosy były bardziej siwe. Pamiętał ją z dzieciństwa — była przy jego matce, zanim ta zniknęła z dworu. Jego matka ufała jej… czy na pewno?

Valmar mówił spokojnie, ale bezlitośnie:

– Znasz ten symbol? – Położył medalion na stole.

Garilda spojrzała na niego, a potem… uśmiechnęła się.

– Widziałam go raz. U pewnej kobiety. Miała oczy jak ten chłopiec.

– Chłopiec? – powtórzył Valmar.

– Miał może sześć lat. Schował się w spiżarni. Ukrywała go. Ale potem zniknęli oboje.

Valmar zamarł. Rafael nie oddychał.

– I co z nimi się stało? – spytał król cicho.

– Nie wiem. Ale pani… pani mówiła, że nie można ufać królowej.

Lior spojrzał na Valmara.

– Pani? – powtórzył. – Mówisz o…

– O matce tego chłopca – powiedziała Garilda. – Ona wiedziała, że coś się zbliża. Mówiła, że jeśli przegrają, zostanie tylko on.

Rafael cofnął się w cień. Gardło miał suche. Serce waliło. Więc to prawda. Jego matka wiedziała. Nie zniknęła przypadkiem. Uciekła. A on… był jej ostatnią szansą.

Nie usłyszał już dalszych przesłuchań. Bo wtedy rozległ się trzask. Ktoś go zauważył. Strażnik. Ruszył w jego stronę.

Rafael pobiegł. W sukni, w pantoflach, przez chłodne korytarze. Za nim głosy, szybkie kroki.

Wpadł do komnaty. Zaryglował drzwi.

I dopiero wtedy zobaczył Valmara. Stał przy kominku. Sam.

– Obserwowałeś mnie? – spytał król spokojnie.

Rafael sapnął. – Ja…

– Nie musisz się tłumaczyć. Chciałeś znać prawdę. Teraz już ją znasz.

Rafael milczał.

Valmar podszedł do niego powoli. – Nie jesteś jedynym, który szuka odpowiedzi. Ale jeśli będziemy ich szukać osobno… zginiesz pierwszy.

Rafael spojrzał mu prosto w oczy. – A jeśli już jestem martwy? Od dnia, w którym mnie oddali?

Valmar dotknął jego twarzy.

– Wtedy pozwól mi cię wskrzesić.

Valmar nie oczekiwał, że Rafael od razu mu zaufa. Ale też nie chciał go już chronić z dystansu. Gdy chłopak stał tak przed nim, z rozwichrzonymi włosami i zaczerwienionymi oczami, król po raz pierwszy pomyślał, że nie może go już dłużej traktować jak pionka.

– Jutro pojawisz się na radzie. Bez peruki. Bez makijażu. Zasługujesz, by zająć miejsce przy mnie.

Rafael uniósł brwi. – A co, jeśli ktoś mnie rozpozna?

– Wtedy się dowiemy, kto naprawdę wie za dużo – odparł cicho Valmar.

Chłopak skinął głową. I po raz pierwszy od przybycia do zamku — poczuł, że to on coś wybiera.

Za oknem padał śnieg.

Za drzwiami czekała wojna.

czwartek, 7 sierpnia 2025

Książę w Ramionach Mroku 7

 Zapraszam na kolejny rozdział pełen gorących wspomnień i niebezpieczeństw. Co czeka Rafael’a? 😉

Wasza ~Maru~


Rozdział 7 – Twarz we mgle


    Światło dnia wyblakło za warstwą mgły, która otuliła zamek niczym duch. Rafael siedział przy niskim oknie, oparty o chłodny kamień, patrząc, jak biała zasłona zasłania horyzont. Nie było widać ani dziedzińca, ani strażników. Tylko mleczna pustka i jego własne odbicie — blade, rozmyte, jakby jego twarz też już nie należała do niego.

Przez kilka dni unikał wzroku Valmara. Nie dlatego, że się bał. A przynajmniej nie tylko dlatego. Chodziło o coś bardziej skomplikowanego. Każde wspomnienie tamtej nocy wkradało się do jego snów i budziło go z uczuciem wstydu, którego nie umiał nazwać. Nie dlatego, że zrobił coś nieodpowiedniego — ale dlatego, że czuł przyjemność. Przy nim.

Dotyk króla nie był delikatny. Był pewny, gorący, ostry jak ostrze i rozkoszny jak grzech. Jego dłoń sunąca wzdłuż boku Rafaela. Wargi muskające kark. Język... w miejscach, o których wcześniej nawet nie myślał. Wszystko było nowe, zawstydzające. A jednak — z Valmarem — jego ciało nie uciekało tak jak krzyczał rozum, by zrobiło, wręcz przeciwnie. Prężyło się chętnie pod gorącymi ustami i dłońmi. Nie było strachu. Jedynie ten maleńki o nieznanym i co jeszcze może go czekać w łóżku z mężczyzną…. Bo będzie kolejny raz… Prawda?

Rafael zamknął oczy i zobaczył tamtą noc. Ogień w kominku rzucał czerwone światło na ich splecione ciała. Jego dłonie drżały, gdy król zrzucał z niego kolejne warstwy materiału. Jeszcze wtedy próbował być twardy, pyskaty, bronić się żartem i zaciętością. Ale gdy Valmar dotknął go w ten sposób — powolny, pewny, niemal z szacunkiem — coś w nim pękło. Jego ciało poddało się mężczyźnie. Było jak glina, a on sam z emocji ledwo pamięta szczegóły. Wszystko było zamazane, jak we mgle, która teraz była za oknem. Rozum i upór w końcu również runęły  jak mur, przez który wampir przebił  się bez najmniejszego problemu.

– Nadal tak milczysz? – zapytał cichy głos za jego plecami.

Rafael nie musiał się odwracać. Valmar zawsze brzmiał tak samo: jak kontrolowany ogień.

– Po prostu myślę – odparł. – Masz coś przeciwko?

– Nie. Ale myśli mogą być gorsze niż broń, jeśli są źle skierowane.

Zapadła chwila ciszy. Rafael nie ruszył się z miejsca. Valmar nie zbliżył się bardziej. Oboje stali w napięciu, którego nie potrafili nazwać.

– O czym myślisz? – spytał Valmar po chwili.

– Nie twoja sprawa.

– Może nie. Ale chciałbym, żeby była.

Rafael w końcu spojrzał na niego. Król stał przy drzwiach, jego sylwetka jak cień na tle światła z korytarza.

– A ty? – zapytał cicho. – O czym myślisz? – odbił  piłeczkę  Rafael.

Valmar milczał. W jego oczach przez chwilę pojawiło się coś, czego Rafael nie potrafił zidentyfikować. Wspomnienie? Żal?

– Pamiętam walkę w twoich oczach – powiedział w końcu król. – I moment, w którym się poddałeś. Nie w słabości. W zaufaniu. Twoje ciało przestało walczyć, zanim zrobiły to twoje usta.

Rafael przełknął ślinę czując, że się rumieni, stara się skupić wzrok na widoku za oknem.

– A więc wygrałeś. – szepnął niepewnie chłopak.

– Nie. Tylko... dostałem coś, czego się nie spodziewałem.

– Co takiego?

– Ciebie. Takiego, jakiego nikt wcześniej nie widział.

Milczenie między nimi było cięższe niż słowa. Rafael odwrócił wzrok.

~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wieczorem Lior przyniósł mu nowe wieści.

– Jeden ze stajennych... zniknął. Miał dziś służbę przy koniach. Nigdy nie wrócił do kwater.

– I? – zapytał Rafael.

– Należał do starej rodziny. Ze Wschodniego Lasu. – Lior ściszył głos. – A na jego sienniku znaleźliśmy symbol. Ten sam, co na medalionie twojej matki.

To był cios. Rafael poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła.

– Kto jeszcze wie?

– Valmar. I teraz ty.

– Co chce z tym zrobić?

– Jeszcze nie wiem. Ale dziś kazał podwoić straże. A jutro – rozpocznie przesłuchania służby. Z tobą lub bez ciebie.

Rafael wstał, nie patrząc na Liora. – Z nim.

Tego wieczoru nie spał.

Leżał w łóżku, wpatrując się w baldachim. Myśli krążyły jak dzikie ptaki. Dotyk Valmara. Ogień w jego ustach. Głos pełen władzy, który jednocześnie koił i rozkazywał. I ten cień w oczach, kiedy mówił o tamtej nocy.

Nie wiedział, czy był dla niego zdobyczą. Czy czymś więcej. I bał się pytać.

Zasnął krótko przed świtem. Nie słyszał kroków. Nie słyszał skrzypnięcia drzwi. Nie usłyszał nawet, jak ktoś zbliżył się do jego łóżka.

Ale poczuł.

Dłoń, powolną, ostrożną, na jego nadgarstku. Pochylenie się cienia. Oddech. Nie był to Valmar. Zapach był inny. Wilgotna ziemia. Drewno. Krew.

Rafael poderwał się, krzycząc.

Drzwi rozwarły się z hukiem. Wpadli strażnicy. Valmar był za nimi.

Ale nikogo już przy nim nie było.

Tylko rozchylone zasłony i błoto na kamiennej posadzce.